Aaron Cel – między Francją, Polską i przepaścią

Share on facebook
Share on twitter

– W polskiej lidze o wiele rzeczy trzeba walczyć, albo radzić sobie samemu. Żartem można powiedzieć, że trzeba być dorosłym, a we Francji możesz być jak dzieciak – wszystko robią za ciebie. Ale ja stęskniłem się za Polską – mówi skrzydłowy reprezentacji Polski.

Aaron Cel (fot. Andrzej Romański/PZKosz.pl)

EuroBasket, PLK, NBA – typuj i wygrywaj kasę! >>

Urodzonego w Orleanie, wychowanego we Francji, grającego nawet w tamtejszych młodzieżówkach chłopaka poznaliśmy tak naprawdę w 2011 roku, gdy jako 24-letni zawodnik przyjechał grać do Zgorzelca. Dziś Aaron Cel jest solidnym punktem reprezentacji, byłym mistrzem Polski ze Stelmetem i nowym koszykarzem Polskiego Cukru Toruń.

Łukasz Cegliński: Spędziłeś dwa lata we Francji – w walczącym o najwyższe cele Monaco, w rywalizującym o play-off Gravelines. Jak francuska liga ma się do PLK?

Aaron Cel: Poziom sportowy jest lepszy, to jest pewne. Próbowałem ocenić, gdzie w Pro A znajdowałaby się Zielona Góra i myślę, że na play-off może by się załapała. Faktem jest, że poziom atletyzmu w lidze francuskiej jest chyba najwyższy w Europie i pod tym względem Stelmetowi, generalnie – polskim drużynom, byłoby ciężko.

Ale liga francuska jest inna niż wszystkie – w Europie, w większości krajów, gra się w miarę poukładaną koszykówkę, a tam każda drużyna wyróżnia się atletyzmem plus oczywiście te najlepsze – Monaco, Strasbourg, ASVEL itd. – dodają do tego koszykarską jakość, dobrą taktykę itp.

A jeśli chodzi o całokształt? Wiadomo, że dla was, koszykarzy, liczą się pieniądze, poziom gry, zainteresowanie kibiców, infrastruktura, organizacja klubu itd. Jak to się ma do PLK?

– No, to jest przepaść.

We Francji szalenie poukładane są kwestie dotyczące płatności – podkreślają to zresztą wszyscy Amerykanie, którzy mają porównanie z europejskimi ligami. Zaległości – mniejsze lub większe – są wszędzie, w Polsce też. Z doświadczenia wiem, że tygodniowe, a nawet miesięczne. A we Francji jest tak, że musisz dostać wypłatę ustalonego dnia na początku miesiąca – dwa dni opóźnienia i klub jest zagrożony usunięciem z ligi. Samo to pokazuje, że organizacja tej ligi jest na najwyższym poziomie.

A potem są te wszystkie mniejsze szczegóły, które są także bardzo ważne – opieka nad zawodnikami, dopracowywanie wszystkiego, co wpływa na komfort graczy. Po prostu grasz w kosza i niczym się nie przejmujesz. W Polsce często trzeba o wiele rzeczy walczyć, albo radzić sobie samemu.

Ale to też ma swój urok, żartem można powiedzieć, że w Polsce trzeba być dorosłym, a we Francji możesz być trochę jak dzieciak – wszystko robią za ciebie.

Kiedyś powiedziałeś, że Pro A jest szalenie atletyczna, a PLK – twarda. Co to właściwie znaczy?

– W Polsce się mniej skacze, więc w naturalny sposób gracze radzą sobie inaczej. Jest więcej przepychania się, jest większa tolerancja na kontakt, mniej płakania na decyzje sędziowskie. Taki Adam Hrycaniuk to typowy przykład gracza PLK – twarde zasłony itp., podobnie jak Krzysztof Sulima. Tacy zawodnicy sobie tu dobrze radzą. We Francji takich graczy ogląda się rzadko lub w ogóle – liczy się szybkość i skoczność.

