Bobby Brown – w 6 lat dookoła świata

Share on facebook
Share on twitter

Od swojej pierwszej przygody z NBA zdążył zwiedzić Polskę, Grecję, Niemcy, Włochy, Turcję oraz Chiny. Po 6 latach tułaczki Bobby Brown wraca w progi najlepszej ligi świata.

bobby-brownZnasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Trudno oprzeć się wrażeniu, że 32-letni rozgrywający miał tego lata sporo szczęścia. Najpierw, jak sam twierdzi, na obóz przygotowawczy Houston Rockets został zaproszony za osobistą rekomendacją Jamesa Hardena. Potem przydarzyła się kontuzja Patricka Beverleya i choć w nowym sezonie rozgrywaniem ma się zajmować „Brodacz”, a dodatkowo z Milwaukee sprowadzono także Tylera Ennisa, nagle jego szanse na wywalczenie miejsca w 15-osobowym składzie znacznie wzrosły.

Ostatecznie trenera Mike’a D’Antoniego prawdopodobnie przekonał jego ostatni występ w preseason przeciwko San Antonio Spurs. Wcześniej w czterech meczach tylko raz dostał więcej niż 10 minut i od razu zdobył 18 punktów. Tym razem spędził na parkiecie nieco ponad pół godziny i spotkanie zakończył z efektownym dorobkiem 23 punktów, 9 asyst, 4 zbiórek, przechwytu oraz bloku.

I stało się. Ostatnie miejsca w składzie Houston Rockets na rozgrywki 2016/17 zajął właśnie Bobby Brown. Kokosów nie zarobi, bo jego wciąż niegwarantowany kontrakt (w pełni gwarantowany stanie się 10 stycznia) opiewa na kwotę delikatnie przekraczającą 980 tysięcy dolarów. Sądząc jednak po jego wypowiedziach, nie finanse są w tym przypadku kwestią najważniejszą.

– To niesamowite! To jest totalnie niesamowite! – mówił podekscytowany Brown Markowi Bermanowi z Fox 26 Houston. – Być w tej sytuacji to spełnienie marzeń.

Urodzony w Los Angeles (podobnie jak Harden) rozgrywający przebył długą drogę, zanim ostatecznie dane mu było wrócić do NBA. Po raz pierwszy trafił do niej w sezonie 2008/09 – rok po tym, jak w drafcie 2007 zabrakło na niego chętnych, a zatrudnienie znalazł w Albie Berlin. W sumie na przestrzeni dwóch sezonów reprezentował barwy czterech klubów – Kings, Timberwolves, Hornets i Clippers. Rozegrał w sumie 113 spotkań, w których spędzał na parkiecie średnio niecałe 13 minut, zdobywając 5,1 pkt. i 1,8 as.

Latem 2010 roku próbował jeszcze utrzymać się w lidze poprzez występy w barwach Toronto Raptors w Lidze Letniej. Nie udało się. Z ofertą pracy wyszedł wtedy Tomas Pacesas, który widział w nim potencjalnego zastępcę dla Davida Logana w Asseco Prokomie Gdynia.

Jak się jednak okazało, współpraca ta nie wyszła tak, jak to pierwotnie zakładano. Brown lepsze mecze przeplatał kiepskimi i, zwłaszcza w Eurolidze (10,7 pkt., 1,8 as.), nie spełniał oczekiwań litewskiego szkoleniowca, który 2,5 miesiąca po podpisaniu kontraktu z Amerykaninem postawił się go pozbyć.

Potem Brown pograł jeszcze w Salonikach i Oldenburgu, aż na sezon 2012/13 przeniósł się do Montepaschi Siena, gdzie zrobiło się o nim naprawdę głośno. Tym razem w Eurolidze w 24 meczach mógł już pochwalić się statystykami na poziomie 18,8 pkt. i 5,3 as. przy ponad 47-procentowej skuteczności z gry.

4 stycznia 2013 roku przy okazji efektownej pogoni i zwycięstwa w starciu z Fenerbahce zdobył 41 „oczek”, wyrównując rekord nowej Euroligi (od kampanii 2000/01). Został też wtedy wybrany na MVP miesiąca, a na koniec rozgrywek otrzymał nagrodę dla najlepszego strzelca. Z klubem ze Sieny sięgnął w tamtej kampanii po mistrzostwo i Puchar Włoch.

Potem były już trzy lata spędzone w chińskiej CBA jako gracz Shenzhen (wcześniej Dongguan) Leopards, dla których potrafił zdobywać po 60-70 punktów. Teraz, po 6 latach zwiedzania, czeka go kolejne podejście do NBA. Gwiazdą już nie będzie. W jego przypadku każda kolejna minuta na boisku będzie pewnie małym sukcesem, ale historia Bobby’ego Browna pokazuje, że tak naprawdę nigdy nie jest za późno, aby gonić za marzeniami.

Mateusz Orlicki

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>