Anwil po Łączyńskim – gdzie zyski, gdzie straty?

Share on facebook
Share on twitter

Rezygnując z dotychczasowego kapitana, Anwil może dokonać usprawnień w zakresie liczby strat, rzutów wolnych i zbiórkach. Ale podejmuje też ryzyko – na jedynce i piątce będzie miał graczy, którzy nie znali dotąd systemu Igora Milicicia.

Kamil Łączyński / fot. Basketball Champions League

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Informacja o skorzystaniu przez Anwil z opcji w umowie i rozwiązaniu kontraktu Kamila Łączyńskiego była dość niespodziewana. To we Włocławku polski rozgrywający osiągnął swój peak, grał na najwyższym poziomie, zdobył dwa mistrzostwa Polski, nagrodę MVP finałów i wyglądał jak najlepszy polski rozgrywający.

Można było odnieść wrażenie, że Łączyński i Anwil są na siebie skazani. Polski rozgrywający był idealnym przedłużeniem myśli trenerskiej Igora Milicicia, a ten pierwszy przy bardzo dobrym trenerze stał się lepszym graczem. We Włocławku jednak konkluzja była inna i rozstano się z reprezentantem Polski, poszukując usprawnień.

Inne potrzeby zespołu

Łączyński podobnie jak każdy gracz koszykówki ma swoje zalety i wady. Wiemy, że jest dobrym graczem koszykówki. Wiemy, że jest jednym z 2-3 najlepszych polskich jedynek. Wiemy, że jest wyróżniającym się kreatorem nie tylko w PLK, ale również w Europie.

W ostatnim sezonie w PLK był 2. asystującym PLK i najlepszym w BCL. To duże osiągnięcie. Tym bardziej, że w przypadku „Łączki”, stosunek asyst do strat coraz bardziej się poprawia.

Wygląda jednak na to, że drużyna z Włocławka w przyszłym sezonie chce zrobić duży krok do przodu i to przede wszystkim w Lidze Mistrzów. Rozstanie się z Łączyńskim może być podyktowane właśnie tym, że ta nowa koncepcja – która właśnie się klaruje – na pozycji rozgrywającego zakłada gracza innego typu. Na dodatek takim krokom sprzyja zmiana w przepisach – bez niej Anwil nie zdecydowałby się rezygnację z polskiego rozgrywającego, który prezentuje solidny poziom.




Problem ze stratami

Jest kilka obszarów statystycznych, w których Anwil może chcieć być lepszy. Pierwszym z nich są straty. Można powiedzieć, że była to pięta achillesowa drużyny Milicicia w 2 ostatnich sezonach. W 2017/18 tracili piłki w 15.9 proc. posiadań (15. miejsce w lidze) i 15.1 proc. w ostatnim sezonie (9. miejsce). W BCL 15.5 proc. co dawało 17 miejsce w tych rozgrywkach.

To jest jedno z miejsc gdzie włocławianie mogą się poprawić, zmieniając rozgrywającego. Kamil Łączyński generował dużo asyst, ale także sporo strat. Gdy był na parkiecie był odpowiedzialny za straty w 25.9 proc. posiadań i tylko 2 graczy w PLK wypadało gorzej – Paweł Dzierżak, który grał w zespole spoza Top 8 oraz Aleksandar Radulović, zwolniony z Koszalina po 8 meczach.

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Lidze Mistrzów. Tu Łączyński generował straty w prawie 41 proc. posiadań zespołu, gdy był na parkiecie, co było najgorszym wynikiem w całych rozgrywkach w poprzednim sezonie.

Mało rzutów wolnych

Dwie ostatnie wersje Anwilu zbyt rzadko stawały również na linii, a przecież właśnie te rzuty mają największą wartość. W ostatnich 2 sezonach PLK częstotliwość była podobna i kształtowała się jedynie na poziomie ligowej średniej.

Sytuacja lepiej wyglądała w BCL, ale tam dla odmiany strasznie zawodziła skuteczność. Zaledwie 68 proc. rzutów za 1 punkt znajdowało drogę do kosza i tylko 2 zespoły w całej edycji Ligi Mistrzów były gorsze.

