Anthony Ireland: Serca nie da się zmierzyć

Share on facebook
Share on twitter

– Zastanawiam się, co mogę zrobić, żeby coś na świecie zmienić. I najlepiej zacząć od swojego otoczenia, miasta. Ostatnio wpadło mi do głowy: „Anthony, a dlaczego nie miałbyś zostać burmistrzem?” – mówi rozgrywający Trefla Sopot w rozmowie z PolskiKosz.pl.

Anthony Ireland (Fot. Tomasz "Fijołek" Fijałkowski)
Anthony Ireland (Fot. Tomasz „Fijołek” Fijałkowski)

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

Łukasz Cegliński: Jestem fanem twojego Twittera. Niebanalny, śmieszny, ale też inspirujący.

Anthony Ireland: W Waterbury skąd pochodzę, ale też w kilku innych miejscach USA, dzieciaki na mnie patrzą. Niektóre pewnie chciałyby pójść moją drogą – dostać się na studia, grać w NCAA, potem rozpocząć zawodową karierę. Wiem, że mnie obserwują, więc staram się utrzymywać pozytywne przesłanie, zwracać uwagę na rzeczy, które pomagają w rozwoju.

Głębokie sentencje, cytaty ze znanych ludzi.

– Tak, sporo czytam, dużo rozmyślam. Jestem introwertykiem, lubię spędzać czas sam ze sobą, m.in. dlatego podoba mi się zawodowe granie w Europie. Jestem tu sam – bez rodziny i znajomych. Potrafię się zagubić we własnych myślach.

Gdy studiowałeś na Uniwersytecie Loyola Marymount, lubiłeś chodzić na kilkugodzinne, samotne spacery po kampusie. Co one ci dawały?

– Mogłem sobie spokojnie uruchomić wyobraźnię i pomarzyć – nie tylko o koszykarskiej karierze, ale generalnie, o pozytywnych rzeczach, których chcę doświadczać w życiu.

Rdzenni Australijczycy mieli walkabout – obrzęd przejścia, który był taką podróżą w głąb siebie. U nich mogło to trwać kilka miesięcy, ale te twoje przechadzki też robią wrażenie.

– I pewnie można je trochę porównać, bo właśnie o to mi chodzi – samotny spacer to okazja, by spokojnie pomyśleć. Zobacz, jak łatwo dajemy się pochłonąć naszym smartfonom, dobrze wiemy, że potrafimy spędzać godziny i dnie tylko się w nie gapiąc. Ja staram się jak najwięcej czytać i rozmyślać, jestem też fanem medytacji, której staram się poświęcać choćby kwadrans dziennie – nie tylko wtedy, jak coś idzie źle, ale generalnie, by oczyścić umysł.

Złe napięcie w Ameryce

Colin Kaepernick (Fot. Wikipedia)
Colin Kaepernick (Fot. Wikipedia)

Ostatnio na Twitterze piszesz i przekazujesz wiele informacji dotyczących Colina Kaepernicka i jego klęczącego protestu podczas odgrywania hymnu USA.

– Uważam, że Colin dokonał wielkiej rzeczy – sprawił, że ludzie zaczęli mówić o pewnych kwestiach. Przecież już wcześniej mieliśmy w USA do czynienia z brutalnością policji, ale długo nikt ze znanych postaci, sportowców, nie chciał o tym mówić.

Ja popieram Colina w 100 proc. Uważam, że jego działanie może pomóc zmienić świat i cieszę się, że jestem tego świadkiem. Gdy dorastał mój tata, bohaterami byli Martin Luther King czy Malcolm X, ja teraz po raz pierwszy czuję, że za mojego życia też jest szansa na zmianę, której Ameryka potrzebuje.

Jaką zmianę?

