• Home
  • PLK
  • Arkadiusz Miłoszewski: Ten bezcenny wzrok trenera

Arkadiusz Miłoszewski: Ten bezcenny wzrok trenera

Share on facebook
Share on twitter

– Obrona buduje atak i to nie tylko ten szybki. Przede wszystkim buduje pewność siebie zawodnika – mówi Arkadiusz Miłoszewski, asystent trenera w reprezentacji Polski oraz Stelmecie Enei BC Zielona Góra.

Arkadiusz Miłoszewski / fot. A. Romański, PZKosz

W tych butach Stephen Curry trafia wielkie rzuty >>

Piotr Alabrudziński: Zacznijmy od momentu, w którym zawodnik Arkadiusz Miłoszewski został trenerem Miłoszewskim. Czy to przejście dokonało się naturalnie, zgodnie z tym, co Pan sobie wcześniej założył?

Arkadiusz Miłoszewski: Szczerze powiedziawszy, będąc zawodnikiem, nie miałem zamiaru zostać trenerem. Ktoś mi powiedział, że nigdy nie ma się czegoś takiego. Nawet ostatnio, gdy rozmawiałem z trenerem Robertsem Stelmahersem, a obok siedział Łukasz Koszarek, trener Stelmahers powiedział do niego: “Ty będziesz kiedyś trenerem”.

Łukasz chciał coś odpowiedzieć, ale w tym czasie usłyszał jeszcze: “Nie, teraz wiem, że powiesz nie, ale zobaczysz, że będziesz trenerem. Ja Ci to mówię”. Gdy pytam teraz, czy zostanie trenerem, na razie mówi, że nie (śmiech).

Tak samo było u mnie. Nie miałem zamiaru, ale to pojawiło się samo, naturalnie. Pod koniec mojej kariery zawodniczej grałem w Polonii 2011 Warszawa, z której jak wiadomo wyszło wielu ciekawych graczy. W ostatnim roku opiekowałem się młodymi zawodnikami i tak w pewien sposób zostałem asystentem trenera Mladena Starcevica.

Wtedy też zacząłem rozglądać się za stroną formalną: uprawnieniami, zezwoleniami, bo nie miałem ich wcześniej. Na AWF w Gdańsku pracował profesor Huciński. Na pierwszym zjeździe wszystkim starającym się o tytuł instruktora sportu powiedział: “w przeciwieństwie do was, ten gość ma największe doświadczenie praktyczne, bo przez tyle lat grał w koszykówkę i tego mu nikt nie zabierze”.

Z perspektywy czasu wiem, że trenerskie początki były trudne, ale trafiłem bardzo dobrze. Mogłem pracować z trenerem Starcevicem, wspaniałymi ludźmi w zespole, dobrymi zawodnikami, z którymi do dziś mam kontakt, spotykam ich na parkietach ekstraklasy. Tak to wyglądało u mnie: od zawodnika, przez opiekuna, do trenera.

Mniej więcej w tamtym czasie powiedział Pan, że “po zakończeniu kariery zawodniczej myślałem, że sporo wiem o koszykówce, przy nim [trenerze Starcevicu] przekonałem się, że wiem jednak mało”. Co w takim razie wydaje się, że wie o koszykówce zawodnik, który rozpoczyna karierę trenerską?

To zdanie padło w pewnym kontekście. Trzeba pamiętać o tym, że początki mojej pracy trenerskiej to była praca z młodymi ludźmi. Przez lata grałem w zawodową koszykówkę, mając do czynienia z zawodowymi trenerami. Po przejściu z zawodnika na trenera wydawało mi się, że pewne rzeczy zawodnik powinien już umieć. Wtedy młody trener denerwuje się i pyta: jak to możliwe, że tego nie potraficie? Nie potrafią, bo pewnie nikt im tego nie powiedział, może nie ćwiczyli tego, albo nikt na to nie zwracał uwagi.

Pewne rzeczy wydawały mi się oczywiste, a wcale tak nie było, ale rola trenera polega na tym, żeby wiedzieć, w jaki sposób przekazać umiejętności zawodnikom, jak ich nauczyć. Właśnie ten przeskok nie tyle był bolesny, ale ważny i tutaj miałem wsparcie trenera Starcevica.

