• Home
  • PLK
  • Artur Gronek: Trener uczy się od zawodników

Artur Gronek: Trener uczy się od zawodników

Share on facebook
Share on twitter

– Kiedy potrzebujemy pobudzić się do pracy nie będziemy raczej słuchali dźwięków fortepianu, czy muzyki relaksacyjnej. Potrzebujemy wtedy ACDC, czy Rolling Stonesów – mówi Artur Gronek, trener Polpharmy Starogard Gdański w rozmowie z Piotrem Alabrudzińskim.

Artur Gronek / fot. Polpharma Starogard Gd.

MID SEASON Sale – najlepszy moment na koszykarskie zakupy! >>

Piotr Alabrudziński: 32 lata. Tyle miał Pan, kiedy zdobywał zarówno Puchar, jak i Mistrzostwo Polski, stając się najmłodszym w gronie pierwszych trenerów, którzy mogą pochwalić się takimi trofeami. Jakie drogi do tego doprowadziły. Skąd w Pana życiu pomysł na pracę trenerską w koszykówce?

Artur Gronek: Przygoda z koszykówką, pewnie jak w większości przypadków, zaczęła się w szkole. Do tego doszły treningi w klubie LA Basket, na moim osiedlu w Warszawie. Niestety, kariera zawodnicza na takim poziomie nie wchodziła w grę ze względów ekonomicznych.

Po rozpoczęciu studiów postanowiłem zainteresować się pracą trenera. Najpierw były to zajęcia z dziećmi w klasach 1-3, potem 4-6. Na jednym z takich pokazowych treningów pojawił się Mladen Starcevic, którego zapytałem poprzez Arkadiusza Miłoszewskiego, czy byłaby możliwość, żeby przyjechać i zobaczyć jak wygląda trening Polonii 2011 Warszawa. Trener wyraził zgodę, więc udałem się na Torwar.

Pierwszy poranny trening był o 7. Żeby na niego zdążyć, musiałem o 5:45 ruszyć autobusem i przedostać się przez całą Warszawę. Później był drugi, trzeci, piąty trening i tak naprawdę się wszystko zaczęło.

W stolicy byłem przez 5 lat. Następnie podpisałem pierwszą umowę jako asystent trenera w Starcie Gdynia, w którym pracowałem u boku Davida Dedka. Dużym przeskokiem w mojej karierze był przyjazd do Zielonej Góry. Wiem, że przyłożył się do tego zarówno Mladen Starcevic, który dał mi jakiś warsztat, jak i Walter Jeklin, który otworzył mi drzwi do tego poziomu koszykówki.

Praca, którą wraz z Andrzejem Adamkiem wykonywałem jako asystent trenera Mihailo Uvalina została doceniona. Wysoki poziom warsztatu trenerskiego pokazał mi również Saso Filipovski. Jego zdanie było decydujące w tym, że podjąłem funkcję pierwszego trenera w Stelmecie Zielona Góra.

Ciężka praca i współpraca z wieloma osobami przyniosła efekt, z którego jestem naprawdę zadowolony. Mówimy o Mistrzostwie Polski i o wygraniu Pucharu Polski, jako pierwszy trener z tym zespołem, ale chcę też wspomnieć o tym, że łącznie jako asystent u boku Filipovskiego i Uvailina zdobyłem 3 medale (2 złote i 1 srebrny) oraz Puchar Polski.

Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia są to miłe wspomnienia, medale, które gdzieś sobie leżą, zapisane wyniki, ale i najważniejsze w tym wszystkim rzeczy, czyli szkoła Saso i wszystkich trenerów, z którymi pracowałem. Plus kontakt z zawodnikami z bardzo wysokiego poziomu, graczami euroligowymi, kadrowiczami. Dla młodego trenera funkcjonowanie w klubie na tak wysokim poziomie daje naprawdę ogromny wachlarz doświadczenia i wiedzy.

Wydaje mi się w takim razie, że musi Pan lubić wyzwania i ambitne cele. W przypadku takiej drużyny jak Stelmet mistrzostwo jest chyba koniecznym przedsezonowym założeniem. Jaką rolę w Pana pracy pełni mierzenie się z takimi zadaniami?