– Wciąż wcale nie jest łatwe być w USA Afroamerykaninem. Ja jestem pół Włochem, pół czarnym, ale postrzegam siebie jako czarnego, bo odczuwam na sobie stereotypowe myślenie. Wchodzę do sklepu, rozglądam się, chodzę między półkami i wiem, że jestem obserwowany, że ktoś na mnie patrzy inaczej niż na białych. Po prostu to czuję – to napięcie, złą energię.

Dlatego piszę o takich rzeczach, zwracam na nie uwagę na Twitterze – zależy mi, żeby ludzie o nich rozmawiali. Colin Kaepernick to sprawił, a zaraz zaczyna się sezon NBA.

Spodziewasz się podobnych protestów?

– Oczywiście. I to nawet w większej skali, bo zauważ, że wiele kontraktów w NFL to umowy jednoroczne i zawodnicy mogą się po prostu obawiać o swoją przyszłość w lidze. W NBA kontrakty są wieloletnie, gracze są bezpieczniejsi, jeśli chodzi o pracę. Łatwiej im zająć wyraźne stanowisko. I wiem, że one się pojawią, czytam i słucham, co mówią Chris Paul, LeBron James, Carmelo Anthony czy Dwyane Wade.

Colin sprawił, że biali w USA poczuli się niekomfortowo. Ten protest dał im do zrozumienia, że brutalność policji nie jest jednostkowym, lokalnym problemem. Wiadomo, że to się nie zmieni z dnia na dzień, ale dobrze, że się o tym mówi. W USA nie jest teraz fajnie, ale zwykle jest tak, że jak coś idzie źle, to jest wstępem do zmiany na lepsze. Myślę, że w ciągu najbliższych 5-10 lat tego doświadczony.

Gdy babcia mówi rasistowskie rzeczy

Marcus Garvey
Marcus Garvey

Wspomniałeś Martina Luthera Kinga, Malcolma X – kto jeszcze cię inspiruje?

– Właśnie przeczytałem książkę o Marcusie Garveyu, Jamajczyku, który rozwijał ideę panafrykanizmu, robił wiele dla rozwoju kultury i świadomości czarnych, założył „Black Star Line”, czyli przedsiębiorstwo przewozowe, które wspierało powrót do Afryki. Ja też chciałbym kiedyś pomieszkać w Afryce, poznać ją. To jest przecież ojczyzna nas wszystkich, nie tylko czarnych.

Skończyłeś studia o tematyce afroamerykańskiej.

– Tak, ale wiesz co? Nie bardzo się wtedy interesowałem tymi zagadnieniami. Ja w ogóle nie byłem dobrym uczniem, wiedziałem, że uczyć muszę się po to, by grać w koszykówkę. Na uczelni te wszystkie społeczne, rasowe zagadnienia mnie nie pochłaniały, dopiero teraz zacząłem o nich myśleć.

Poza tym mam 16-letniego brata i zależy mi na tym, by on był świadomy tego, co się dzieje na świecie, w Ameryce. Zaraz będzie się starał o prawo jazdy, niedawno z nim o tym rozmawiałem. I tłumaczyłem mu, że gliny czują się niepewnie, gdy widzą w samochodzie czarnego z kapturem naciągniętym na oczy. Mówiłem mu, żeby unikał jakichkolwiek sytuacji, w których policjanci poczują się zagrożeni.

I mówię serio, my teraz musimy na to uważać. Gdyby zatrzymano do kontroli ciebie, wszystko byłoby w porządku, pełen luz. Gdybym ja został zatrzymany, musiałbym uważać na każde słowo – ręce na kierownicy, „Tak, proszę pana”, „Nie, panie władzo”. Niestety, tak działają teraz stereotypy w USA.

Masz włoskie korzenie?

– Tak, moja mama jest Włoszką, tata jest Afroamerykaninem. Dzięki temu dorastałem w możliwie najlepszej sytuacji, bo nie widziałem różnic. To znaczy widziałem, ale one dla mnie nie istniały. Nie rozumiałem znaczenia koloru. Moi rodzice też niczego na mnie nie wymuszali, nie pchnęli mnie ku żadnej religii, więc teraz mogę podchodzić do wszystkiego z otwartą głową.