A Ty gdzie się lepiej odnajdujesz? Nie jesteś ani specjalnie atletyczny, ani się nie przepychasz – opierasz grę na technice, sprycie.

– Jestem gdzieś pomiędzy. Wychowałem się we Francji, od małego miałem styczność z tym szybkim stylem gry, więc wiem, jak się zachować na boisku. Wiem, kiedy mogę się wbić pod kosz, a kiedy nie. A jeśli chodzi o przepychanki w PLK, to jednak gram na czwórce, często rozciągam grę, nie uczestniczę co akcja w walce pod obręczą. Odnajduję się.

Wracając do Francji – zwróć uwagę, że niewielu dobrych graczy z Europy się tam sprawdza. Były przypadki, próby ściągania wartościowych koszykarzy z Euroligi, ale tacy zawodnicy nie dokonują w lidze francuskiej niczego nadzwyczajnego. Ten styl po prostu im nie pasuje.

Rzeczywiście, w Pro A grają przeważnie Francuzi i Amerykanie – mało jest graczy z Bałkanów, z Włoch, z innych krajów.

– Tak, a Francuzi są często bardzo atletyczni, więc w sumie cała liga jest taka.

Twoje przejście do Polskiego Cukru to jeden z najciekawszych transferów lata w PLK. A miałeś inne propozycje.

– Tak, choćby z Nymburka, który poważnie rozważałem, bo to klub walczący w Europie, wybijający się w krajowej lidze. Grają w Lidze Mistrzów, co by mi pasowało. Zdecydowałem się jednak na ligę polską, bo tu będę miał rolę, która mi odpowiada. Poza tym trochę się stęskniłem za Polską przez te dwa lata.

Miałem też oferty ze słabych klubów hiszpańskich, słabych włoskich, ale nie chciałem wchodzić w ciężkie sytuacje. Szukałem klubu ambitnego, w którym będę miał radość z grania i wygrywania.

Mówisz o tych ciężkich sytuacjach – masz na myśli przypadki takie, jak np. Patrika Audy w Manresie? On też przegrał mnóstwo meczów, spadł z ACB i wrócił do PLK, do Rosy.

– No tak, statystyki miał niezłe, ale chyba nie czerpał żadnej radości z gry, skoro jego zespół wygrał tylko 5 z 32 meczów. Wiem, to Hiszpania, ale z drugiej strony to jest ledwie pięć spotkań, naprawdę słaby wynik. Można się zastanawiać, jak ten zespół wypadłby w PLK.

Skoro Pro A jest lepsza pod każdym względem, to dlatego wracasz do Polski? Czym przekonał Cię Polski Cukier?

– Wydaje mi się, że w Toruniu jest duże pole do rozwoju klubu. Wszystko jest dobrze zorganizowane, są duże ambicje, chęć grania o jeszcze większą pulę, występy w Europie.

Ale Polski Cukier nie zagra w pucharach w tym sezonie – zagrają Stelmet, powalczą także Rosa i Stal.

– Zgadza się, ale cały ten mój transfer był dość skomplikowany.

Ja z Gravelines miałem dwuletnią, gwarantowaną umowę. Po sezonie w klubie zmienili się praktycznie wszyscy – od prezesa, przez menedżera, do trenera. Jednak wstępnie jedyna osoba zostająca w klubie zapewniła mnie tuż po zakończeniu sezonu, że jestem w planach na kolejne rozgrywki. Ale na początku lipca okazało się, że jednak jest inaczej.

Porozumiałem się z klubem, rozwiązałem kontrakt za porozumieniem stron, dostałem wynegocjowaną część pieniędzy, ale znalazłem się trochę na lodzie – sporo klubów, np. Stelmet, miało już zamknięte składy albo graczy na mojej pozycji. Taka Zielona Góra, na której temat rozmawiałem w żartach z Arturem Gronkiem, po prostu nie wchodziła już w grę, wtedy pojawiła się opcja Torunia.