To klub, wszyscy ludzie, którzy są dookoła niego wyznaczają pewne cele. Oczywiście, jeżeli były wcześniej 2 złote medale, które zdobył Saso Filipovski jako trener, a warto też przypomnieć, że w sezonie 2015/2016 nie przegraliśmy żadnego meczu w playoffach, to ktokolwiek by nie usiadł na ławce trenerskiej, niezależnie od wieku, mierzyłby się z dużym wyzwaniem.

Myślę jednak, że są o wiele ważniejsze rzeczy niż zadania, czy cele. Doświadczenie, które można zdobyć i praca, którą się podejmuje są czymś wręcz bezcennym. Ich nie można się ani wyuczyć, ani kupić. Każdy sezon ma swoje cele, nowe sytuacje, dobre i złe momenty. Będąc pierwszym trenerem mogłem na to wszystko spojrzeć z zupełnie innej perspektywy niż jako asystent.

Ta perspektywa różni się też zapewne w przypadku zawodnika, który rozpoczyna karierę szkoleniowca i trenera, który nie miał profesjonalnej kariery zawodniczej. Jakie plusy może wnieść do drużyny człowiek niezwiązany wcześniej z koszykówką od strony boiska?

Ciężko mi to ocenić. Żeby mieć porównanie musiałbym być w obu rolach. Co mogę powiedzieć? Na pewno to, że nie będąc zawodnikiem na poziomie, który reprezentowali gracze, z którymi pracowałem, nie mogłem porównywać siebie do danego gracza. Dzięki temu patrzy się na zawodnika jako na autonomiczną jednostkę, unika się takich porównań personalnych. To jest chyba duży plus.

Jako trener Stelmetu miał Pan możliwość współpracy z zawodnikami z bogatym koszykarskim CV. Wspomniał Pan też, że to było ważne dla kształtowania swojego warsztatu trenerskiego. Mówiąc wprost, czego trener może się uczyć od zawodników?

Nie mogę deprecjonować trenerów, którzy pokazali mi drogę, jak choćby Saso Filipovski, czy Mladen Starcevic, ale myślę, że każdy trener najwięcej uczy się od zawodników. To oni “na żywo” pokazują różne sytuacje, na które trzeba zareagować.

Każdy gracz ma swoją specyfikę. Dostosowanie do niej konkretnej taktyki, elastyczność to kolejne rzeczy, które wprost czerpie się od zawodników. Jeżeli już stworzy się jakiś system gry, trzeba spojrzeć, jak gracz się w nim odnajduje, jak się zachowuje, co robi dobrze, a co źle. To jest nieocenione źródło koszykarskiej wiedzy.

Kiedy można popatrzeć, jak wykorzystuje zasłony, czy gra 1 na 1 Thomas Kelati, albo na grę pick’n’roll Łukasza Koszarka, mamy coś, czego nie da się nauczyć z książek.

Praca trenera z zespołem i poszczególnymi zawodnikami to nie tylko samo boisko i taktyka. To również pewne umiejętności miękkie, jakiś element psychologii, który niekiedy może nam umknąć w myśleniu o sporcie. Co Pan by wskazał jako najpotrzebniejsze w tym zakresie?

Moim zdaniem, bycie trenerem na wysokim poziomie polega na zbudowaniu i utrzymywaniu relacji na 3 płaszczyznach: między trenerem a zawodnikiem, pomiędzy zawodnikiem a zawodnikiem, oraz pomiędzy trenerem a całym sztabem. To tak naprawdę jest kluczem do sukcesu.

Zawodnik może mieć wielkie umiejętności i kiedy czuje pewność siebie może pokazać je w 100%, być skutecznym. Ten sam zawodnik bez dobrych relacji ze swoimi kolegami z drużyny, czy trenerem może już nie czuć pewności siebie i wtedy funkcjonuje zupełnie inaczej, choć jest tą samą osobą.

Psychologia i relacje międzyludzkie są bardzo ważne, a nawet wydaje mi się, że im wyższy poziom gry, tym mają one większą rolę i znaczenie. Kiedy mamy do czynienia z doświadczonymi graczami, to trudno jest ich uczyć koszykówki od nowa. Z jednej strony nie ma na to czasu, a z drugiej są to ludzie, którzy już mają swoje nawyki i trzeba je umieć odpowiednio wykorzystać.