Uwielbiam włoską część mojej rodziny – stroje, jedzenie, język.

Mówisz po włosku?

– Żałuję, ale nie.

W obu tych moich rodzinach jest tyle odmiennych historii – moja babcia od strony taty opowiada mi o czasach, gdy czarni żyli w czasach rasizmu, segregacji, a nawet niewolnictwa. Z tatą rozmawiamy o tym, co dzieje się teraz, komentujemy rzeczywistość nawet krótkimi wiadomościami – o kolejnych morderstwach, o zamieszkach. Przywykliśmy do tego, dla nas to codzienność, czasem po prostu, jak ze sobą rozmawiamy, to wzruszamy ramionami – jest jak jest.

Moja mama ma jednak zupełnie inne podejście do tego, dla niej to coś niezwykłego. Jest biała, nigdy nie spotkały ją rzeczy, o których tu rozmawiamy, więc pewne rzeczy muszę jej tłumaczyć krok, po kroku. A najlepsza jest moja babcia od strony mamy – jej czasem zdarza się powiedzieć coś rasistowskiego bezwiednie, ona po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy, nie ma w tym złej wiary. Czasem się z niej śmieję – „Babciu, czy ty wiesz, co właśnie powiedziałaś?”.

Ale cieszę się, że wychowałem się na granicy dwóch światów.

Wychowywałeś się na Wschodnim Wybrzeżu, a studiowałeś na zachodnim. Jak te części kraju się różnią, jeśli chodzi o codzienność, ludzi, ich podejście do życia?

– Ogromnie! Wschód to miejsce, gdzie wszystko musisz sobie wyrwać, wywalczyć, na wszystko musisz ciężko zapracować, ten etos pracy jest bardzo duży. No i jest też zima – przychodzi, robi się zimno, posępnie. Ale to też sprawia, że ludzie na wschodzie USA są twardzi, gruboskórni.

A Zachód… Jak byłem rekrutowany przez Loyola Marymount, to niektórzy pukali się w głowę – po co lecę tak daleko, dlaczego nie pójdę do szkoły niedaleko Nowego Jorku, to bez sensu itp. Ale ja po prostu wsiąkłem w Kalifornię – wysiadłem na lotnisku, gdy przyleciałem na pierwszą wizytę, zobaczyłem palmy, plażę… Pomyślałem, że to nie może być prawdziwe życie.

Zachód jest łagodny, wyluzowany, bez pośpiechu. Tę różnicę widać wszędzie, słychać ją w hiphopowej muzyce.

A najlepsze jest to, że w Sopocie mam i jedno, i drugie. Jest plaża, ale zaraz będzie zima.

Loyalność i owacja na stojąco

Anthony Ireland
Anthony Ireland

Dlaczego wybrałeś Loyola Marymount? To mała, niezbyt ceniona po względem koszykarskim szkoła, a ty podobno miałeś propozycje z lepszych.

– Gdy chodziłem do szkoły średniej w moim Waterbury, duże szkoły się mną nie interesowały. Ale w związku z tym, że miałem złe oceny, musiałem zaliczyć szkołę przygotowawczą – poprawić wyniki w nauce, by trafić na uczelnię. Trafiłem na rok do Winchendon w New England – jej drużyna grała w silnej lidze, dzień w dzień rywalizowałem z gośćmi, którzy szli potem do Kansas i podobnych szkół. A na dodatek wszyscy moi koledzy z drużyny też wybierali się do Dywizji I – miałem więc okazję grać i trenować z bardzo dobrymi zawodnikami.

Grałem nieźle, zaczęły pojawiać się oferty z St. John’s, Uniwersytetu Miami, UMass itp. Ale Loyola Marymount zabiegała o mnie znacznie dłużej, chciała mnie zaraz po szkole średniej, widać było, że jej trenerom zależy na mnie. Chciałem być lojalny. A poza tym jak mówiłem – w Kalifornii po prostu mi się podobało.

