Andrzej Kierlewicz: Los czasem płata figle

Share on facebook
Share on twitter

O całkiem udanym sezonie zespołu z Pruszkowa, szczególnych relacjach ojca z synem w jednej koszykarskiej drużynie oraz początkach kariery szkoleniowca – mówi Andrzej Kierlewicz, trener pierwszoligowego Elektrobud-Investment ZB Pruszków.

Andrzej Kierlewicz / fot. lektrobud-Investment ZB Pruszków

adidas Harden Vol. 2 – w tych butach James Harden gra jak MVP >>

Pamela Wrona: W ubiegłym sezonie Znicz Basket Pruszków pod wodzą trenera Zapałowskiego doszedł do ćwierćfinału pierwszej ligi. Jakie zadanie Pan otrzymał przed bieżącymi rozgrywkami?

Andrzej Kierlewicz: Cel postawiony przede mną był jasny – spokojne utrzymanie się w lidze. Dobrze byłoby, gdybyśmy powtórzyli wynik z zeszłego roku lub zajęli jedno z dwóch bezpiecznych miejsc, omijając play-outy. Liczę, że uda nam się to zrealizować.

Jak ocenia Pan realizację tego celu po nieco ponad połowie sezonu? Z czego wynikała wasza ostatnia dobra dyspozycja?

Realizacja idzie całkiem dobrze. Do ostatniej kolejki mieliśmy 6 zwycięstw z rzędu i wydaje mi się, że ta gra zaczęła wyglądać coraz lepiej. Początek był dla nas trudniejszy, ale mogło to być wynikiem tego, że zespół tak naprawdę był nowy. Na pewno jestem teraz spokojniejszy. Liga jest jednak tak wyrównana, że niewiele brakuje, aby znaleźć się w play-offach, ale z drugiej strony, niewiele dzieli, aby znaleźć się w grze o utrzymanie.

Ci chłopcy, grający w zeszłych sezonach w różnych klubach, potrzebowali czasu i treningu zespołowego, aby to w końcu zaczęło prawidłowo funkcjonować. Dobrze ułożyły się kolejki, bo trafiliśmy na takich przeciwników, z którymi mogliśmy nawiązać równą walkę, a to też ma znaczenie. Zagraliśmy dobre zawody, czasami pomagało nam szczęście, że te wszystkie elementy złożyły się na to, że mieliśmy taką serię.

W ligowej tabeli jesteście na 9 pozycji (bilans 12-12)…

W tym sezonie zdarzały się nie do końca zrozumiałe wyniki. Niekiedy drużyna, która jest notowana na dalszym miejscu i teoretycznie jest słabsza, wygrywa z liderem. Na początku sezonu mogłoby się wydawać, że jest to niespodzianka. W tej chwili, dla mnie żaden wynik w lidze nie jest niespodzianką. Jest na tyle równa, że każdy może wygrać z każdym. Przed meczem zawsze jest wynik otwarty. Ten sezon potwierdza to, że zespoły szczególnie grające u siebie, mając nawet 6-7 zwycięstw, potrafią nieoczekiwanie wygrać.

Mam nadzieję, że do tych zwycięstw, które mamy do tej pory uda nam się dołożyć jeszcze kilka i pomogą nam one spokojnie się utrzymać. W tym sezonie nawet 15 wygranych spotkań może nie zapewnić utrzymania. Tak nie było do tej pory. To pokazuje jak grają zespoły, jak są sobie równe.

Może nie byłbym rozczarowany, gdyby zabrakło nas w play-offach, bo tak jak powiedziałem, głównym celem jest utrzymanie się w lidze bez play-outów, ale na pewno miałbym pewien niesmak. Mam świadomość w jakim miejscu jesteśmy, jak funkcjonujemy, jaki zespół udało nam się stworzyć.




Z gry wypadł Karol Kamiński, który notował średnio 17 punktów na mecz. Jego brak będzie dla Was odczuwalny w kolejnych spotkaniach? Kiedy przewidywany jest jego powrót na parkiet?

W tej chwili trudno jest określić, kiedy Karol wróci na parkiet. W środę doznał kontuzji stawu łokciowego, ma duży obrzęk, który uniemożliwia wykonane USG czy rezonansu. Myślę, że w tym tygodniu dowiemy się, czy w ogóle wróci do nas jeszcze w tym sezonie.