Jeśli już o “nauce” mowa. Słyszałem wiele dobrych opinii o Pana wiedzy trenerskiej, merytorycznym przygotowaniu. Pewne nazwiska i czynniki rozwoju już padły w tej rozmowie, ale chciałbym zapytać gdzie oprócz tego Pan szuka źródeł do ulepszania swojego warsztatu trenerskiego?

Bardzo ważne jest dla mnie analizowanie treningów, w których uczestniczyłem jako asystent i pierwszy trener. Zaczynając jako główny trener zarówno w Zielonej Górze, jak i tutaj w Starogardzie, nagrywam prawie każdy trening, żeby potem go analizować. To samo jeśli chodzi o mecze własnej drużyny.

Oprócz tego, oglądam koszykówkę na różnych poziomach: Euroligę, EuroCup, Champions League, NBA. Staram się obejrzeć co najmniej 2 mecze dziennie, a do tego poświęcić godzinę, albo półtorej na czytanie materiałów związanych z koszykówką czy psychologią.

Kupuję różne konferencje dla trenerów, np. Coaching U Live, w ramach której przy okazji Ligi Letniej jest wielu dobrych trenerów z Europy i Stanów Zjednoczonych, którzy prezentują swoje wykłady. Do tego dochodzi mnóstwo książek z psychologii, czy nawet takich biznesowych. Jacek Walkiewicz, Brian Tracy – to są ludzie, których na pewno warto poznać.

Materiałów jest wiele, czy to różnych cytatów, czy tych dotyczących wiedzy stricte taktycznej, technicznej. Najważniejsza jest selekcja. Ja mam wybraną grupę autorów, szkoleniowców i zespołów, które śledzę i z których staram się czerpać wiedzę.

W tych butach Stephen Curry zadziwia NBA >>

Czasem mówi się o poziomie szkolenia młodzieży w koszykówce, czy ogólnie sporcie. A co z problemem szkolenia trenerów? Jak to wygląda w naszym kraju, jakie są możliwości rozwoju szkoleniowców?

Myślę, że w Polsce przydałoby się więcej okazji dla nas do rozwoju i zwiększania wiedzy. Dobrze, że są takie inicjatywy jak np. Szkoła trenerów, w której też uczestniczyłem, ale trochę brakuje konferencji, na których można spotkać ciekawych trenerów, ludzi pracujących na wysokim poziomie. Powinno to być częściej niż coroczna konferencja licencyjna.

Przewagą wobec tego, co było kilkanaście lat temu jest dostępność w Internecie wartościowych materiałów. Jeśli dodamy do tego relacje pomiędzy trenerami, czerpanie wiedzy z rozmowy z nimi, wymianę poglądów i pomysłów, wtedy mamy większe możliwości rozwoju.

Trenował Pan zespół, który występował zarówno w rozgrywkach krajowych, jak i europejskich. Jak wyglądało Pana przygotowanie do tych spotkań?

Wyznacznikiem wszystkiego jest czas. Grając 2 razy w tygodniu, jeśli do tego trafią się 2, czy 3 wyjazdy pod rząd, widać wyraźnie, że to on jest największym ograniczeniem. Nie chodzi o czas, który trzeba poświęcić jako trener, ale raczej ten potrzebny na dokonanie selekcji materiału przekazywanego zawodnikom, jego przyswojenie.

W polskich warunkach podróż na mecz w europejskich pucharach trwa tak naprawdę 3 dni: podróż w jedną stronę, trening, mecz, podróż powrotna. To sprawia, że trzeba zrobić selekcję tego, co można użyć w meczu. Nie wyobrażam sobie, żeby analizować z zespołem całą taktykę przeciwnika. W ramach przygotowań analizowaliśmy ostatnie 3 mecze, które grał rywal, plus, jeśli taki był, nasz mecz przeciwko tej drużynie.

Czy Pana zdaniem Polska koszykówka odstaje od europejskiego poziomu? Co rzuca się najbardziej w oczy przy takim porównaniu?

Nie wydaje mi się, żeby tak było. Myślę, że coraz więcej zespołów jest zaangażowanych w walkę o tytuł Mistrza Polski. Tak naprawdę, patrząc na miejsca od 1 do 16, liga staje się coraz bardziej wyrównana. Powoli mija czas hegemonii jednego zespołu i może się okazać, że siły w czołówce będą zmienne.