Mała szkoła, to mniejsze szanse na poważną karierę, na NBA.

– Pewnie, że tak jest, wybierając Loyolę słuchałem o tym cały czas. Ale ja niczego nie żałuję. Spędziłem świetne lata na uczelni, trenerzy we mnie wierzyli, ufali mi, mogłem pokazać na boisku to, co potrafię. Zdobywałem wiele punktów, byłem czołowym strzelcem konferencji.

Czy byłoby tak, gdybym poszedł do większej szkoły? Grałbym pewnie krócej, rzucał mniej punktów. Owszem, mój zespół byłby częściej pokazywany w telewizji, ale czy ja mógłbym pokazać swoje umiejętności?

Teraz, gdy jestem zawodowym koszykarzem, kilka lat w roli lidera drużyny działa na moją korzyść. A mam kolegów, którzy poszli do lepszych szkół i nie mogą znaleźć pracy. Wiem, jest dużo różnych zależności, ale powtarzam – nie zmieniłbym w swojej karierze niczego.

Byłeś cenionym graczem w NCAA, fani BYU Cougars zgotowali ci owację na stojąco, gdy rozgrywałeś w ich hali ostatni mecz w karierze.

– Wielka rzecz. To był drugi raz, kiedy mi się to przytrafiło – najpierw był wyjazdowy mecz z Gonzagą, w którym rzuciłem chyba 34 punkty. Przegraliśmy jakoś niewysoko, trener zdjął mnie z boiska w ostatniej minucie, a ja słyszę oklaski z całych trybun. Trochę nie zrozumiałem najpierw co się dzieje, taki byłem zmęczony.

W tym ostatnim meczu było podobnie, kariery gratulował mi trener drużyny przeciwnej, a nawet sędziowie, którzy obserwowali mnie przez cztery lata. Fajne wspomnienie.

Przez Sopot do NBA

Anthony Ireland - sesja zdjęciowa do magazynu studenckiego
Anthony Ireland – sesja zdjęciowa do magazynu studenckiego

Uważasz, że miałeś realną szansę dostać się do NBA?

– Pewnie. Wciąż myślę, że ją mam. Marzę o tym. Moja droga nie była łatwa – jak mówiłeś, nie grałem w dużej szkole, nie byłem specjalnie znany. Skreślano mnie, a ja to traktowałem jako motywację. I wciąż traktuję.

Europejska kariera na razie nie układa ci się najlepiej – Francja, Grecja, Polska to nie jest ścieżka rozwoju, polska liga nie jest kontynentalną czołówką.

– Początek był dobry, liga francuska to naprawdę niezły poziom – jest w niej wielu utalentowanych fizycznie graczy, rozgrywki są wymagające. Na dodatek ja byłem młody, niedoświadczony, w pierwszym sezonie w Europie pewnych rzeczy nie rozumiałem. Miałem wzloty, ale też spore upadki. Uczyłem się, dałem radę, w Elan Chalon zdobywałem około 10 punktów na mecz, miałem po 5 asyst, awansowaliśmy do play-off.

Wydawało mi się, że dostanę lepsze oferty, ale z tych, które przychodziły, nie byłem zadowolony pod względem finansowym. Trafiłem więc do Grecji, do zespołu Arkadikos – tam mi nie wyszło. Z różnych względów. Grecka liga jest silna, ale klub miał swoje problemy, ja miałem swoje, po prostu nic się nie zgrało. Na boisku i poza nim.

Rozstałem się z klubem w złych relacjach, wróciłem do USA, zastanawiałem się, czy przypadkiem moja zawodowa kariera się nie skończyła. Ale od razu zacząłem trenować, chciałem być w dobrej formie, miałem kontakt z agentem. Byłem na testach w kilku klubach D-League, ale to nie było miejsce, gdzie chciałem trafić.

