Rok 1967 – killerów dwóch i Polska piątą drużyną świata!

Share on facebook
Share on twitter

Lepsi od Biało-Czerwonych byli tylko koszykarze ZSRR, Jugosławii, Brazylii i USA. Mieczysław Łopatka znalazł się w najlepszej piątce turnieju i został królem strzelców, przed Bogdanem Likszo.

Reprezentacja Polski w Buenos Aires w 1967 roku (fot. archiwum prywatne Włodzimierza Tramsa)

Szukasz butów retro – sprawdź w Sklepie Koszykarza >>

Jedyne mistrzostwa świata z udziałem Polaków rozegrano dokładnie 50 lat temu, na przełomie maja i czerwca 1967 roku. W Urugwaju, ale też – z konieczności – w Argentynie. O pierwszej fazie turnieju w Salto, wygranych z Portoryko (76:64) i Paragwajem (101:60) oraz porażce z Brazylią (67:83), pisaliśmy kilka dni temu. Teraz czas na Montevideo i mecze grupy medalowej, w której znaleźli się Polacy.

Mieszkaliśmy w najlepszym hotelu w mieście, przy placu w samym centrum. Codziennie przychodził do niego miejscowy Polak, który zaopiekował się nami, wszędzie nas oprowadzał – wspomina Czesław Malec.

Pamiętam, któregoś dnia przed naszym hotelem odbywał się wyścig kelnerów z daniami na tacach. Kilka tysięcy ich przyjechało. Oglądaliśmy tę niespotykaną rywalizację z 11. piętra – dodaje Włodzimierz Trams.

Walczyli z Jugosławią Koraca

Koszykarską rywalizację z najlepszymi Biało-Czerwoni rozpoczęli od porażki 61:86 z późniejszym złotym medalistą, reprezentacją Związku Radzieckiego.

Ruscy mieli niesamowity skład: Siergiej Biełow, Giennadij Wolnow, Modestas Paulaskas – wybrany potem do pierwszej piątki turnieju, Anatolij Paliwoda czy mierzący 218 cm Władimir Andriejew… Wielkie chłopy. Niemożliwe było ich pokonać. Mieli skład, w którym grali Litwini, Gruzini, Rosjanie, Ukraińcy. Dmuchnęli nas w pierwszej połowie, a potem tylko powiększyli przewagę. Po przerwie trzeba już było tylko spokojnie odpoczywać przed kolejnymi meczami – wspomina rozgrywający Trams.

Pięć punktów dla drużyny ZSRR, zmierzającej po swój pierwszy w historii tytuł mistrza świata, rzucił w tym meczu pochodzący z Ukrainy Giennadij Czeczuro, ojciec znanego potem na polskich parkietach koszykarza i trenera Wadima Czeczuro.

W drugim meczu Polacy spotkali się z Jugosławią, mającą w składzie m.in. z MVP turnieju Ivo Daneu i superstrzelca Radovije Koraca (obydwaj zostali wybrani do pierwszej piątki mistrzostw). Do przerwy (wówczas rozgrywano dwie połowy, a nie cztery kwarty jak obecnie) prowadzili 42:40. Jeszcze kilka minut przed końcem meczu wynik był korzystny dla Biało-Czerwonych, którzy jednak ostatecznie ulegli późniejszym wicemistrzom świata różnicą zaledwie czterech punktów (78:82).

Wyrównany był także drugi w tych mistrzostwach mecz z Brazylią, która miała w składzie doskonałego snajpera Luiza Claudio Menona (znalazł się w najlepszej piątce turnieju). Z późniejszym brązowym medalistą mistrzostw Polacy przegrali 85:90.

Witek zawsze kombinował

W kolejnym meczu drużyna Zagórskiego pokonała Argentynę 65:58, by w następnym przegrać wysoko z reprezentacją USA 61:91. Do przerwy rywale prowadzili tylko 41:39. Rozbuchali się w drugiej połowie.

Uczestnicy mistrzostw w Urugwaju do dziś wspominają „jatkę” w spotkaniu pierwszej fazy z Paragwajem, które Janusz Wichowski kończył z krwawiącą głową, a Mieczysław Łopatka z rozciętym łukiem brwiowym, ale to nie były jedyne kontuzje Polaków.

W spotkaniu z Amerykanami jeden z rywali dwa razy przestawił mi nos. Raz chrupnęło mi w jedną stronę, za chwilę oberwałem łokciem z drugiej. Do dzisiaj mam skrzywioną przegrodę. Nie sądzę, że było to celowe uderzenie, chyba że robił to „zawodowo”. Po prostu bardzo duży facet, mierzący 203-204 cm biały środkowy, tak właśnie grał. Próbowałem z nim walczyć, a on przebijał się na pozycję – wspomina Igor Oleszkiewicz.