Wiadomo, że na wysokim poziomie pieniądze świadczą trochę o jakości zarówno graczy, jak i zespołów, ale myślę, że i tutaj Polska goni Europę. Coraz więcej zespołów chce grać w europejskich pucharach, choć ta najwyższa ranga, Euroliga, nie jest nam na chwilę obecną bliska zarówno ze względów finansowych, jak i jakościowych. Im więcej drużyn w tego typu rozgrywkach, tym nasz ogólny poziom powinien być lepszy.

Które spotkanie z dotychczasowej kariery trenerskiej było dla Pana najbardziej znaczące, takie z którego jest Pan najbardziej zadowolony? Czy było takie, w którym wszystko poszło po Pana myśli? Albo mecz, który potoczył się zupełnie wbrew wcześniejszym założeniom?

Staram się nie rozpamiętywać rzeczy, które były i nie biorę do siebie spotkań z przeszłości. Wolę je analizować pod względem taktycznym, tego, co się wydarzyło na boisku, co mogło się wydarzyć, gdybyśmy zagrali w inny sposób, co nie powinno się wydarzyć. Zastanawiam się również nad moimi ruchami podczas meczu: zmianami, których dokonywałem, podejmowanymi decyzjami.

Nie mam jakiegoś ulubionego, czy znienawidzonego spotkania. Myślę też, że nie miałem ich aż tak dużo. Na takie pytanie mógłby pewnie odpowiedzieć lepiej trener Jacek Winnicki, czy Wojtek Kamiński, którzy są trenerami dłużej ode mnie i mają więcej doświadczenia. Tak jak wspomniałem, nie rozpamiętuję tego, co było na boisku, ale staram się wyciągnąć konkretne wnioski.

W takim razie co stanowi lepszy materiał do wyciągania wniosków i analizy: porażki, czy sukcesy?

Mam swój sposób patrzenia zarówno na porażki, jak i zwycięstwa. Wygrany mecz traktuję po części jak przegrany, a przegrany tak jak wygrany. Nauczyłem się, że kiedy człowiek przegra, to zaraz widzi w jednym posiadaniu 5, czy 10 rzeczy, które chce poprawić, a kiedy wygra, na to samo posiadanie patrzy zupełnie inaczej.

Jest z tym trochę tak jak z ocenianiem skuteczności obrony na podstawie tego, czy piłka wpadła do kosza, czy nie. Można przecież zagrać super obronę przez 22, czy 23 sekundy, a w ostatniej sekundzie akcji facet trafi przez ręce trudny rzut i to nie świadczy o tym, że źle obroniliśmy to posiadanie.

Można z kolei nie bronić, być pasywnym, a ktoś 3 razy pod rząd nie trafi z otwartych pozycji. Czy wtedy można powiedzieć, że zagraliśmy dobrą obronę? Nie uważam tak i dlatego staram się nie popadać w jakąś ponadstandardową krytykę po przegranym meczu, ani w hurraoptymizm po wygranym. Staram się też nie mówić dużo bezpośrednio po meczu na jego temat w szatni.

Wolę na spokojnie w drodze do domu, czy następnego dnia z rana dokonać analizy, a dopiero na najbliższym meetingu pokusić się o jakiś komentarz, czy ocenę tego, co było. Oczywiście, z wyjątkiem sytuacji, w których jak na dłoni widać, że zagraliśmy naprawdę dobre spotkanie i wyegzekwowaliśmy wszystko, co sobie założyliśmy wcześniej i przyniosło to efekty, albo wprost przeciwnie. Wtedy można powiedzieć kilka słów na gorąco, choć zwykle staram się tego unikać.

(fot. basketballcl.com)

Wspominał Pan, że codziennie ogląda co najmniej 2 mecze. Jaką koszykówkę lubi Pan najbardziej? Czy da się oglądać mecze bez ich analizowania?

Mam kilka zespołów z ligi uczelnianej, kilku trenerów w Eurolidze, EuroCup, NBA, śledzę też Polską ligę, natomiast muszę powiedzieć, że ciężko mi jest oglądać mecze jako kibic. Nawet jeśli próbuję coś zrobić tylko dla relaksu, w pewnym momencie włącza się to analityczne podejście i patrzenie z perspektywy, czy to by mi się przydało, czy nie.

Dostosowuję również to, co wybieram do oglądania do tego, co może mi się przydać obecnie w pracy z zespołem. W Polpharmie Starogard Gdański, gdzie mam młodą drużynę, która ma potencjał fizycznego grania, staram się nie czerpać z rzeczy, które są bardzo zaawansowane taktycznie, z drużyn, których gra jest spokojna i poukładana.