W końcu pojawiła się opcja z Sopotu i wiedziałem, że muszę ją wykorzystać. Przyjechałem w dobrej formie, skoncentrowany, zdeterminowany. I chyba nieźle wypadłem w tej końcówce sezonu, wygraliśmy połowę z ośmiu meczów, trafiłem kilka ważnych rzutów. Jestem wdzięczny za tę szansę.

I wciąż wierzysz, że Trefl to tylko krok w kierunku NBA?

– Tak. Zauważyłeś przecież na Twitterze, jak pozytywne podejście mam do życia. Mam marzenie, cel i plan – musisz je mieć, bez tego jesteś niczym. Chcę, by Trefl zagrał w tym roku w play-off, chcę mieć duży udział w dobrej grze drużyny – zdobywać punkty, zaliczać asysty, bronić. Chcę się wypromować, trafić do lepszej ligi.

A potem – może liga letnia NBA, może obóz przygotowawczy? Pytałeś o ludzi, którzy mnie inspirują – mam ich też w koszykówce. Malcolm Delaney, Bobby Brown, Pooh Jeter – to są goście, których drogą chciałbym pójść. Też nikt w nich nie wierzył, a oni dochodzili do NBA.

Jak byłem mały, to oczywiście inspirowały mnie gwiazdy – Chris Paul, John Starks, Steve Nash, Allen Iverson, Damon Stoudamire. Jak widać – zwykle gracze niewysocy, którzy grali powyżej oczekiwań.

Ron Artest jak skała

Ile właściwie masz wzrostu – w sieci spotkałem się ze 178 cm, ale też ze 173 cm?

– Bez butów mam pewnie te 173 cm, w butach te trzy centymetry więcej. Ale wiesz, jak to jest z pisaniem w sieci – w szkole średniej gdzieś poszło, że mam 181 cm, tak też bywało.

Ale rozumiem, że niski wzrost w niczym ci nie przeszkadza?

– Nie, wcale. Najważniejsze jest, by każdy mecz grać tak, jakby był twoim ostatnim, rzucać wszystko na szalę. Serca nie da się zmierzyć.

O co chodziło z graniem przeciwko Ronowi Artestowi?

– W czasie lokautu wiele gwiazd i zawodników NBA zjechało do Kalifornii i tak się jakoś złożyło, że urządzali sobie treningi na obiektach naszej uczelni – my, jako gospodarze, też oczywiście braliśmy w tym udział. W hali mieliśmy trzy równoległe boiska i graliśmy pięciu na pięciu – tych graczy NBA było z 50, mogłeś trafić na Kobe Bryanta, Derona Williamsa, Paula Pierce’a czy właśnie Rona Artesta.

I pierwszy raz w życiu nie mogłem zrobić nic. Dosłownie, nic! Miałem piłkę, próbowałem przeprowadzić ją na atakowaną połowę, ale nie mogłem. Artest siadł na mnie, osaczył, czułem się jak w jakiejś rękawicy. Myślałem, że ucieknę spod jego presji, bo jestem mały i szybki, ale nic z tego. Napierałem całym ciałem na jego rękę, ale ona była silniejsza. W końcu powiedziałem „Faul!”. A on się zaśmiał: „Nie, młody, to nie jest faul”.

Burmistrz Ireland

Akademia Anthony'ego Irelanda
Akademia Anthony’ego Irelanda

W rodzinnym mieście założyłeś akademię koszykarską – AI3 Skills Academy.

– Motywacja była prosta – dać dzieciakom coś, czego mi brakowało, gdy byłem w ich wieku. Nie mieliśmy akademii, nie mieliśmy znanych koszykarzy wracających do Waterbury, by czegoś nas nauczyć.

