Adam Parzych: Własny sposób na trenowanie

Share on facebook
Share on twitter

– Nigdy nie należy zapominać o pochwale i o ciągłym wspominaniu o dobrych rzeczach, które zawodnik zrobił. Trzeba dać motywację do dalszego trenowania – mówi Adam Parzych, były zawodnik pierwszoligowy, a obecnie trener, zaczynający karierę w USA.

Adam Parzych, Steve Clifford (trener Orlando Magic) i John Albano (asystent)

Kolekcja Mitchell & Ness – NBA za jakim tęsknisz! >>

„Byłem bardzo podekscytowany. Pamiętam, że od razu po powrocie do Polski, o 2 w nocy wraz z moim trenerem ze szkoły średniej pojechaliśmy na halę. Musiałem oddać 1000 celnych rzutów i żyć marzeniem, że może uda mi się kiedyś dostać do NBA”.

Ludzie Basketu #11 – Adam Parzych

Pamela Wrona: W swojej koszykarskiej karierze reprezentowałeś kluby takie jak Kotwica Kołobrzeg, Spójnia Stargard czy Legia Warszawa. Dlaczego zdecydowałeś się na zakończenie kariery?

Adam Parzych: Wiele czynników wpłynęło na moją decyzję, kwestie rodzinne i fizyczne. Moje ciało już nie było takie samo jak za młodych lat i coraz więcej czasu potrzebowałem na regenerację.

Byłem trochę postawiony pod murem. Grałem w Polsce, mieszkając w Nowym Jorku. Można powiedzieć, że prowadziłem „cygańskie” życie i ta ogromna odległość czasami bardzo mnie frustrowała. Już nie byłem sam, to jest w tym wszystkim kluczowe, bo zmienia to cały światopogląd. Chciałem robić wszystko to, co najlepsze dla mojej rodziny, a nie tylko dla mnie. Po długich namysłach, postanowiłem wyjechać do Stanów, z myślą, że jeszcze kiedyś wrócę do Polski, ale już nie jako zawodnik.

Czyli już wtedy miałeś w planach, aby zostać trenerem?

Kocham koszykówkę. Wiedziałem, że długo bez niej nie wytrzymam. Jak najszybciej po powrocie zacząłem robić notatki na temat trenowania. Zacząłem pomagać przy szkoleniu zawodników w różnych kategoriach. Zauważyłem, że sprawiało mi to naprawdę wiele radości.

W Ameryce jest najlepszy system szkolenia młodzieży, a także są tam najlepsi zawodnicy i trenerzy na świecie. To jest idealne miejsce, aby zdobywać wiedzę na najwyższym poziomie.

Ostatnio przebywałeś w Orlando na Florydzie. Nie pojechałeś tam jednak na wakacje, a do klubu Orlando Magic na okres przygotowawczy, aby uczyć się od najlepszych. Jak udało Ci się to zrealizować?

Pobyt w Orlando był niesamowitym doświadczeniem, który pomógł mi głęboko wniknąć w wiele aspektów koszykówki na najwyższym poziomie. Miałem okazje zdobyć wiedzę nie tylko z poziomu organizacji, ale przede wszystkim psychologii trenerskiej i taktyki treningu.

Moim pierwszym marzeniem, jak byłem młody, była gra w NBA. Zawsze lubię stawiać sobie wyżej poprzeczkę. Mogę powiedzieć, że zrobiłem 10% w tym kierunku, aby moje następne marzenie się spełniło.

Jak się czułeś, uczestnicząc w czymś takim?

Będąc na boisku podczas treningu czułem się, jakbym był gotowy do powrotu do grania… Dopóki nie zrobiłem paru skoków i nie stanąłem przy innych zawodnikach. Jest naprawdę ogromna różnica w fizyczności między Europą a Ameryką.

Co mogę powiedzieć? Czułem się malutki nie tylko fizycznie, ale i wobec wiedzy tych trenerów. Oni pomagali, abym czuł się komfortowo. Słuchałem, zadawałem pytania, robiłem notatki. Z każdym dniem ta chęć posiadania wiedzy stawała się coraz większa.

To nie był twój pierwszy taki pobyt. Jak wyglądał wcześniejszy?

Mój pierwszym pobyt w Houston miał miejsce, gdy miałem 18 lat. Byłem w siódmym niebie, witając się z Tracym McGradym, Yao Mingiem, czy trenerem Van Gundym na treningach. Był to okres przed playoffami. Zespół był wówczas bardzo mocny i naprawdę ekstra oglądało się ich grę.

Moje podejście było zupełnie inne niż w Orlando. Nie zwracałem uwagi na szczegóły w treningu, zagrywkach, taktykach. Byłem bardzo podekscytowany. Pamiętam, że od razu po powrocie do Polski, o 2 w nocy, wraz z moim trenerem ze szkoły średniej pojechaliśmy na halę. Musiałem oddać 1000 celnych rzutów i żyć marzeniem, że może uda mi się kiedyś dostać do NBA.