Jestem bardziej zaangażowany w szybką koszykówkę, grę 1 na 1, energię na wysokim poziomie, zarówno pod względem fizycznym, jak i mentalnym. To jest, moim zdaniem, bardzo ważne, żeby umieć dostosować poniekąd farbę do płótna, wykorzystać zaawansowanie taktyczne, lub jego brak, do tego, jakim materiałem dysponujemy.

Tak jest też w życiu, choćby z muzyką i naszym nastrojem. Kiedy potrzebujemy pobudzić się do pracy nie będziemy raczej słuchali spokojnych dźwięków fortepianu, czy muzyki relaksacyjnej. Potrzebujemy wtedy ACDC, czy Rolling Stonesów, ale innym razem ta muzyka spokojniejsza, poważna, może się również przydać.

Z jakich rozwiązań korzysta dziś koszykarski świat. Które pomysły jeśli chodzi o konstruowanie gry mają Pana zdaniem największą przyszłość?

Temat rzeka. Myślę, że ten świat koszykarski jest bardzo zróżnicowany, zarówno jeśli chodzi o poszczególne ligi, rozgrywki, bo wiadomo, że inne zasady panują w NBA, a inne w NCAA, ale też budżety, czy nawet to, jaki charakter ma dany trener. Nie wiem, czy da się to tak łatwo zaszufladkować.

Wszyscy zaczęli przez chwilę mówić, że będziemy teraz grali bez centrów, ale nawet w tej samej lidze mamy zespoły, które grają z wysokim centrem, jak i praktycznie bez niego. W NBA w zeszłym sezonie mieliśmy Clippersów z trenerem Docem Riversem i DeAndre Jordanem, który jest ogromnym, mobilnym centrem, ale było też Golden State Warriors, które gra small ball, gdzie wszyscy są w stanie kozłować i rzucać.

Wszędzie jednak są plusy i minusy. Czy wszyscy by chcieli mieć taki zespół jak GSW? Czy trener, który lubi poukładaną, systemową koszykówkę, odnalazłby się przy takiej drużynie, czy by mu ona pasowała? Ciężko mi odpowiedzieć.
Na jednym z wykładów, który oglądałem, Stan van Gundy powiedział, że chyba Hubie Brown, albo jeden ze starszych trenerów, prowadząc konferencję, na jej koniec wspomniał taką rzecz: “Jeżeli moich pięć X będzie większych, mobilniejszych i silniejszych niż Twoich pięć kółek, to ja wygram” (uśmiech).

Jeżeli możemy mieć w zespole 5 Kevinów Durantów, każdy umie kozłować, bronić, rzucać, penetrować, a oprócz tego ma 2,05m wzrostu, to ja mogę mieć takich ludzi. Ale czy to jest możliwe?

Na pewno taki zespół mógłby podobać się kibicom, grając widowiskową koszykówkę, wywołując większe emocje. Niestety, czasem tych emocji, zwłaszcza negatywnych, wynikających może z niepełnej wiedzy, jest za dużo. Jakich porad mógłby Pan udzielić kibicom, żeby ułatwić oglądanie meczów koszykówki?

Po pierwsze, chciałbym powiedzieć, że dla nas, ludzi, którzy są na boisku i obok niego, to że ktoś reaguje emocjonalnie jest absolutnie dobre. Ludzie, którzy się emocjonują, krzyczą, łapią za głowę, pokazują złość, albo radość w różny sposób przyczyniają się do dobra całego widowiska.

Fajnie się gra, kiedy trybuny idą za tym, co dzieje się na parkiecie. Gorzej grałoby się w koszykówkę w takim “teatrze”, czy filharmonii, jeśli kibice mieliby zachowywać się tylko jak bierni widzowie.

Po drugie, myślę, że to jest mocno indywidualna rzecz, która w jakiś sposób oddaje charakter człowieka. Ja na przykład mam tak, że jeśli brakuje mi wiedzy w jakimś temacie, to staram się go nie krytykować, bo nie wiem, co ma wpływa na daną sytuację. Niezależne jest to, czy chodzi o mecz, film, koncert, czy osobę, idącą na ulicy. Nie znam tej osoby. Może ten człowiek coś do mnie powiedział, krzyknął, zachował się w konkretny sposób, ale nie wiem, co się jemu stało 10 minut wcześniej. Staram się go nie krytykować, nie “naskoczyć” na niego.