Reprezentacja USA nie mogła zaliczyć tych mistrzostw do udanych. Zespół złożony głównie z graczy drużyn uniwersyteckich i wojskowych rozpoczął wspólne treningi dopiero dziesięć dni przed rozpoczęciem turnieju w Urugwaju.

Do meczu z Polską przystępował nazajutrz po porażce z Jugosławią 72:73, chociaż prowadził po przerwie już 14 punktami. Podrażnieni w swoich ambicjach Amerykanie w drugiej części meczu z Polską dołożyli specjalnych starań.

Trams: – Inna sprawa, że na USA, jak i wcześniej na ZSRR, trener Zagórski w pewnym momencie wypuścił rezerwowych. Trzeba się było oszczędzać, żeby zdobyć piąte miejsce. Witek zawsze kombinował, nie grał do końca va banque. Może i dobrze, tak trzeba było. Ale ja, młody w kadrze, myślałem, że trzeba grać ze wszystkimi.

Mieczysław Łopatka (fot. Jan Rozmarynowski)

Łopatka jak Lato

Przed ostatnią kolejką spotkań trzy drużyny: ZSRR, Jugosławia i USA miały bilans 4-1 i szanse na złoty medal. Amerykanom dawało go zwycięstwo z Brazylią (3-2) przy równoczesnej porażce Związku Radzieckiego z Jugosławią. Padły jednak odwrotne rozstrzygnięcia i amerykańska drużyna wylądowała poza podium.

Polacy (1-4) w ostatnim dniu grali z legitymującym się takim samym dorobkiem Urugwajem. Zwycięstwo nad gospodarzami 72:62 dało im piąte miejsce.

Historyczny sukces biało-czerwoni zawdzięczają zgraniu i świetnie realizowanej taktyce na dwóch środkowych.

Oleszkiewicz: – Mieliśmy wyśmienitą parę Łopatka – Likszo. Oni jako wysocy zdobywali najwięcej punktów i brylowali niemal w każdym meczu. Ja trafiłem do reprezentacji po bardzo dobrym sezonie, kiedy z AZS AWF Warszawa zdobyliśmy mistrzostwo Polski, ale nie bardzo było dla mnie miejsce w ekipie Zagórskiego. Musiałbym się przestawić, dopasować, a na to nie było czasu. W zasadzie byłem tam po to, by dawać Mietkowi na chwilę zmianę, żeby odpoczął. No i żeby tyrać w obronie.

Mieczysław Łopatka w Urugwaju zrobił to, co Grzegorz Lato powtórzył siedem lat później na piłkarskim mundialu w RFN: został królem strzelców turnieju o mistrzostwo świata. W dziewięciu spotkaniach zdobył 177 punktów, a o pierwszym miejscu przesądził ostatni mecz z Urugwajem, w którym uzyskał ich 32.

Jak Lato w Niemczech Andrzeja Szarmacha, tak on wyprzedził w tej klasyfikacji kolegę z drużyny Bogdana Likszę (174), który z kolei w meczu z Paragwajem ustanowił indywidualny rekord turnieju – 34 punkty.

Stryj z armii generała Andersa

Oleszkiewicz: – Moje największe wrażenie z tego turnieju od strony sportowej to właśnie uznanie dla Mietka Łopatki, który znalazł się tam doskonale. Był czołowym strzelcem, nie miał żadnego kompleksu – czy to przed Amerykanami, czy Rosjanami, którzy byli wtedy w wyśmienitej formie. Zawsze zdobywał dużo punktów, został wybrany do pierwszej piątki turnieju. To był moment, kiedy doszedł do szczytowej formy. Bo w poprzednich międzynarodowych imprezach był młody, trochę „przyduszony”, nie za bardzo zorientowany, a tam już był w pełnym rozkwicie.

Byliśmy już wtedy po medalowych mistrzostwach Europy we Wrocławiu i w Moskwie, a przed Helsinkami, gdzie też znalazłem się w pierwszej piątce imprezy. Zespół zaczynał się zmieniać, odmładzać, dochodzili nowi zawodnicy. Skorzystałem wtedy na tym, bo ci młodzi mi zawierzyli. Miałem 28 lat. To najlepszy wiek dla koszykarza – ocenia sam Łopatka.

Oprócz sukcesów sportowych wyjazd do Urugwaju kojarzy mu się bardzo dobrze również ze względów prywatnych, rodzinnych. W Salto, Montevideo, a potem w Argentynie miał okazję spotykać się ze swoim stryjem, Ignacym Łopatką, który przeszedł cały szlak wojenny z armią generała Władysława Andersa.