Połączyliśmy siły z trenerami, przyjaciółmi i powołaliśmy akademię. Zaczęliśmy rok temu, zapisało się 75 dzieci, zajęcia trwały przez trzy dni od 8.30 do 17.30. Roboty było mnóstwo – od przygotowań, po same treningi. A ja chciałem robić wszystko, bo taka działalność dla dzieciaków, to moje marzenie – a marzenia spełniają się wtedy, gdy je kontrolujesz swoją pasją.

Obawiałem się, czy wszyscy będą w stanie zapłacić po 100 dolarów wpisowego, więc załatwiałem sponsorów, dofinansowanie, dołożyła się uczelnia. Projekt się spodobał, dzieciaki i rodzice chcieli więcej, w tym roku mieliśmy już 124 dzieciaków, niezły postęp.

Za rok chcemy zrobić trzy pięciodniowe turnusy, a może za dwa lata uda mi się zorganizować taki projekt na Zachodnim Wybrzeżu.

Wiesz, co bym chciał robić w wieku 50, 60 lat? Mieć swoją szkołę. Szkołę, taką prawdziwą, nie tylko koszykarską. Chciałbym pomagać dzieciakom w rozwoju.

A siebie w jakiej roli widzisz?

– Organizatora. Nie chcę być nauczycielem czy dyrektorem – chciałbym po prostu zorganizować coś dla dzieciaków, sprowadzić fachowców, którzy nauczą ich, przygotują ich do studiów, do życia. Może w taką szkołę przerodzi się z czasem ta koszykarska akademia? Na razie zmieniliśmy już nazwę na AI3 Leadership Academy.

Ja w ogóle uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Myślę o wielu kwestiach, marzę – jak mówiłem na początku. Zastanawiam się, co mogę zrobić, żeby coś na świecie zmienić. I najlepiej zacząć od swojego otoczenia, miasta. Ostatnio wpadło mi do głowy: „Anthony, a dlaczego nie miałbyś zostać burmistrzem?”

To była tylko myśl, ale przecież od tego się zaczyna. Teraz mam do czego wracać i przecież nie będę słuchał tych, którzy mówią, że to się nie uda, że przecież jestem koszykarzem. No jestem, co z tego? Mogę być tym, kim chcę. Gram w kosza, kocham to, marzę o NBA, ale chcę też pozytywnie wpływać na ludzi.

Wiesz co, świetnie się czuję w Europie. Mam tu to, o czym już mówiłem – spokój, możliwość rozmyślania, zgłębiania siebie.

Pomaga ci nawet różnica czasu – jak ty jesteś na nogach, to twoja rodzina i bliscy jeszcze śpią.

– Właśnie, telefon nie dzwoni. Jak w wakacje wracam do USA, to mało nie wybuchnie, bo każdy czegoś chce. Oczywiście nie w złym sensie, chodzi o to, że do załatwienia czy pogadania jest tyle, że nie ma się czasu dla siebie.

A tutaj odpoczywam, śpię, medytuję i czytam, ile chcę. Poza koszykówką mam tak wiele wolnego czasu, że dosłownie nie mogłem się doczekać powrotu do Sopotu po wakacjach.

Ale po zakończeniu kariery chciałbym wrócić do mojego Waterbury, gdzie nie dzieje się nic ciekawego. Nawet jedzenie jest do bani – serio, tylko McDonald’s i Burger King. Tam naprawdę nie ma nic pozytywnego do roboty – albo grasz w kosza czy uprawiasz inny sport, albo sprzedajesz narkotyki. Innych dróg nie ma.

Do tego to publiczne szkolnictwo, które jest straszne. Jest takie powiedzenie – z klasy pod celę i dokładnie tak to wygląda u nas. Dzieciaków się nie rozwija w różnych kierunkach, one są po prostu nauczane, jak zostać robotnikami. Nie uczymy się zakładania własnych firm, planowania kariery naukowej, tylko wykonywania pracy płatnej 10 dolarów za godzinę, czyli bycia niewolnikami systemu.

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>