W ogóle, w projekcie Polonii 2011 chodziło nie tylko o wykształcenie dobrych zawodników dla ekstraklasy, ale też trenerów, którzy będą ten projekt ciągnąć dalej. Projekt jak wiadomo wygasł, ale trenerzy zostali. Oprócz mnie pracował tam przecież Artur Gronek, który teraz jest trenerem Polpharmy Starogard Gdański, Michał Spychała, trener pierwszoligowego SKK Siedlce, Marek Popiołek, który był również zawodnikiem, a obecnie jest trenerem KK Warszawa, a także Karol Gryko, pracujący bardziej w PZKosz, odpowiedzialny tam za bazę danych.

Czy zajmując się skautingiem zastanawia się Pan czasem, jak wypada porównanie koszykówki w czasach, gdy występował Pan na parkiecie do tej dzisiejszej? Co najbardziej rzuca się w oczy w takim porównaniu?

Bardzo dużo się zmieniło. Rzadko mi się to zdarza, ale gdy czasem obejrzę mecze, w których sam grałem, szczególnie z Przemyśla, gdzie odnosiłem największe sukcesy jako zawodnik, widzę, jak statyczna była wtedy koszykówka i od razu mam do siebie pretensje: dlaczego ja nie rzucałem, przecież mam otwartą pozycję. Wtedy tak to wyglądało.

Dziś koszykówka jest szybsza, bardziej dynamiczna, fizyczna, na boisku jest coraz mniej miejsca. Już w czasie, gdy byłem trenerem, nastąpiła zmiana – odsunięto od kosza linię rzutów za 3 punkty, zbliżono ją do odległości z NBA. Najbardziej odczuwalnym tego skutkiem jest to, że ciężko mi dorzucić do kosza z obwodu. (uśmiech).

Dużo czasu teraz poświęca się na trening fizyczności. Prawie każdy zespół ma trenera od przygotowania fizycznego, a gdy ja grałem nie było świadomości tego, jak to jest istotne. Większe są zawiłości taktyczne, ale też mamy większą dostępność materiałów, które można oglądać i skautować inne drużyny. Już nie ma czegoś takiego, że idziemy “na żywioł”, jak kiedyś, gdy nie znaliśmy gry przeciwnika.

Mamy też różne statystyki. Wiemy, który zawodnik najczęściej mija w prawo, a który w lewo, który więcej rzuca, a który zbiera. Znamy sygnały taktyczne, które trenerzy pokazują. To wszystko jest dziś rozkładane na czynniki pierwsze.




Wspomnieliśmy trenera Mladena Starcevica, ale chyba nie możemy pominąć kolejnego nazwiska, już z czasów Stelmetu Zielona Góra – Saso Filipovskiego. Co Panu dała współpraca z nim?

Trener Filipovski przyszedł do nas już w trakcie sezonu, w listopadzie 2014 r. zamienił Andrzeja Adamka na pozycji pierwszego szkoleniowca. W tym czasie byłem pierwszym trenerem Muszkieterów, czyli drugiej drużyny Stelmetu, ale też pomagałem przy pierwszym zespole.

Latem przed tym sezonem poniosłem sromotną porażkę jako trener reprezentacji Polski U18, bo spadliśmy do dywizji B. Wcześniej udało mi się zająć 6 miejsce na Mistrzostwach Europy z kadetami, były jakieś awanse, ale ta porażka bardzo mnie zabolała.

Po analizie własnych poczynań jako trenera i analizie zespołu doszedłem do wniosku, że najbardziej zawiedliśmy obroną. Cały czas ta defensywa siedziała mi z tyłu głowy, i na to właśnie przychodzi do Zielonej Góry Saso Filipovski, a każdy, który go wcześniej znał, mówi mi: “zobaczysz, jak wygląda prawdziwa obrona i praca”. Spojrzałem w niebo i powiedziałem: Boże, dziękuję Ci, że zsyłasz mi tego gościa.