Wywodził się w Drachowa, razem się tam wychowywali ze starszym od niego o trzy lata moim ojcem Kazimierzem. W trakcie wojny znalazł się na wschodzie, tam zaciągnął się do polskiej armii. Po zakończeniu działań wojennych wylądował w Anglii, potem we Włoszech, skąd wyemigrował do Argentyny. Przyjechał ze swoim synem już do Salto. To było bardzo wzruszające spotkanie.

Przegadaliśmy wiele godzin o sprawach politycznych i rodzinnych. Opowiadał jak walczył pod Monte Cassino, wiele ciekawych rzeczy się od niego dowiedziałem. Kilka lat po naszym spotkaniu przyjechał do Polski. Nie bez obaw. Myślał, że jak przyjedzie do kraju w tych trudnych czasach, to od razu go zamkną. Tym bardziej, że ożenił się z Włoszką. Odwiedził jednak  rodzinę pod koniec lat 60., ale był bardzo krótko, ponieważ nie czuł się komfortowo. Zmarł cztery lata temu w Hiszpanii, gdzie zamieszkała jego córka.

Bogdan Likszo, Wiesław Langiewicz, Janusz Wichowski i Mieczysław Łopatka przy volkswagenie „Wichosia” w Warszawie.

Lodowe mistrzostwa – piecyki w hali

Mistrzostwa świata w Montevideo miały się odbyć w 1966 roku, żeby uniknąć dublowania się z mistrzostwami Europy, jak to miało miejsce jeszcze cztery lata wcześniej. Był to jednak rok wyborów w Urugwaju, kampania polityczna z nimi związana doprowadziła do niestabilności w kraju, zamieszek i demonstracji ulicznych. Władze FIBA zdecydowały się przesunąć imprezę o rok. Dopiero kolejny koszykarski mundial, w Jugosławii, odbył się w parzystym 1970 roku.

Turniej w Urugwaju został zapamiętany jeszcze z innego powodu. W kronikach pozostanie jako „lodowe mistrzostwa”. Akurat na przełomie maja i czerwca 1967 rozpoczęła się najsroższa zima na półkuli południowej w XX stuleciu.

Nowoczesna na owe czasy, mogąca pomieścić 18 tysięcy widzów hala Cilindro Municipal w Montevideo nie miała centralnego ogrzewania, mecze odbywały się w bardzo niskiej temperaturze, która dochodziła nawet do minus 5 stopni C. Gdy przyszło do rozgrywania rundy finałowej, pogoda jeszcze się pogorszyła. Mecze o miejsca 8-13 przeniesiono w związku z tym do Cordoby w Argentynie, dzięki czemu czempionat stał się jedynym w historii rozgrywanym w dwóch krajach.

Rozważano także zmianę lokalizacji rundy finałowej o miejsca 1-7, ale przeważyły kwestie finansowe. Organizatorzy nie zdecydowali się na zwracanie kibicom pieniędzy za wykupione bilety. Decydujące o medalach mecze, z udziałem reprezentacji Polski,  rozgrywano w zimnej hali, w której przy ławkach rezerwowych ustawiono elektryczne piecyki. Zdarzyło się, że oficjele reprezentacji USA i ZSRR, krajów, których stosunki określano wówczas zimną wojną, chronili się przed chłodem pod jednym kocem.

Rzeczywiście, w tej olbrzymiej hali, w której graliśmy mecze finałowe, było bardzo zimno. Temperatura nie była odpowiednia do rozgrywania spotkań. Pamiętam, że ławki rezerwowych były umieszczone w zagłębieniu podłogi, tak że siedząc w boksach, obserwowaliśmy mecz z poziomu parkietu – wspomina Łopatka.

Jednym z arbitrów urugwajskiego mundialu był Marek Paszucha. – Nie spodziewałem się takiej pogody w Montevideo, nie zabrałem ciepłych ubrań – wspomina. – Wychodząc z internatu, zamienionego w hotel dla sędziów, nie zdejmowałem piżamy, pod nią wkładałem gazety, coś na wierzch i na to wszystko płaszcz ortalionowy – były modne wtedy. Halę dogrzewano, ale publiczności było chłodno, ludzie siedzieli na trybunach w zimowych okryciach.

Kobiety, jakich w życiu nie widzieli

Montevideo to nie koniec przygód i sukcesów polskich koszykarzy w Ameryce Południowej. Po zakończeniu mistrzostw świata udali się na tournée po Argentynie, gdzie m.in. pokonali aktualnego wicemistrza globu Jugosławię.

Oleszkiewicz: – Graliśmy m.in. w prowincjonalnym Bahia Blanca. Bardzo ciekawe były spotkania po drodze z miejscową ludnością. Jechaliśmy z Buenos Aires nocnym pociągiem retro z drewnianymi, pięknymi wagonami. Potem autobusem, zatrzymując się w małych miejscowościach. Miejscowi stawali pod ścianami i patrzyli na nas, wysokich facetów, jak na zupełne dziwolągi. Wyglądało to, jakbyśmy byli obiektami z ZOO.