Jest to lider punktowy w naszym zespole. Karol jest zawodnikiem, z którym gra się dobrze, wpisuje się w naszą koncepcję gry, zarówno w obronie, jak i w ataku, dlatego na pewno będzie nam go brakowało. Mam jednak nadzieję, że szybko do nas wróci, a zespół aż tak tego nie odczuje przez ten czas, kiedy będzie nieobecny.

Co do składu, w trakcie sezonu nastąpiły roszady. Do zespołu dołączyli Mateusz Szwed oraz Michał Kierlewicz, a pożegnał się Łukasz Paul – jak ocenia Pan te ruchy?

Oceniam je bardzo pozytywnie. Po meczach sparingowych i po kilku spotkaniach w pierwszej części sezonu, wiedzieliśmy, że musimy dokonać jakichś wzmocnień.

Udało nam się namówić Michała, aby przyszedł do nas z ekstraklasowej Stali Ostrów, w której nie dostawał zbyt wielu minut. Doszedł do nas również Mateusz, dla którego Pruszków nie jest obcym terenem, bowiem grał u nas 2 sezonu temu. Zespół odczuł to poprzez zwycięstwa – potrzebowaliśmy bodźca, w postaci tych dwóch zawodników. Przypuszczam, że bez nich, moglibyśmy balansować na pograniczu tej ligi.

Co do Łukasza, musieliśmy coś wybrać. Zatrudniając go, mieliśmy nadzieję, że będzie to „piątka”, dająca dużą stabilność. Nie do końca wpisał się w nasze schematy, dlatego wspólnie doszliśmy do wniosku, że to nie jest to, czego byśmy oczekiwali od siebie nawzajem. Łukasz również nie był do końca zadowolony ze swojej gry.

Potrzebowaliśmy czegoś innego – wiedzieliśmy, co może nam dać Mateusz, a nie daje nam Łukasz. Doszło do tej wymiany „1 za 1”- tak jest w klubach, gdzie przed sezonem jest jasno określony budżet na sezon, a nie można pozwolić sobie na wielkie roszady i dodatkowe wzmocnienia. Jesteśmy z tej wymiany zadowoleni.

Wspomniany Michał Kierlewicz jest Pana synem – jak układa się Wasza współpraca?

Nasza współpraca przebiega bardzo dobrze, chociaż wydaje mi się, że każde słowo powiedziane przeze mnie na ten temat może być różnie odebrane. Ojciec zawsze będzie postrzegany w ten sposób, że nie jest obiektywny względem swojego dziecka. Niemniej jednak, musieliby ocenić to ludzie z zewnątrz lub tacy, którzy z nami współpracują i obserwują, jak ze sobą funkcjonujemy- oni mogą ocenić to z innej perspektywy. Mógłbym powiedzieć, że z Michałem znamy się od dziecka, ale dziwnie to brzmi (śmiech).

Michał trenował u mnie w Polonii Warszawa, grał u mnie w kadrach narodowych, kiedy byłem trenerem U18, także nie miałem nigdy problemu z tym, że trenuję własnego syna i nie jest to dla mnie nowość. Sądzę, że on mógł mieć z tym większy problem, ponieważ oczekiwania w stosunku do niego na początku na pewno były dużo większe niż od pozostałych zawodników. Niekiedy zaogniało się to w różnych sytuacjach.

Właśnie nasuwa się pytanie, czy nie jest tak, że wobec niego ma Pan większe wymagania niż od pozostałych zawodników?

Na pewno było tak, gdy był zawodnikiem młodzieżowym – moje wymagania z pewnością były wyższe niż od rówieśników. Wydaje mi się, że jest to normalne i trzeba wiele wymagać od zawodników, którzy chcą coś osiągnąć i poświęcić się koszykówce. Powinno stawiać się większe cele, ale nasuwa się pytanie – czy oni są na to przygotowani i będą to realizowali?
W tej chwili traktujemy się na równi, jak z pozostałymi członkami drużyny. Mam nadzieję, że on tak samo to odczuwa.




Czyli ta linia w relacjach ojciec – syn na parkiecie zostaje zatarta? Podczas treningów i meczów jest tylko „trener Kierlewicz”?

Mój syn zawsze był wychowywany w takim przeświadczeniu, że to, co dzieje się na treningu i na meczu, jest czymś zupełnie innym niż to, co dzieje się w domu. Powiem szczerze, że staram się nie wykraczać poza pewne ramy.