To nie jest przecież tak, że jak się jest trenerem, to już się wszystko wie i jest się najmądrzejszym. Cały czas zbieramy doświadczenie, doszkalamy się, patrzymy na lepszych. U Saso rzeczywiście zobaczyłem, jak powinna wyglądać praca na treningach. Trener zarządzał treningi czysto obronne, które nazywał inwestycją, bo w przyszłości przynosiły one owoce w postaci zwycięstw.

Oprócz treningów, pracy, sukcesów, poznałem trenera Filipovskiego jako człowieka bardzo rodzinnego. Do tej pory zawsze gdy rozmawiamy, najpierw pyta: Miły, jak rodzina? Co tam słychać u Ciebie? Dopiero potem mówimy o koszykówce. Do końca życia będę pamiętał, że miałem okazję pracować z takim trenerem i człowiekiem.

Można powiedzieć, że dla Pana w koszykówce ważniejsza jest obrona?

Pewnie powtórzę za innymi trenerami: od obrony się zaczyna. Atak i obrona powinny ze sobą współdziałać. Jestem zdania, że obrona buduje atak i to nie tylko ten szybki. Przede wszystkim buduje pewność siebie zawodnika.

Jeżeli gracz potrafi zatrzymać przeciwnika, uda mu się zagrać dobrze w obronie, będzie miał poczucie wyższości nad zawodnikiem atakującym, to atak mu to odda, będzie się w nim czuł swobodniej. Nieważne, czy rzucasz z czystej pozycji, czy nie – ważne jest twoje samopoczucie, pewność siebie.

Moim zdaniem, dobra obrona może dać tę pewność i dlatego jest kluczem do sukcesu. Mówi się, że łatwiej można wychować obrońcę niż atakującego, bo w ataku trzeba mieć talent, ale nawet talent nie pomoże, jeśli zawodnik straci pewność siebie. Z kolei dobrą obroną jesteś w stanie zrobić dobry atak.

Arkadiusz Miłoszewski / fot. PZKosz

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >> 

Pytam o obronę też dlatego, że ostatnio trener Wojciech Kamiński w rozmowie wspomniał, że w kadrze jest Pan odpowiedzialny za przygotowanie po meczu arkuszu analizy ofensywnej, więc siłą rzeczy tam musi się Pan skupić na ataku. Co konkretnie znajduje się w tym arkuszu?

Pierwszym z punktów jest szybki atak. Polega on nie tylko na tym, że ktoś pobiegnie do ataku i rzuca punktu, ale zaczyna się – i tutaj musimy na chwilę wrócić do poprzedniego tematu – od obrony, zbiórki, szybkiego podania, czy wybicia. Za to zawodnika może dostać punkt.

Dalej w szybkim ataku ważne jest to, że gracz pobiegł, czy atakujący jak najszybciej przeniósł piłkę na pole ataku, czy biega w odpowiednim spacingu, po właściwych liniach, nie wszyscy przy piłce. Oczywiście mowa o sytuacjach, w których są tego typu akcje w ataku.

Następną tabelką w tym arkuszu jest dodatkowe podanie. Nie chodzi tutaj o asystę, ale o podanie, np. w grze po trójkącie, albo po swingu piłki z jednej strony boiska na drugą, gdzie zawodnik wykonuje jeszcze jedno podanie, najczęściej albo pod kosz, albo do rogu boiska. W języku angielskim nazywa się to consecutive pass i szczególnie dotyczy graczy wysokich, obwodowych, a najmniej tych, którzy kreują grę, rozgrywających. Oni mają najmniej dodatkowych podań, bo od nich akcja się zaczyna, więc raczej kto inny wykonuje to ekstra podanie. Oczywiście, jest też rubryka na asysty oraz stosunek asyst do strat.

Następną ciekawą pozycją jest to, ile mamy dotknięć w ataku w trumnie, tzw. paint touches. Chodzi tu o zbiórki w ataku, wjazdy na kosz, podanie do wysokiego zawodnika, który łapie piłkę pod koszem. Z tego wynika następna statystyka: ile razy skończyłem piłkę pod koszem, czyli finish at rim. Kiedy zawodnik trafi ma +1, jeśli nie: -1.