A gdybyś wolnym graczem był wcześniej i miał opcję z Zielonej Góry, to wybrałbyś Stelmet czy Polski Cukier?

– Nie było takiego dylematu, więc ciężko powiedzieć. Zresztą wtedy miałbym pewnie opcje z innych francuskich drużyn, może także lig. To nie byłaby taka sama sytuacja, jak w połowie lipca, więc nie chcę gdybać.

Zagram w Toruniu i się z tego cieszę. Chciałbym zdobyć z Polskim Cukrem złoto – nie chcę oczywiście ogłaszać, o co gramy, zanim cokolwiek powiedzą trener lub prezes, ale na pewno nie wracam do Polski po to, by grać o brąz lub srebro.

Mówisz, że do Torunia przekonała Cię m.in. rola na boisku. Jaka ona ma być?

– Jest po prostu większa niż byłaby gdzie indziej. Wyjeżdżałem z Polski jako zawodnik grający po 25 minut w zespole mistrza Polski, spodziewam się tego samego. Choć muszę podkreślić, że mój zmiennik na czwórce, Aleksander Perka, bardzo mi się podoba – jest solidnym zawodnikiem, bardzo niedocenionym. Gra twardo, coraz lepiej rzuca za trzy, zrobił postęp. Stworzymy dobry duet na tej pozycji.

Stelmet jest do pokonania? Na razie porównujemy polskie składy i jakkolwiek wasz jest bardzo dobry, to ich jest lepszy.

– Nie powiem teraz, że na pewno ich pokonamy, ale uważam, że jest to zespół do pokonania. Już w poprzednim sezonie Stelmet przegrywał mecze z Polskim Cukrem – wiadomo, w finale wygrał 4-1, ale teraz Toruń będzie mocniejszy. Myślę, że z roku na rok kolejne zespoły zbliżają się do Stelmetu, że utrata złota przez mistrza jest coraz bliższa.

Młody Aaron Cel (fot. FIBA.com)

Pomówmy o Francji, naszym rywalu na EuroBaskecie. W Montpellier dwa lata temu byliśmy blisko zwycięstwa w grupie, teraz spotkamy się w Helsinkach. Będzie trudniej, łatwiej?

– Powiem tak: łatwiej nie będzie, ale trudniej też nie. Będzie nam brakować Marcina Gortata, który odgrywał kluczową rolę, ale my się nie boimy. Znamy się już od czterech lat – z trenerem, z zawodnikami. Mamy te same zagrywki, jesteśmy bardzo zgrani, nabraliśmy doświadczenia. Wierzymy w siebie.

Natomiast Francja w tym sezonie wiele zmieniła i to jest dla nich kłopot. Wiadomo, mają wielu świetnych graczy i gwiazdy, ale jak szykujesz się tylko przez miesiąc, to nigdy nie wiesz na pewno, czego się spodziewać po drużynie.

Francuzom zabraknie Tony’ego Parkera, Nicolasa Batuma i Rudy’ego Goberta. Można powiedzieć, że kręgosłupa drużyny.

– Oni czują, że mają nowy organizm. Nie wiem, czy czują niepewność z tym związaną, ale wiedzą, że muszą znaleźć np. nowych liderów. Wiadomo, są Nando De Colo czy Boris Diaw, ale pewne rzeczy muszą się dotrzeć. Kilku graczy w kadrze będzie zupełnie nowych.

Kogo Twoim zdaniem będzie Francuzom brakować najbardziej?

– Myślę, że Parkera. On gra już na trochę niższym poziomie niż kilka lat temu, ale to ktoś wyjątkowy, wielki lider. Na boisku zabraknie oczywiście także bloków i zbiórek Goberta czy trójek Batuma.