Jakie były Twoje obowiązki w Orlando?

Do moich głównych obowiązków należała nauka. Musiałem jak najwięcej wyciągać z każdej lekcji. Niekiedy byłem proszony o wyrażenie swojej opinii, dotyczącej na przykład danej zagrywki, albo jak to wyglądało u mnie w Europie – gdy byłem zawodnikiem. Byłem bardzo zaskoczony. To nie była przecież Polska, a Stany Zjednoczone, najlepsza liga świata.

Trener Steve Clifford wciąż mi powtarzał, że muszę znaleźć swoją własną drogę do trenowania i to przyjdzie samo z czasem. Każdy ma inne podejście do zawodników, natomiast ważne jest to, aby był dwustronny szacunek. W sztabie szkoleniowym jest wielu trenerów, a także osób pomagających w treningu przez cały dzień. Naprawdę trudno wszystkich zliczyć. Ręczników i napojów było bardzo dużo w szafach na sali, więc również trzeba było zwracać uwagę, czy niczego nie brakuje.

Jak wyglądały treningi i cały okres przygotowawczy?

Sam okres przygotowawczy jest bardzo krótki, a po nim rozpoczynają się sparingi. Zawodnicy mają dostęp do wszystkich zasobów, które mogłyby pomóc im w grze.

Z samego rana jest trening na siłowni, następnie każdy zawodnik trenuje indywidualnie z asystentami przez około 1,5 godziny. Dopiero wtedy zaczyna się trening zespołowy, który trwa od 3 do 4 godzin. Po tym jest czas na zregenerowania ciała poprzez odnowę – jest naprawdę szeroki wybór opcji. Później następuje czas, kiedy każdy koszykarz ogląda trening i omawia swoje błędy, prawie jak na kozetce.




A sama organizacja? Czego zdołałeś się nauczyć przez ten czas?

Wszystko było zorganizowane od A do Z, na naprawdę wysokim poziomie. Także w ciągu dnia było bardzo dużo rzeczy, które trzeba było zapamiętać, a czasu było niewiele. Krótki czas ze względu na to, że było mało czasu do pierwszych sparingów.

Trener panował nad tym, aby te błędy się nie powtarzały na następnym treningu. Spędziłem wiele czasu z głównym trenerem Orlando Magic (Clifford) rozmawiając o trenerskim podejściu, czy o psychologii taktyki. Mam wiele notatek, nagrań, które oglądam i wciąż analizuję.

Bardzo spodobał mi się wątek dotyczący tego, że sam muszę znaleźć swój sposób na trenowanie. Musi być on odpowiedni do mojej osobowości, a także oparty na wzajemnym szacunku na linii trener – zawodnik.

„You gotta remember that these players are the best where they come from” – to znaczy, że każdy z tych zawodników NBA był w pewnym momencie najlepszym zawodnikiem w swoim wieku, kraju i tak dalej. Każdy ma swoje ego, wartości i trzeba to szanować. Trzeba mieć wyczucie czasu, kiedy i komu można konstruktywnie zwrócić uwagę na jego błędy, na kogo można podnieść głos.

Ale nigdy nie należy zapominać o pochwale i o nagminnym wspominaniu o dobrych rzeczach, które zawodnik zrobił, dać motywację do dalszego trenowania. Trzeba też zwracać uwagę na błędy, bo inaczej trening nie ma sensu.

„There is patience, then there is practicing to lose”

Taktycznie koszykówka poszła do przodu, a także sposób prowadzenia zespołu jest inny. Nikt nie kopie w krzesła, nie rzuca butelkami z napojem i nikogo nie obraża. Ta stara szkoła już nie robi postępu. Trener spaja zespół i musi być jednocześnie przyjacielem ,tak samo dla najlepszego zawodnika, jak i dwunastego z ławki. Są 3 punkty, do których trener musi dążyć, aby były robione i przestrzegane przez zawodników:

1. Tell them what you want them to do
2. Show them how to do it.
3. Get them to do it.

Jeśli chodzi o samą taktykę w ataku, to było bardzo dużo prostych sytuacji, z których wynikało wiele możliwości ich zakończenia. Ważne było, aby zawodnik długo nie zastanawiał się nad kolejnym ruchem, musiała być zachowana płynność. W obronie mówiło się wiele o tak zwanych „protection spots„, żeby znać miejsce i odnajdować się w danym systemie obronnym.

Jak te wszystkie lekcje rzutowały na ciebie?

Jako zawodnik byłem bardzo niecierpliwy i ten pobyt zmienił moje zachowanie. Wszystko czego się nauczyłem wdrażam w życie, aby młodzież robiła coraz większe postępy ku profesjonalnej grze w koszykówkę.