Najczęściej w tych rubrykach pojawiają się znów gracze wysocy, ale w reprezentacji Polski zarówno w paint touches, jak i finish at rim przoduje Mateusz Ponitka. Zresztą podobnie jest w szybkim ataku.

Następna rubryka to miejsce na selekcję rzutu. Sprawdzam, czy wykonujemy rzuty z otwartych pozycji i kto je wykonuje, czy też są to próby przez ręce. To wszystko zapisuję, sumuję, obliczam procenty.

Po każdym meczu mamy spotkanie, na którym wynik pokazuję zawodnikom. Po tylu latach oni sami wiedzą, jak wypadli w danym spotkaniu, ale czasem porównuję też arkusz z najlepszymi, albo słabszymi meczami, albo sprawdzam, jak wygląda na tle konkretnego przeciwnika. Dla mnie jest to ciekawe, bo wcześniej nie robiłem czegoś podobnego. Wiadomo, że niektóre rzeczy się liczy, ale to akurat trener Taylor zaczerpnął z NBA, gdzie był stażystą u Doca Riversa w Boston Celtics.

Trener Taylor reprezentuje amerykańską szkołę trenerską, trenerzy Starcevic i Filipovski – szkołę bałkańską. Jak by można scharakteryzować każdą z nich?

Myślę, że bałkańska szkoła jest szkołą w dużym stopniu polegającą na wielkiej dyscyplinie: pracy, taktycznej, ataku i obrony. Chodzi tutaj o kontrolowanie wszystkiego w nauce i pracy z zawodnikami.

Szkoła amerykańska – przynajmniej mówiąc przez pryzmat trenera Taylora – bazuje z kolei na dobrym samopoczuciu zawodników, tzn. tworzeniu dobrej atmosfery, motywowaniu graczy, małym wytykaniu błędów.

W szkole bałkańskiej pod tym względem jest wręcz odwrotnie. Tam praktycznie cały czas mówi się: to zrobiłeś źle, to powinieneś poprawić, natomiast szkoła amerykańska bardziej bazuje na optymizmie. Wycinamy w analizie i pokazujemy dobre rzeczy. Czasami nawet w tych źle wyglądających statystykach lekko o tym wspomnimy, ale też np. przy wideo nie mówimy co zrobiliśmy “źle”, tylko co jest “do poprawy”. W każdym aspekcie, czy treningu czy tworzenia drużyny, ta praca jest skierowana na optymizm. To są, moim zdaniem, podstawowe różnice pomiędzy tymi dwoma szkołami.

W której szkole Polska koszykówka odnajduje się lepiej?

My jesteśmy gdzieś pomiędzy. Gdy trenowałem jako młody zawodnik, pamiętam dużą dyscyplinę, w której praktycznie nie mieliśmy nic do powiedzenia. Teraz po zmianach w naszym kraju, transformacji demokratycznej, ciężko znaleźć młodych chłopców, których można by trzymać w takim reżimie, bo po prostu się wykruszą, pójdą do innej dyscypliny, albo w ogóle przestaną trenować sport.

Cały czas jako społeczeństwo i jako trenerzy staramy się znaleźć najlepszą drogę. Jeszcze daleko nam do amerykańskiego optymizmu, ale też oddalamy się od bałkańskiej dyscypliny. W krajach tej kultury jest społeczne pozwolenie na kierowanie młodymi ludźmi taką dyscypliną, czego u nas nie ma. Trener nie może krzyczeć, bo wielu to się nie podoba. Trzeba znaleźć drogę zbliżoną do tej amerykańskiej, pozytywnej, motywującej młodych ludzi.

Inaczej oczywiście jest w seniorskiej koszykówce. To zawodowstwo i w nim można wymagać dyscypliny, choć też nie takim zamordyzmem, tylko dialogiem, rozmową.




Czyli wytworzenie w naszym kraju własnej kultury koszykówki to zadanie, które wciąż stoi przed nami?