Parkera zastąpi Thomas Heurtel, europejski Jason Williams, lub Antoine Diot, dużo bardziej stonowany rozgrywający. Czyją twarz, czyj styl przejmie reprezentacja?

– Mecze zaczynać będzie pewnie Heurtel, który ma więcej doświadczenia z Euroligi. Diot jest dobrym graczem, ale Heurtel pokazuje się z lepszej strony. Myślę jednak, że trener Vincent Collet będzie rotował bardzo na tej pozycji, minuty dostanie też mocny Leo Westermann. Chyba tylko De Colo może się spodziewać, że będzie grał na boisku długo.

Myślałeś kiedyś o tym, ile impulsu dostała Twoja kariera dzięki przyjazdowi do Polski? Gra o medale, w pucharach, w reprezentacji, na EuroBaskecie – wszedłeś na wyższy poziom.

– Zdecydowanie tak. Przyjazd do Polski w dużym stopniu, można nawet powiedzieć, że totalnie, zmienił moją karierę i moje życie. Jestem naprawdę wdzięczny kilku osobom za to, że mi w tym pomogły. Mojej mamie, Magdalenie, która cały czas mnie pchała do tej Polski czy Mateuszowi Jodłowskiemu, który przez kilka lat męczył się ze mną namawiając mnie na transfer do PLK.

Ja najpierw chciałem udowodnić sobie i wszystkim, że wybiję się we Francji. Ale w końcu postanowiłem się sprawdzić gdzie indziej, Zgorzelec mnie skusił. No i jak mówisz – wszystko się zmieniło.

Odkryłem wiele rzeczy, w tym także siebie, swoją osobowość. Wcześniej było tak, że mieszkałem we Francji, to oczywiście przyjeżdżałem do Polski na wakacje. Ale wiesz, jak to jest – jedziesz z rodzicami, odwiedzasz dziadków, wujków, przez kilka tygodni jesteś u nich, słuchasz, co mówią, nasiąkasz ich opowieściami, a właściwie nie poznajesz kraju.

Jak przyjechałem do Polski grać, to zacząłem poznawać ludzi, miasta, kulturę. To było dla mnie coś rewelacyjnego.

Gdzie masz w Polsce rodzinę?

– W Warszawie, wszystkich. Stąd pochodzi moja mama, w Alejach Jerozolimskich mam trzech wujków, inni kuzyni mieszkają na Mokotowie, w Warszawie czuję się zupełnie znajomo.

Pod koniec roku umieściliśmy Cię na 9. miejscu w rankingu 100 najlepszych polskich koszykarzy. W rocznikach młodzieżowych we Francji też byłeś w takiej czołówce, dla kadr zdobywałeś sporo punktów. Czego zabrakło, żeby na podobnym poziomie przejść z poziomu juniorskiego do seniorów?

– W sporcie trzeba mieć też trochę szczęścia. Była taka sytuacja, że jak byłem młody, to razem z Nicolasem Batumem graliśmy w Le Mans – on na trójce, ja na czwórce. No i w trakcie sezonu dwóch skrzydłowych z jego pozycji doznało kontuzji, on zaczął grać więcej. Na jeden z meczów Euroligi przyjechało chyba z 10 skautów NBA, a Nicolas rzucił wtedy 15 punktów. W pozostałych 11 w całym sezonie – w sumie 36. Właściwy czas, właściwe miejsce, wszystko się czasem układa.

Ja potem też tak miałem – np. w Zgorzelcu, gdzie kontuzje przeszkadzały Danielowi Kickertowi. Może wcześniej, gdy miałem 18-19 lat, tego szczęścia mi zabrakło, ale w końcu je nadrobiłem – wpadłem na dobrych trenerów, uwierzono we mnie. Niektóre rzeczy czasem dzieją się poza boiskiem.

Z lewej Aaron Cel, w środku Nicolas Batum (fot. Facebook.com)

EuroBasket, PLK, NBA – typuj i wygrywaj kasę! >>