Dodam, że trener Clifford chwalił wielu europejskich trenerów i nawet przyznał, że ogląda nagrania udostępnione na YouTube z europejskich parkietów i wiele się od nich nauczył. To jest niesamowity dostęp do wielkiej wiedzy koszykarskiego rzemiosła.

 

Twoje oczekiwania jeżeli chodzi o pobyt w Orlando Magic zostały spełnione?

Bardzo. Nie sądziłem, że będę mógł wchłonąć tak wiele cennej wiedzy. Panowała tam profesjonalna i przyjazna atmosfera. Patrząc na to z trenerskiej perspektywy, jest to wielki krok dla mnie, aby iść dalej w tym kierunku, doskonalić swoje umiejętności, by następnie móc je wykorzystywać.

Co twoim zdaniem wyróżnia i charakteryzuje tę ligę?

Atletyzm i organizacja. To są najlepsi z najlepszych. W tym sporcie są wielkie pieniądze, więc organizacyjnie nie można się do niczego przyczepić. Zawodnicy są wymagający, ale także klub jest wymagający w stosunku do zawodnika. Wszyscy starają się, aby obydwie strony były zadowolone i usatysfakcjonowane.

Jakie dostrzegasz różnice w treningu, patrząc na polskie rozwiązania?

Tutaj nie ma czegoś takiego jak nieprzygotowanie, albo słaba kondycja. Każdy zawodnik jest w świetnej formie, pracuje ciężko całe lato, by móc udoskonalać swoje elementy. Nie ma czasu, aby wracać do czegoś kilka razy. Jak ktoś zostaje w tyle, może się szybko obudzić w G-League i już nigdy nie dostać szansy.

W Polsce jest limitowana liczba bardzo dobrych zawodników. W Stanach młodzi muszą bardzo ciężko pracować, aby zabrać starszym minuty w przyszłości. Nie można porównać tych lig. Są to dwa różne światy. I pieniądze są przede wszystkim wielkim murem między nimi.

Oprócz pieniędzy, czego brakuje naszej?

W naszej lidze musimy zrobić wiele kalkulacji i przemyśleń, zanim rozpocznie się każdy sezon. W NBA nie ma takiego myślenia jak u nas.. Większość zawodników ma stałe i długoletnie kontrakty. Nie ma wielkich roszad wśród zawodników i trenerów. W Polsce często zespoły są budowane od podstaw. Nie jest to łatwa rzecz dla trenerów. Dobry zespół buduje się z kilkuletnim wyprzedzeniem.

W tych butach Stephen Curry zadziwia obrońców w NBA >>

Twoim zdaniem powinniśmy wzorować się na NBA?

Myślę, że tak. Długoletnie kontrakty dla zawodników i trenerów to podstawa. Dostęp do sali przez cały rok, żeby móc trenować z asystentami i przygotowywać się jak najlepiej do nadchodzącego sezonu. Każdy klub powinien mieć swój zespół w niższych ligach. Ale przede wszystkim, uważam, że powinniśmy zacząć od młodzieży. Trzeba wprowadzić inny system, abyśmy w końcu mogli ponownie zdobywać medale na tle europejskim.

Okres przygotowawczy dobiegł końca. Co dalej? Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Nadal trenuję z młodzieżą i z zawodnikami, którzy starają się o profesjonalny kontrakt. Planuję teraz podpatrywać najlepsze uczelnie, a także chcę odbyć staż w New York Knicks. W międzyczasie, cały czas obserwuję polską ligę. Trzymam kciuki z moich kolegów z dawnych lat, jak i za naszą reprezentację.

Czy jest szansa, że w niedalekiej przyszłości zobaczymy cię na ławce trenerskiej w PLK?

Będąc w USA chcę zdobyć jak największą wiedzę i poznać trenerów, abym mógł później dzielić się z innymi posiadanymi informacjami. Wierzę, że po tym sezonie moje doświadczenie będzie w stanie pomóc koszykówce na różnym etapie szkolenia. Jeśli mowa o PLK, to z wielką chęcią chciałbym się w niej znaleźć.

Myślę, że moja osobowość i doświadczenie pozwolą na bardzo dobry kontakt w relacjach trener – zawodnik, nie tylko z polskimi zawodnikami, ale również z zagranicznymi. Przebywam wśród nich i wiem jak wyciągnąć z nich potencjał, który pomoże w tworzeniu prawdziwej drużyny – rodziny. Tak to musi wyglądać. Takie zespoły potrafią wygrywać.

Chciałbym połączyć style gry i psychologię Steve’a Kerra, który także był strzelcem oraz Gregga Popovicha z San Antonio z 2014 roku. To jest piękna koszykówka do oglądania. Te kluby wiedzą jak stworzyć drużynę na mistrzostwo.

Pamela Wrona, @PulsBasketu

Kolekcja Mitchell & Ness – NBA za jakim tęsknisz! >>




POLECANE