Od lewej: Zbigniew Dregier, Mieczysław Łopatka, Czesław Malec, Włodzimierz Trams (fot. archiwum prywatne Włodzimierza Tramsa)

–  Innym ciekawym zjawiskiem była szalejąca tam inflacja. Monety były w zasadzie nic nie warte. Na meczach kibice rzucali nimi garściami na parkiet. Argentyna była uważana w Urugwaju za prymitywny, niezorganizowany, nieustabilizowany i rozemocjonowany kraj. Ot, taka sąsiedzka rywalizacja. Urugwaj uchodził za spokojny i cichy. Poza okresami, kiedy wybuchały rozruchy.

Co dziś zostało po mistrzostwach sprzed 50 lat? Dyplom za piąte miejsce w warszawskim Muzeum Sportu i Turystyki i wspomnienia.

Trams: – Najpiękniejsze wspomnienia. To była moja pierwsza impreza na takim poziomie. Przecież do tego momentu nie grałem jeszcze w mistrzostwach Europy. Dopiero jesienią 1967 pojechałem do Helsinek. Z Ameryki Południowej wracaliśmy przez Rio de Janeiro. Akurat trafiliśmy na karnawał. Musieliśmy chyba z 10 godzin czekać na kolejny samolot, więc wypuścili nas do miasta. Takich ładnych kobiet jak wtedy, w życiu nie widziałem.

Bolesław Kwiatkowski: – Cały ten okres do początku lat 70. wspominam bardzo sympatycznie. Stanowiliśmy koleżeński, bardzo zgrany team. Podstawą sukcesów było to, że tacy zawodnicy jak Kazimierz Frelkiewicz czy inni rozgrywający byli zawodnikami konstruktywnymi, prowadzącymi grę. Tak próbowaliśmy wymusić ruchy wysokich koszykarzy, które były ustalone i wyćwiczone na treningach, by obsługiwać ich w tempo piłką na pozycjach odpowiednich do rzutu. Potem, gdy rolę tę przejęli Kijewski i spółka, grano na zasadzie: kto rzuci więcej – czy Młynarski, czy Kijewski. Oni ciągle byli epatowani przez prasę, że grają świetnie, ale medali z reprezentacją nie zdobyli.

Na początku br., w niecałe 50 lat po koszykarskim czempionacie, na koniec swojej zimowej wyprawy po Ameryce Południowej odwiedził Montevideo mieszkający w Kanadzie Oleszkiewicz:

Dopytywałem  się o miejsce mistrzostw. Sprawa dość smutna.  Niedługo po mistrzostwach w Urugwaju wybuchły zamieszki. Władze ostro wystąpiły przeciwko miejskiej partyzantce tupamaros.  Okrągła hala, zwana „Cylindrem”, służyła jako obóz koncentracyjny.  Potem nikt nie chciał się tego dotykać. W końcu dach tej betonowej beczki zawalił się. Przed kilku laty została rozebrana.

Szukasz butów retro – sprawdź w Sklepie Koszykarza >>

***

Mecze Polaków w fazie finałowej MŚ 1967 roku:

2 czerwca: ZSRR – Polska 86:61 (41:29).
Polska: Łopatka 19, Likszo 16, Wichowski 9, Malec 6, Trams 4, Langiewicz 4, Cegielski 3.

4 czerwca: Jugosławia – Polska 82:78 (40:42).
Polska: Likszo 23, Łopatka 15, Frelkiewicz 14, Langiewicz 10, Wichowski 6, Trams 4, Dregier 4, Oleszkiewicz 2.

6 czerwca: Brazylia – Polska 90:85 (47:35).
Polska: Łopatka 29, Likszo 17, Frelkiewicz 11, Wichowski 8, Langiewicz 7, Dregier 6, Trams 4, Kwiatkowski 2, Cegielski 1.

8 czerwca: Polska – Argentyna 65:58 (27:33).
Polska: Łopatka 22, Likszo 12, Langiewicz 8, Wichowski 6, Cegielski 6, Frelkiewicz 5, Trams 4, Kwiatkowski 2.

Piątek. 9 czerwca: USA – Polska 91:61 (39:41).
Polska: Likszo 23, Łopatka 14, Frelkiewicz 6, Dregier 4, Cegielski 4, Wichowski 2, Trams 2, Langiewicz 2, Kwiatkowski 2, Chmarzyński 2.

10 czerwca: Polska – Urugwaj 72:62 (26:31).
Polska: Łopatka 32, Frelkiewicz 12, Wichowski 11, Likszo 8, Langiewicz 3, Trams 2, Kwiatkowski 2, Cegielski 2.

Marek Cegliński

W tekście wykorzystano fragmenty książki „Srebrni chłopcy Zagórskiego”.