Cały czas. Wszyscy możemy narzekać i atakować, bo to jest najłatwiejsze, ale jestem zdania, że trzeba robić swoje i pracować. Wszystko bierze swój początek od małych rzeczy, małych ośrodków, klubów. Z naszą koszykarską tożsamością jest o tyle problem, że nie mamy sukcesów międzynarodowych, zarówno jako reprezentacja, jak i w koszykówce klubowej. To wiąże się z tym, że jakie są drużyny, tacy i trenerzy. Nasze młodzieżowe kadry balansują między dywizją A i B, a jeśli tak, to można wnioskować, że mamy słabych trenerów. Z drugiej strony trenerzy mogą tłumaczyć, że mamy słabych zawodników i koło się zamyka.

Co może temu pomóc? Myślę, że tylko i wyłącznie systematyczna praca. Pozwólmy ludziom pracować i dajmy im narzędzia do tego, żeby mogli działać. Teraz dzieje się dobrze, widać pewne zmiany, powstaje dużo ośrodków, zaangażowało się Ministerstwo Sportu.

Wspominam jednak czasy moich początków w Polonii Warszawa, czy teraz w Zielonej Górze. W każdym koszykarskim klubie funkcjonowała kiedyś cała piramida szkolenia od dołu do góry. Na dole było wielu zawodników, którzy później jako wychowankowie trafiali do zespołu z ekstraklasy i grali. Teraz to jest zaburzone, bo klubów na to nie stać. Te funkcje przejęły UKS, czyli szkolne związku. W miastach powstawały zespoły typowo miejskie: MKSy, SKMy, w których utrzymanie władze się angażowały, ale cieszę się, że widać zaangażowanie Ministerstwa Sportu i PZKosz. Oni mogą bardziej kontrolować i wspierać te działania.

Na wyniki jednak trzeba czekać. Co prawda czekamy już długo, ale wydaje mi się, że w tym roku nadarza się taka okazja, bo ta reprezentacja – mówię o seniorskiej – w końcu coś pokazała. Wygraliśmy ważny mecz z Chorwacją, mamy otwarte drzwi, żeby zakwalifikować się do Mistrzostw Świata i kto wie? Może to będzie impuls do zmian na lepsze i nagle okaże się, że ta nasza szkoła trenerska też nie jest najgorsza.

Wspomniał Pan o koszykówce klubowej i może do niej, do obecnych obowiązków i zajęć teraz przejdźmy. Skąd wziął się pomysł na “Pokój trenerski”?

Pomysł padł od Kosmy Zatorskiego, który bardziej niż ja żyje w mediach społecznościowych. Na marginesie, mam tylko konto na Facebooku, ale to przypadek sprawił, że się tam zarejestrowałem. Ktoś do mnie napisał, żebym sprawdził, co moi podopieczni zamieścili na Facebooku. Pomyślałem, że chodzi o coś poważnego i muszę to szybko zobaczyć. Nie wiedziałem, co to jest, ale ta osoba wysłała mi mailem link, który otworzyłem. Okazało się, że muszę się zarejestrować.

Założyłem konto, zobaczyłem co to jest. Zamieścili tam taki śmieszny film z Mateuszem Ponitką i Maćkiem Kucharkiem, który teraz gra w Koszalinie. To dzięki nim jestem w tym medium społecznościowym.

Wracając do pytania, to był pomysł Kosmy, żeby zrobić coś takiego i pozwolić kibicowi zobaczyć koszykówkę nie tylko od strony widowiskowych akcji, ale tego, że są one poparte konkretną taktyką, którą trenerzy starają się wdrożyć, a zawodnicy realizują na boisku. Przygotowując się do meczu z przeciwnikiem średnio analizuję ostatnie 4, albo 5 spotkań. To jest bardzo dużo, bo chodzi nie o zwykłe oglądanie, ale cięcie akcji po akcji, zarówno w ataku, jak i obronie, analizę tego, co i dlaczego robią, jak atakują, co stanowi przewagę drużyny, a co jest słabą stroną.

Dzięki pomysłowi “Pokoju trenerskiego” część tej mojej pracy mogą również zobaczyć kibice. A choć nie jestem aktywny w mediach społecznościowych, ani nie jest aktorem – choć pewne doświadczenie w komentowaniu meczów i rozmowie z publicznością już mam – to bardzo się cieszę, że możemy realizować takie materiały. Kosma ma jeszcze pomysł, żeby to urozmaicić, rozwinąć i kto wie, może jak znajdziemy chwilę czasu, będziemy ten projekt rozwijać.