Podobnie jest w sporcie. Musimy pamiętać o tym, że aktorami tego wszystkiego są ludzie, na których wpływ mają różne czynniki zewnętrzne i wewnętrzne, którzy mają życie prywatne, gorsze i lepsze dni, bywają zmęczeni nie tylko z powodu treningów, ale też podróży, czy drobnych dolegliwości. Warto spojrzeć w ten sposób.

Jeśli chodzi natomiast o rzeczy taktyczne, to powrócę do tego, co już padło w naszej rozmowie. To, że ktoś trafia, albo nie trafia do kosza, niekoniecznie stanowi o jakości obrony albo ataku, a czasami pojawiają się takie artykuły czy komentarze ludzi.

Jeżeli jest wynik, powiedzmy, 62:55, to słyszę, że to była dobra obrona. Oczywiście, w 7 na 10 przypadków tak jest, ale czasami zespoły rzucają po 60 punktów, bo nie mają dnia, albo są zmęczeni zawodnicy jedni i drudzy, i dlatego nie mogą trafić nawet z otwartych pozycji.

Myślę też, że im więcej ludzie będą oglądali koszykówki, tym będzie lepiej z jej rozumieniem. Im więcej koszykówki w mediach i telewizji, tym więcej meczów i sytuacji zobaczy widz i jego wiedza będzie szersza.

Jako trenerowi ciężko jest mi powiedzieć: słuchajcie, musicie zwrócić uwagę na to, jak się broni pick’n’roll. Ok, mogę powiedzieć, jak się broni, możecie zwrócić uwagę na to, jakie jest tempo gry w 1 kwarcie, a jakie w 4, jakie jest zaawansowanie taktyczne w 1 kwarcie, albo w pierwszych 2 minutach 4 kwarty, ale to jest uzależnione od wielu czynników.

Oglądając Starogard Gdański, czy Zieloną Górę nie mogę powiedzieć: będzie pick’n’roll w tej strefie boiska, bo niektóre zespoły zmieniają obronę, albo atak w ciągu jednego meczu. Koszykówka jest bardzo szeroka i w tym tkwi zarówno jej piękno, jak i trudność.

“Świeży” kibic spojrzy na mecz, zobaczy kroki, błąd 8 sekund, błąd 3 sekund, zobaczy, że w jednej akcji był faul, zawodnik został uderzony w rękę, gdy kozłował, a nie rzuca wolnych, a drugi za chwilę będzie rzucał, i może zrobić krok do tyłu, może być mu ciężko wejść do świata koszykówki. Jeśli jednak już wejdzie, wtedy zostaje z koszykówką na długo.

Zaczęliśmy od młodości i zakończymy podobnym akcentem. Ten sezon to Polpharma Starogard Gdański. A gdzie Pan widzi siebie za kilka lat? Jakie plany na przyszłość ma trener Artur Gronek?

Dobre pytanie! Cel na chwilę obecną mam jeden: zagrać jak najlepiej i spróbować wygrać mecz z Krosnem. (rozmowa odbyła się 3.10 – od red.) To jest mój najbliższy cel.

Mam też jakieś późniejsze, ale życie przynosi tyle rzeczy, że nie wiem, czy mądre jest mówienie o tym, co bym chciał osiągnąć. Parę miesięcy temu byłem w zespole, który walczył o złoto, teraz jestem w innym miejscu. Parę miesięcy temu były rozgrywki europejskie, teraz ich nie ma. Na pewno czymś z pogranicza celu i marzenia jest poprowadzenie kiedyś zespołu, który będzie uczestniczył w Eurolidze.

Życzę w takim razie, żeby ten cel/marzenie udało się zrealizować! I czekam na rozpoczęcie sezonu, żeby zobaczyć kolejny zespół prowadzony przez Pana.

Mogę zapewnić i Pana i wszystkich kibiców, że to będzie zupełnie inna gra niż w Zielonej Górze, zarówno jeśli chodzi o taktykę, jak i intensywność. To będzie zupełnie inna karta.

Rozmawiał Piotr Alabrudziński, @PulsBasketu

MID SEASON Sale – najlepszy moment na koszykarskie zakupy! >>