• Home
  • NBA
  • To był jego rok – Kevin Love znów stał się kimś

To był jego rok – Kevin Love znów stał się kimś

Share on facebook
Share on twitter

Długo w Cleveland kibice musieli wątpić, czy Kevin Love także w ich klubie zagra na poziomie znanym z pierwszych lat kariery w Minnesocie. W końcu odnalazł się u boku LeBrona Jamesa oraz Kyriego Irvinga i dziś w Cavs odnajduje się rewelacyjnie.

Kevin Love (fot. wikimedia)
Kevin Love (fot. wikimedia)

To są buty gwiazd NBA – zobacz, w czym oni grają >>

Po zmianie barw klubowych życie nie rozpieszczało Kevina Love’a. Statystyki spadły mu z 26,1 pkt. i 12,5 zb. do odpowiednio 16,4 i 9,7. Jego rola w zespole wielokrotnie ograniczana była do stania w rogu boiska i straszenia rzutem. Bardzo szybko zaczęto spekulować, że jednak do Cavaliers nie pasuje, że trzeba się go pozbyć.

Dodatkowo już w pierwszej w karierze rundzie play-off na skutek starcia z Kellym Olynykiem z Boston Celtics doznał urazu barku i z udowodnieniem całemu światu swojej rzeczywistej wartości musiał odczekać kolejny rok. W drugim sezonie jako „Kawalerzysta” nadal notował tylko 16 pkt. i 9,9 zb. Oddawał najmniej rzutów z gry od rozgrywek 2009/10, a na linii rzutów wolnych stawał najrzadziej od swojego pierwszego roku w lidze.

Kluczowym momentem w procesie adaptacyjnym Love’a była zmiana na stanowisku trenera w trakcie minionej kampanii. Tyronn Lue skuteczniej wdrażał podkoszowego do swojego systemu niż David Blatt i choć z początku nadal były z tym jeszcze pewne problemy, to po czerwcowych finałach Love wręcz promienieje.

Same finały, w których Cavs wrócili od stanu 1:3 i wygrali tytuł, też nie przebiegały po jego myśli. Tylko dwa razy zdołał osiągnąć w nich próg 10 „oczek”. Tym, co najwyraźniej dodało mu niebywałej pewności siebie i pozwoliło poczuć się częścią tego zespołu, była jednak kluczowa dla losów rywalizacji akcja meczu nr 7, w której po zasłonie przejął krycie Stephena Curry’ego i skutecznie utrudnił mu oddanie dobrego rzutu.

Kevin Love w sezonie 2016/17 to już zupełnie inny koszykarz. Przypomina tego Kevina Love’a z czasów gry w Minneapolis, z tym że teraz kręci podobne cyferki u boku LeBrona Jamesa i Kyriego Irvinga. Pod względem średniej zdobywanych punktów (22 pkt.) są to dla niego trzecie najlepsze rozgrywki w karierze. Trafia też na najlepszej skuteczności z gry (45,8 proc.) od czasu debiutanckiego sezonu, przy czym trzeba zaznaczyć, ze teraz podejmuje prawie dwa razy więcej prób.

Jest 10. najczęściej trafiającym z dystansu zawodnikiem w lidze (średnio 2,8 na mecz). Miał już w tej kampanii mecze na 7 i 8 celnych trójek. Ze średnimi na poziomie 22 pkt. i 10,9 zb. znalazł się także w elitarnym gronie raptem pięciu graczy, którzy przeciętnie w obu tych rubrykach statystycznych notują przynajmniej 20+10.

W czwartkowym starciu przeciwko Celtics zaliczył nawet 30+15. To coś, co zrobił po raz pierwszy dla Cavaliers, ale przecież regularnie robił niegdyś dla Timberwolves (27 razy w latach 2008-14, najwięcej w NBA w tym czasie według danych ESPN).
Jeszcze w trakcie czerwcowych finałów nie brakowało głosów skazujących go na transfer. Pół roku później sytuacja Kevina Love’a obróciła się o 180 stopni. Zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł, wybronił kluczową akcję Stephena Curry’ego w decydującym meczu finałów, znów jest jedną z największych gwiazd ligi i zgłasza swoją śmiałą kandydaturę do powrotu do Meczu Gwiazd.

Jak sam twierdzi, rok 2016 był najlepszym w jego dotychczasowym życiu. A sympatykom Cavs, i NBA w ogóle, pozostaje trzymać kciuki, aby 2017 był dla niego przynajmniej równie udany.

Mateusz Orlicki

To są buty gwiazd NBA – zobacz, w czym oni grają >>