Oprócz tego, że przygotowuje Pan ten materiał, który jest publikowany przed meczem, to oczywiście ogląda Pan również to, co dzieje się w danym spotkaniu. Zdarzyło się tak, że przeciwnik nie zagrał akcji, która była zaprezentowana w “Pokoju trenerskim”?

Przed meczem z AZSem Koszalin pokazywaliśmy bodajże zagrywkę 3 UP trenera Nikolica. Tam były staggery, czyli podwójne zasłony od wysokich. Najpierw biegł po nich jeden mały zawodnik, później drugi i kończyli ją albo grą p’n’r, albo rzutem. Podczas meczu z nami trener zmienił tę zagrywkę i dodał zasłonę w plecy dla wysokiego. Trochę mnie tym zaskoczył, ale nie wiem, czy zrobił to pod wpływem odkrycia, że znam jego taktykę. Przy okazji muszę Kosmie powiedzieć, że może byśmy teraz robili analizę pomeczową, czy dany trener to zagrał, czy nie.

W meczu z Gliwicami trener Turkiewicz nic nie zmieniał i grał swoją ulubioną zagrywkę. Trener Winnicki również zagrał „1 side”, zresztą gra jej bardzo dużo, także gdy był trenerem w Toruniu. Nie wiem, czy trener Gronek coś będzie zmieniał na dzień przed meczem [rozmowa odbyła się 22.10, przed meczem Stelmetu Enei BC Zielona Góra z Polpharmą Starogard Gdański], bo ma bardzo dużo interesujących zagrywek.

Tutaj też ciekawostka: oprócz jednego autu bocznego i końcowego, które powtarzają się z poprzedniego sezonu trenera w Stelmecie, pozostałe sety, które gra w taktyce ofensywnej są nowe. Znam trenera Gronka, wiem, ile on tego ma. Nawet kiedyś w ubiegłym roku powiedział zawodnikom, że jeśli chcą coś zmienić w danej zagrywce, to mogą, bo on ma takich ok. 200. Z tego co widzę, obecnie w jego taktyce ma zagrania dobrane pod zawodników, którymi dysponuje. Mam jednak pewien pomysł na to, co na pewno zagra.

Jako asystent skautujący przeciwników współpracował Pan już z kilkoma trenerami. Na ile przedstawianie owoców Pana pracy jest zależne od głównego trenera?

Koszykówka oczywiście jest jedna, skauting jest jeden, natomiast każdy z trenerów ma różne oczekiwania w stosunku do mojej pracy. Jeden chce, żeby było mniej materiału, drugi więcej. Jeden chce być bardziej precyzyjny i na rozrysowanych akcjach mieć pokazany każdy ruch przeciwnika, drugi tylko ten najważniejszy, który jest kluczem w danej zagrywce, albo też cel, który przez dany set chce osiągnąć przeciwnik.

Inaczej też wygląda analizowanie materiału i pokaz wideo. Dla jednego trenera po 2 akcje danego typu to maksimum, inny chce mieć po 2, 3 wraz z rozwinięciami. Czasem też trenerzy chcą, żeby policzyć, ile punktów z danej zagrywki w ostatnich 3 meczach zdobył zespół. Dla mnie to nie jest problem. Wszystko i tak mam pocięte, więc wiem, że np. zagrywkę 4 UP grali 10 razy, z czego zdobyli 6, albo 8 punktów. Wiemy dzięki temu, jaka jest częstotliwość i skuteczność danego setu.

Można też sprawdzić, jacy zawodnicy zdobywają punkty z danej zagrywki. Najważniejsze na koniec i tak jest wygrywanie meczów, to, że tę zagrywkę trzeba po prostu obronić naszym zaangażowaniem, logiką, taktyką, naszymi założeniami.




Ile w tym sezonie zajmuje przygotowanie skautingu jednego przeciwnika?

Nawet nie liczę. Każdą wolną chwilę, gdy jesteśmy w podróży wykorzystuję też na to, żeby przygotować się na przeciwnika. Jeszcze nie zagraliśmy z Polpharmą, a ja już jestem przy następnym przeciwniku, przy Starcie Lublin.