Oczywiście, naturalne jest to, że rozmawiamy o koszykówce i pewne rzeczy analizujemy, myślimy, co mogliśmy zrobić inaczej, ale przynajmniej ja, nie odbieram naszego kontaktu inaczej. Mimo wszystko, jest moim zawodnikiem, więc tak go traktuję. Nie rozmawiam z nim tak jak z Przemkiem Tradeckim, z którym mogę porozmawiać o różnych rzeczach, które wydarzyły się na boisku, bo jednak z Przemkiem przebywam trochę mniej niż z Michałem. Koszykówka schodzi trochę na bok.

Naszą relację mogę porównać do relacji między kibicami – interesujemy się tym sportem, ale nie rozmawiamy o tym, co dzieje się w zespole i dzięki temu, pewnymi rzeczami po prostu go nie obarczam.

Jak to wygląda poza boiskiem? Tematy koszykówki w domu są raczej tematem tabu, czy wręcz przeciwnie?

Nasz dom jest trochę dziwny – w takim znaczeniu, że wątek sportu przewija się bez przerwy, od rana do nocy. Jesteśmy sportową rodziną. Córka trenuje siatkówkę, jest w wieku juniorskim. Wszystkie tematy związane i z treningami, i z meczami czy wyjazdami, ustalane są pod to, co dzieje się w domu. Imieniny babci czy cioci są wtedy, kiedy po prostu my możemy, a nie wtedy kiedy one wypadają. Tak jest w sporcie.

Moja mama się śmieje, że jesteśmy nienormalni, bo naprawdę o niczym innym nie rozmawiamy, wszystko kręci się wokół sportu. Dodam, że mój tata biegał wyczynowo na długie dystanse- był w reprezentacji Polski. Moja żona jest po AWF, także kobiety w naszym domu są wyrozumiałe i bardzo nas wspierają.

Dlaczego poszedł Pan jednak w koszykówkę, a nie w ślady Ojca?

Tak naprawdę swoją przygodę ze sportem zaczynałem od pięcioboju nowoczesnego! Ciężka dyscyplina do uprawiania, a ja nie miałem aż takiego zapału, aby godzinami biegać po lesie lub pływać w basenie.

Było to w okresie, kiedy na koszykówkę, dzięki NBA, zrobiło się „bum”. Trochę mnie to zainteresowało, najpierw zacząłem trenować jako zawodnik. Następnie zupełnie naturalnie wyszło, że ta pasja zawodnicza przerodziła się w trenerską.

Nie wzorowałem się na kimś. Moja przygoda ze szkoleniem zaczęła się przypadkowo. Kończąc studia nie wiedziałem, że będę trenerem koszykówki. Mając już wtedy syna Michała, zacząłem rozglądać się za jakąś pracą. Takim sposobem trafiłem do biura nieruchomości. Dopiero wtedy, gdy mój przyjaciel, Piotr Bakun, zadzwonił do mnie i powiedział, że w Polonii zwolniło się miejsce po trenerze Nowaku w grupie kadeckiej, otworzyła się przede mną taka szansa. To on tak naprawdę namówił mnie, abym zajął się tą koszykówką. Dałem się namówić, pojechałem na pierwszy obóz… I tak już zostało!

We wrześniu podjąłem się dodatkowej pracy w szkole, gdzie nigdy wcześniej bym nie pomyślał, że coś takiego będzie miało miejsce i będę pracował z dziećmi. Los czasami płata nam figle. Kończąc studia, człowiek myśli, że będzie robił coś innego, a los sprawia, że rzuca go w zupełnie innym kierunku. Tak było ze mną.

Czy wiąże Pan swoją przyszłość z Pruszkowem?

Nie ukrywam, że jestem zadowolony, że otrzymałem propozycję z tego klubu. Bądź co bądź, moja drużyna KK Warszawa spadła z ligi, a to nie jest żaden sukces sportowy. Cieszę się, że ktoś zauważył moją pracę, którą wykonałem przez te 3 lata, od momentu powstania klubu – założyliśmy go razem z Markiem Popiołkiem. Szybko się rozwinął, dostałem szansę poprowadzenia zespołu pierwszoligowego i z niej skorzystałem.

Czy mój związek z Pruszkowem będzie na dłużej? Kto wie? Wszystko zależy od tego jaki wynik sportowy uda nam się osiągnąć. Dziś tu jestem, jest mi dobrze, jesteśmy na tak zwanej fali wznoszącej. Nie lubię zmian, więc na pewno chciałbym zostać tu dłuższy okres. Praca trenera jest trochę jak sapera- 3 porażki i może się okazać, że trenera już nie ma.

Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

adidas Harden Vol. 2 – w tych butach James Harden gra jak MVP >>




POLECANE