W tym elemencie gry Kamil Łączyński również nie zachwyca. W ostatnich rozgrywkach PLK średnio 1.5 raza dostawał się na linię, przy 0.8 w BCL. Na dodatek w obu ligach trafiał fatalne 59.3 proc. rzutów wolnych, co pogłębiało drużyny. W ostatnich 4 sezonach jego najlepszym wynikiem było 1.7 rzutu wolnego na mecz.

Słabo na tablicach

Trzecim obszarem wymagającym usprawnień są zbiórki. Jeśli chodzi o zbiórki łącznie, to w PLK włocławianie bylidość blisko czołówki. Zdecydowanie gorzej spisywali się w walce o zbiórki na własnej tablicy. Zajęli dopiero 8. miejsce na 16 drużyn w PLK i 29. na 32 w BCL, jeśli chodzi o procent zebranych piłek.

W tym przypadku kluczowi są wszyscy zawodnicy, a szczególnie obwodowi, którzy mogą zebrać piłkę i wyprowadzić szybką kontrę. Łączyński zbierał zaledwie 10 proc. możliwych do piłek w obronie i 7 proc. wszystkich zbiórek. To zdecydowanie najgorsze wyniki z zawodników, którzy na stałe byli w rotacji.




Odpowiedzią na problemy ze stratami, liczbą zbiórek oraz dostawaniem się na linię może być właśnie Chris Dowe. Amerykanin wygląda jak gracz typu Aarona Broussarda. Zdecydowanie rzadziej gubi piłkę (tylko 13 proc. posiadań w ostatnim sezonie), zdecydowanie lepiej zbiera (13 proc. możliwych zbiórek w obronie) i co najważniejsze – ponad 4 razy na mecz dostaje się na linię.

Odpowiedzią mogą być Michał Sokołowski, Ivan Almeida lub gracze, którzy profilem będą do nich podobni. I Dowe prawdopodobnie nie będzie jedynym zawodnikiem, który będzie grał z piłką, ale wygląda na zawodnika, który może pełnić rolę rozgrywającego, a jego umiejętności i styl gry pomogą wykonać jakościowy skok w grze Anwilu.

Jest też ryzyko

Anwil pierwszy raz od sezonu 2014/15 będzie miał na pozycji rozgrywającego gracza, który nie zna systemu Milicicia. Prawdopodobnie nie będzie miał również centra, który zagrał dla drużyny z Włocławka w aż 111 z 127 ostatnich ligowych meczach. Milicić rezygnuje z duetu, który działał jak sprawnie naoliwiona maszyna. Współpraca na linii Łączyński – Sobin układała się świetnie i był to jeden z najlepiej działających duetów ostatnich sezonów.

Na dwóch kluczowych pozycjach zagoszczą nowi koszykarze, którzy od zera będą musieli nauczyć się – jak mówią sami zawodnicy – niełatwego systemu. To spore ryzyko, ale oczekiwane wyniki mogą być większe niż w przypadku nieznacznej ewolucji ostatniego składu.

Próby statystyczne z ostatnich 2 sezonów – bez Łączyńskiego na parkiecie – nie są super optymistyczne. I „uwolnienie” się od polskiego rozgrywającego nie sprawi, że Anwil będzie o 2 czy 3 klasy lepszy, przynajmniej według danych historycznych. Natomiast zmiany personalne w składzie, stylu i w taktyce pewnie będą większe niż tylko zmiana na pozycji 1.

Jest jeszcze kilka zagrożeń, które wcale nie muszą się sprawdzić, ale warto się nad nimi zastanowić. Czy więcej gry z piłką Sokołowskiego, Dowe’a, Almeidy (?) nie sprawi czasem, że ich wskaźnik strat też zdecydowanie powędruje w górę? Czy brak Łączyńskiego nie odbije się na zespołowości oraz liczbie wykreowanych pozycji na obwodzie? Czy nowi zawodnicy na tych najważniejszych pozycjach się sprawdzą, czy będą bardziej jak Mihailović, Haws, Delas, Montero? O tej porze roku tradycyjnie mamy więcej pytań niż odpowiedzi.

Jacek Mazurek




POLECANE

Pozycja Anwilu Włocławek na czele listy jest na początku sezonu niezagrożona. Na drugim miejscu widzimy Arkę Gdynia, nieco dalej Polski Cukier. Najsłabiej w tym momencie wyglądają zespoły z Gliwic, Radomia i Starogardu Gdańskiego.