Myślę, że analizowanie jednego meczu to jest 5, 6 godzin cięcia, obserwowania, łapania informacji. Do tego trzeba doliczyć, że tych meczów do przygotowania przed jednym rywalem jest od 3 do 5. Czasami się czegoś nie zauważy, trzeba szukać w kolejnym spotkaniu jakiegoś sygnału, albo zagrywki. Później trzeba to “przelać na papier”, czyli rozrysować zagrywki, a następnie stworzyć film.

Ani trenerom ani zawodnikom nie można pokazywać wszystkiego, żeby nie zajmować niepotrzebnie miejsca w głowie, więc wybiera się najważniejsze klipy, zwykle 5 zagrywek, chyba że grają jeszcze jakieś rozwinięcia, auty boczne, auty końcowe. Czasami pokazuje się też sytuacje specjalne, czyli takie, które mogą zadecydować o wygraniu meczu. To są rzeczy, które trzeba widzieć, wiedzieć i w odpowiednim momencie na nie zareagować.

Mamy timeout, 5 sekund do końca meczu i pada pytanie: co mogą zagrać? Niektórzy trenerzy mają zagrywkę, którą przećwiczyli, a inni biorą czas i rysują na bieżąco, ale trener od skautingu powinien takie rzeczy znać i przewidzieć, co rywale mogą zagrać, na którego zawodnika, według jakiego schematu.

Na tym polu mam dużą satysfakcję, bo np. gdy graliśmy z Anwilem w jednym z meczów playoff wiedziałem, co będą grali pod koniec z linii końcowej i narysowałem to zespołowi. Innym razem jednak nie zareagowałem odpowiednio, grając z Rosą Radom również w playoff.

Takie rzeczy będę pamiętał długo, nawet teraz mogę narysować tę zagrywkę, jak Sokołowski zrobił zasłonę pod koszem i dostał piłkę bezpośrednio z autu bocznego. Nie zdobył wtedy tych punktów, dobił je Zajcew i przegraliśmy 1 punktem. Tak naprawdę to była moja wina, choć nie wiem, czy jak byśmy wiedzieli, co zagrają, to byśmy obronili i nie stracili punktów. Wiem, że tam zawiodłem i powiedziałem o tym trenerowi Urlepowi, bo Rosa grała to już wcześniej.

W takich momentach trzeba zachować zimną głowę. Dzięki temu jednak wiem, że akcje specjalne są bardzo ważne i zawsze, przygotowując się do zespołu, z którym gramy, mam je zapisane na kartce, żeby być gotowym.

Jakiej porady udzieliłby Pan kibicowi, który chciałby oglądać mecze przez pryzmat taktyki?

Tak jak powiedziałem jeszcze przed rozpoczęciem wywiadu, jestem już trochę “skrzywiony” przez moją pracę i skauting meczów, więc gdy sam oglądam koszykówkę, czy to na żywo, czy NBA, Euroligę, od razu patrzę na zachowania taktyczne trenerów, zawodników, realizację zagrań.

Jeżeli jakiś kibic ma też taką dodatkową potrzebę, żeby wiedzieć więcej, oglądać koszykówkę również od strony poznawania taktyki, to nasz “Pokój trenerski” na pewno jest dla niego dobrą opcją. Staram się w nim mówić czysto i klarownie językiem dla kibiców, ale nie zawsze to wychodzi.

Przed meczem z GTK Gliwice w odcinku mówiłem o hiszpańskim p’n’r. Dla niektórych już samo sformułowanie “pick’n’roll” jest niezbyt zrozumiałe, a inni dobrze wiedzą, że jest to akcja dwójkowa pomiędzy niskim i wysokim zawodnikiem, najsławniejszy taki duet to Stockton i Malone. W hiszpańskim p’n’r mamy do czynienia z dodatkowym ruchem, czyli zasłoną małego zawodnika w plecy. Ten odcinek widziała znajoma z Zielonej Góry, która później napisała do mojej żony: “oglądałyśmy z córką ten filmik. Nic nie zrozumiałyśmy, ale bardzo się podobało.”

Historia zabawna, ale dla mnie to też sygnał, że muszę mówić językiem przystępnym, żeby ludzie mogli go zrozumieć. Kibic przychodzi na mecz koszykówki, bo chce zobaczyć, jak się rzuca za 3, jak się wsadza piłkę z góry, chce oglądać widowiskowe akcje, ale jeśli chce też spojrzeć od strony taktycznej, to bardzo się z tego cieszę i chcę mu to ułatwić, kontynuując “Pokój trenerski”.

A propos, miałem też taki pomysł, żeby może pokazać, jak wygląda przygotowanie skautingu, jak rozkłada się przeciwnika na części pierwsze. Może zrobimy taki dłuższy materiał, żeby też pokazać, że to wcale nie jest takie łatwe zajęcie. Z drugiej jednak strony, tych zawodników i meczów już tyle obejrzałem, że nawet teraz jak włączę mecz na żywo na Polsacie i widzę, dajmy na to, jak gra Toruń, to wiem, co dalej zagrają.

Podałem przykład Torunia, mając na myśli kontynuację trenerską. Mamy dziś duże możliwości audio-wizualne, możemy oglądać mecze, cofać, wycinać fragmenty. Są trenerzy, którzy specjalizują się w tym, wydzielają zagrywki taktyczne najlepszych szkoleniowców z Euroligii czy NBA. Mam zresztą takiego zaprzyjaźnionego trenera w Grecji, który był asystentem w Arisie Saloniki i teraz co jakiś czas podsyła mi fajne sety, który wrzucam do swojego notatnika.

Co tutaj mogę powiedzieć? Na pewno to, że warto oglądać naszą koszykówkę. Im więcej widzów, tym lepiej. To dla nich gramy.

W niektóre odpowiedzi wplótł Pan już jakieś historie i anegdoty, a czy jest może jakaś związana ze skautingiem?

Bardzo często obserwuję trenera przeciwników i rozgrywającego. Kiedy są np. rzuty osobiste, czyli jest czas na to, żeby przekazać kolejną zagrywkę, widzę jak zawodnik podchodzi do trenera, a ten mówi mu coś na ucho. O tym jednak muszą się dowiedzieć pozostali zawodnicy, którzy przekazują sobie gestykulację.

Zwykle jakiś wysoki się ”wychyli” i pokaże tę zagrywkę tak, że mogę ją rozpoznać, a wtedy mówię głośno swoim zawodnikom, że, dajmy na to, będzie zasłona z boku. Wzrok trenera i niektórych zawodników jest wtedy bezcenny. To daje satysfakcję, ale też zaczyna przypominać zabawę w kotka i myszkę: zmiany, reakcje.

Na tym tle najtrudniej skautować Anwil Włocławek i komunikację trenera Milicica z Kamilem Łączyńskim. Trener Milicic ma tych gestów bardzo dużo, do tego zakrywa je marynarką, albo własnym ciałem. Jako kibice pewnie nie zwracacie na to uwagi, a warto spojrzeć, jak to wygląda.

Najczęściej jest tak, że trener Anwilu jest odwrócony prawie tyłem do ławki przeciwników i coś pokazuje tak, żeby nie można było tego rozszyfrować. Nawet chyba gdzieś w mediach społecznościowych było coś takiego, czy trener Milicic mrugnął lewym okiem, czy ruszył prawym uchem i wtedy gramy tę zagrywkę. Coś w tym jest, że fajnie to ukrywa.

Inni trenerzy się z tym w ogóle nie chowają, pokazują wysoko uniesionymi rękoma, tak samo zawodnicy. Do tego jeszcze dodajmy, że Anwil ma bardzo dużo zagrywek, rozbudowaną taktykę, przez co jest najcięższy do zeskautowania. Kiedyś jeden z asystentów skautujących, powiedział mi: “Nie, tego się nie da skautować, tyle tego jest”. Próbuj! Oprócz takich historii dużą radość daje mi możliwość przekazywania zawodnikom tego, co znajdę o przeciwniku. Szczególnie ta satysfakcja, gdy mogę powiedzieć: sprawdziło się.

Piotr Alabrudziński, @PulsBasketu

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >>