Cała Polska w cieniu Śląska. Też mieliśmy swoich Golden State Warriors

Share on facebook
Share on twitter
Mistrzowie Polski z 2001 roku (Fot. Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta)
Mistrzowie Polski z 2001 roku (Fot. Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta)

NBA zdominowali właśnie Stephen Curry, Klay Thompson i Draymond Green, Polską zatrzęśli kiedyś Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk i Adam Wójcik. Trener Andrej Urlep, słynny „Furioso”, nie musiał wyrywać włosów z głowy, gdy zbudowany za miliony dolarów Śląsk bił rekordy na początku XXI wieku.

W NBA pobito właśnie rekord wszech czasów – Golden State Warriors wygrali 73 z 82 meczów i o jedno zwycięstwo poprawili osiągnięcie Chicago Bulls z sezonu 1995/96. Tamci Bulls z Michaelem Jordanem i Scottie Pippenem dali znaczący impuls do rozwoju koszykówki także w Polsce, w latach 90. I to właśnie w szczytowym okresie popularności kosza wyrósł rekordowy Śląsk, który w sezonie 2000/01 miał bilans 28-0, a w play-off wygrał 10 z 11 spotkań.

Tamten Śląsk ścigał się właściwie z samym sobą. Co prawda najlepszy odsetek zwycięstw miała wcześniej YMCA Łódź, która w 1948 roku zakończyła rozgrywki z bilansem 15-1 (93,7 proc. zwycięstw), ale to były pionierskie czasy ligi, pierwszy sezon mistrzostw Polski w tej formie, w którym kilka meczów kończyło się walkowerami. Tymczasem Śląsk w latach 90. wygrywał sezon z bilansami 27-3 oraz, dwukrotnie, 28-4. Z hasłem „Cała Polska w cieniu Śląska” nie można było polemizować.

Schetyna zaprasza przeciwników

Sezon 2000/01 zaczął się od trzęsienia ziemi – w Śląsku, we Wrocławiu, w Europie, w koszykówce.

Po pierwsze: wprowadzono wiele zmian w przepisach. Zmian rewolucyjnych, bo za takowe należało uznać wprowadzenie kwart zamiast połów, skrócenie czasu na rozegranie akcji z 30 do 24 sekund oraz czasu na wyprowadzenia piłki z własnej połowy z 10 do ośmiu.

Po drugie: w Europie doszło do rozłamu. Największe kluby, niezadowolone z pieniędzy oferowanych przez FIBA za grę w Suprolidze, powołały nowe rozgrywki – Euroligę. Śląsk, który o elitę walczył od lat, zdecydował się na grę w słabszej Suprolidze.

Po trzecie: Grzegorz Schetyna, prezes klubu i poseł Unii Wolności, do rady nadzorczej zaprosił Jerzego Szmajdzińskiego z SLD i Piotra Żaka z AWS. – Zdjąłem z klubu odium jednostronności politycznej – tłumaczył. – Klub był kojarzony ze mną, a przez to z Unią Wolności. Myślę, że zbliża się taki czas, że politycy będą przychodzić do dużych klubów, będą się w ich działalność angażować. Fakt, że politycy mogą współdziałać, różniąc się politycznie, to pozytywne zjawisko.

Po czwarte: Schetyna zwolnił, tuż po zdobyciu mistrzostwa, trenera Mulego Katzurina. – Zrobił wielką robotę. Jestem z niej bardzo zadowolony – mówił. Ale dodawał: – Zatrudniłem trenera z inną wizją koszykówki, bo wydawało mi się, że trzy lata z rzędu pracy Andreja Urlepa to za dużo. Katzurin miał uatrakcyjnić atak, zmienić naszą grę i zdobyć mistrzostwo Polski. I tak się stało. W Pucharze Saporty furory jednak nie zrobiliśmy. Wynik był przyzwoity, ale nie rewelacyjny.

Tak, w mistrzowskim Wrocławiu apetyt rósł w miarę jedzenia.

Maciek, Adam i Dominik

W lecie Śląsk rozkręcał się powoli – pierwszy mecz, co prawda jeszcze nie ligowy, a o Superpuchar, z Prokomem w Sopocie, wygrał tylko 67:66. Pięć minut przed końcem wrocławianie mieli siedem punktów przewagi, ale strefowa, mocna obrona sopocian, dała im nieoczekiwane prowadzenie 60:59 w 38. minucie. W końcówce punktowali Josip Vranković i Filip Dylewicz, ale zwycięski rzut, osiem sekund przed końcem, oddał Aleksander Avlijas.

Wcześniejsze przygotowania do sezonu wcale nie były sielanką. Na obóz spóźnił się Joe McNaull, bo klub zalegał mu z płatnościami. Dainius Adomaitis oraz Sean Marks dołączyli do drużyny dopiero po powrocie z igrzysk w Sydney, na początku października. Urazów doznawali Raimondas Miglinieks, Adam Wójcik oraz Dominik Tomczyk. Ale to właśnie powrót z Pruszkowa do Wrocławia tego ostatniego był sygnałem, że Śląsk buduje coś wielkiego.

– Spełniło się moje marzenie. Zawsze uważałem, że wielką koszykówkę można zbudować we Wrocławiu wówczas, gdy w jednym zespole będą grali Maciej Zieliński, Adam Wójcik i Dominik Tomczyk – mówił Schetyna. W budowie wielkiej koszykówki pomagał mu wielki budżet – wynoszący ponoć 3,8 mln dolarów, na które składał się oczywiście Zepter, ale też Idea, która stała się drugim tytularnym sponsorem zespołu na początku rozgrywek.

Zespół uzupełniali Harold Jamison, Uvis Helmanis, Robert Kościuk i Tomasz Cielebąk. Artur Bajer, Robert Bigus, Sebastian Zwolak i James Cotton grali w pojedynczych spotkaniach. – Mamy piątkę sprawdzonych graczy: Adama, Maćka, Raya, Joe i Dominika. Szukaliśmy zawodników, którzy dopasowaliby się do tego układu. Koszykarzy dobrych, ale przede wszystkim takich, którzy graliby dla zespołu – mówił o filozofii budowy drużyny Schetyna.

– Doszliśmy do wniosku, że niepotrzebne nam są gwiazdy. Zawodnicy, z którymi trener Urlep może mieć kłopoty. Może się zdarzyć, że Avlijas będzie grał kilka minut w meczu albo Tomczyk będzie grał niewiele, bo taka będzie konieczność. Takiej roli żaden gwiazdor nie zaakceptuje – tłumaczył Schetyna.

Kilka klas różnicy

– Tamten sezon? To była zupełna dominacja. Mieliśmy drużynę złożonych z bardzo dobrych zawodników, ale też drużynę, która była jedną wielką rodziną. Byliśmy świetną ekipą – wspomina Zieliński, ówczesny kapitan Śląska. Przegląd relacji z niektórych spotkań potwierdza jego słowa.

„Mecz Śląska z AZS Lublin to kolejny argument w dyskusji o zmniejszeniu ekstraklasy. Zespoły dzieliła przepaść. Wrocławianie, grając nawet w rezerwowym składzie, dominowali zdecydowanie. Zwykle w takich meczach – co lubi podkreślać trener Andrej Urlep – największym problemem jest motywacja. Słabszy rywal nie zmusza do wysiłku. Tym razem nie było tego problemu. Koszykarze Śląska postanowili bowiem zagrać dla publiczności” – tak pisała „Gazeta Wyborcza” po wygranej 101:68.

„Tym razem koszykarze Śląsk ośmieszyli drużynę wicelidera tabeli – Stal Ostrów. Na tym etapie rozgrywek ligowych wyraźnie widać, że zespół przerasta krajowych rywali przynajmniej o kilka klas. Nie można wykluczyć, że w tym sezonie kibice będą się emocjonować tylko walką o dalsze lokaty w tabeli, gdyż w tym składzie kadrowym prymat Zeptera jest praktycznie niezagrożony” – czytaliśmy po wygranej 89:71.

W rundzie zasadniczej Śląsk nie zaliczył żadnej wpadki. Wygrywał nawet wtedy, gdy grał słabiej lub był osłabiony. Pod koniec października w Pruszkowie mistrzowie przegrywali 52:61 w końcówce trzeciej kwarcie, ale wygraną zapewnili im rezerwowi Kościuk, który tego dnia był lepszy niż Miglinieks oraz Avlijas, którzy trafił cztery trójki i ograniczył Antoine’a Jouberta.

Zwycięstwa wymęczone

Czasem potrzebne było trochę szczęścia. W Pruszkowie, trzy sekundy przed końcem, przy wyniku 88:86 dla Śląska, faulowany był Krzysztof Dryja. – Miał trafić oba rzuty wolne, a skoro nie trafił pierwszego: nie trafić także przy drugim – mówił potem Jacek Gembal. Dryja za drugim razem jednak trafił… przypadkiem. Odbita od tablicy piłka trafiła do kosza i było po meczu.

Do dwóch dogrywek doszło za to w lutym w Warszawie, w meczu ze słabą Polonią. Jeśli Śląsk miał jakiś mecz w tamtym sezonie przegrać, to chyba właśnie ten. Mistrz był osłabiony – z różnych względów brakowało McNaulla, Jamisona i Cielebąka, Tomczyk doznał urazu w końcówce, a za faule spadali Miglinieks, Wójcik i Helmanis, więc do gry musiał wejść Adomaitis. Litwin był niedysponowany, przewidziany tylko do siedzenia na ławce.

Śląsk przegrywał trzy minuty przed końcem 64:71, ale wyszedł na prowadzenie 73:71. Do dogrywki rzutami wolnymi doprowadził Walter Jeklin. W niej Śląsk prowadził 79:73, ale kilka minut później, po trójce Jeklina, było 84:82 dla Polonii. Avlijas wyrównał z wolnych, a 15 sekund przed końcem po niecelnym rzucie Jeklina szansę na wygranie meczu dla wrocławian miał Zieliński. Spudłował jednak oba wolne (w całym meczu miał 5/13 z linii).

W drugiej dogrywce wrocławianie kontrolowali już sytuację – pewnie grał Kościuk, a wynik rozstrzygnął Adomaitis, trafiając za trzy na 92:84. Ostatecznie Śląsk wygrał 101:88. – Było widać, że moi zawodnicy są zmęczeni i stąd ten mecz był tak trudny. Polonia była bliska zwycięstwa, ale Śląsk nie po raz pierwszy pokazał charakter – stwierdził trener Urlep.

Pierwszy sezon Wielkiej Trójki

– U Andreja zawsze najważniejsze były obrona i twarda walka. I właśnie tamta drużyna bardzo dobrze czuła się w fizycznej koszykówce. Nikt nie bał się walczyć pod koszem, czy w każdym miejscu boiska – wspomina Zieliński. – Koszykówka była wtedy bardziej fizyczna, tej walki było naprawdę dużo, a rywale – im dłużej trwała nasza passa – chciały ją podejmować. To był trudny sezon – i fizycznie, i psychicznie. Wiadomo, ta presja rosła – czy uda nam się zakończyć sezon bez porażki?

Co było największą siłą Śląska? Pytanie było retoryczne, a odpowiedź możliwie najprostsza – wszystko. Adam Romański, wówczas dziennikarz „Gazety Wyborczej”, pisał tak: „Największa przewaga wrocławian tkwi chyba właśnie w psychice. Oni przeżyli już wszystko, wygrywali z lepszymi, choćby w Suprolidze, zdobywali mistrzowskie tytuły, wygrywając kluczowe mecze w Pruszkowie i Włocławku. Na nich nie robi wrażenia presja społeczeństwa.”

Najlepszymi strzelcami Śląska byli w tamtym sezonie Wójcik (średnio 14,5 punktu), Zieliński (także 14,5) oraz Tomczyk (12,6). Jeśli każdy wielki zespół ma swoją Wielką Trójkę (jak Bulls, a potem Boston Celtics, Miami Heat czy obecnie Warriors), to miał ją także Śląsk. – Z Adamem i Dominem znaliśmy się bardzo długo, razem graliśmy praktycznie we wszystkich kadrach od kadetów. W Śląsku doskonale wiedziałem, gdzie będzie jeden, gdzie drugi, i jak się zachowają w danej akcji – mówi Zieliński.

Ciekawe, że choć każdy z tych graczy zdecydowanie jest kojarzony z Wrocławiem, to rekordowy sezon 2000/01 był pierwszym, w którym cała trójka zagrała w Ślasku razem. Zieliński – symbol klubu, był w nim zawsze, Tomczyk z Wójcikiem się mijali. Gdy się dobrali, byli nie do zatrzymania. Sporo punktów zdobywali też McNaull (12,9), czołowy obrońca ligi Adomaitis (11,7), podkoszowy tur Jamison (10,9) oraz król asyst Miglinieks (8,3). Śląsk wygrywał swoje mecze średnią różnica 17,1 punktu.

Łańcuch Jamisona, druty Adomaitisa

Wrocław żył jednak także, a momentami przede wszystkim, Suproligą. Śląsk, debiutant na takim poziomie, zaczął sezon od porażek z Villerbaune, CSKA oraz z Panathinaikosem, ale później pokonali kolejno na BC Split, Montepashi Siena, Lietuvos Rytas i po znakomitym meczu w Hali Ludowej – Ulker Stambuł. W styczniu był w czołówce grupy A, Wrocław był w euforii.

Skończyło się jednak rozczarowaniem. Śląsk, który z ostatnich siedmiu spotkań pięć rozgrywał u siebie i mógł myśleć nawet o trzecim miejscu w grupie A, wygrał tylko jedno z nich i rozgrywki zakończył na ósmej pozycji. W play-off odpadł już w pierwszej rundzie po dwóch porażkach z Maccabi Tel Awiw.

Co się popsuło? Przyczyn doszukiwano się w wielu kwestiach. Przestał działać efekt zaskoczenia, obniżył się poziom gry w obronie, Urlep rozgrywał mecze dość przewidywalnie, zespół dopadła plaga kontuzji, a Jamison samowolnie przedłużył pobyt w USA o kilka tygodni. Odwiedzał rodzinę – w Miami, potem w Kalifornii. – Miałem kilka osobistych spraw do załatwienia. Ale ciężko pracowałem i sporo indywidualnie trenowałem – mówił Jamison, gdy w marcu wylądował w końcu we Wrocławiu.

Zieliński: – Harold był specyficzną postacią. Jako zawodnik wiele do drużyny wniósł, pod koszem demolował rywali. Nie wiem, dlaczego się spóźnił, ale pamiętam, jak Andrej mówił mu przed wyjazdem na święta, że owszem, może polecieć do USA, ale ma wrócić bez grubego złotego łańcucha z krzyżem, który nosił. I rzeczywiście, Harold wrócił bez niego. Ale za drugim razem już zapomniał go zostawić w USA. Może poleciał po niego?

Śląsk miał też pecha, bo tak należy nazwać ciągłe urazy McNaulla lub problem Adomaitisa, który w lutym właśnie z Amerykaninem zderzył się na treningu i stracił dwie jedynki. – Dostał zastępcze, takie mocowane na drutach. Można było je wyciągnąć i robić z nimi różne rzeczy. Było z tego powodu dużo śmiechu, choć oczywiście nie na początku, nie po samym zdarzeniu – wspomina Zieliński.

Cała Polska w cieniu Śląska

– Chciałbym, żeby ze Śląskiem byli kibice koszykówki w całej Polsce. Marzy mi się powtórzenie czegoś takiego, co przeżywałem jako dzieciak, kiedy kibicowałem w pucharach europejskich piłkarzom Górnika Zabrze, choć mieszkałem w Opolu. Kibicowała im zresztą cała Polska – mówił przed tamtym sezonem Schetyna.

Marzenie prezesa chyba się spełniło, meczami Śląska ekscytowała się cała Polska. Choć prawdziwy szał na punkcie zespołu był oczywiście we Wrocławiu. „Na przełomie wieków koszykówka we Wrocławiu osiągnęła status sportowej religii, może nie jak piłka nożna w Brazylii, ale z pewnością na podobnym poziomie jak basket na Litwie, w chorwackim Zadarze czy serbskim Belgradzie” – pisał w książce o Wójciku Jacek Antczak.

– Wrocław żył koszykówką, mistrzowskie fety na rynku były czymś niesamowitym. Kibice potrafili rozłożyć na rynku wielką flagę „Cała Polska w cieniu Śląska”, jak wracaliśmy z wyjazdowych meczów, to eskortowali nas samochodami już od przedmieść – opowiada Zieliński.

On i jego koledzy byli bohaterami. Antczak pisał, że gdy Wójcika zaproszono do redakcji „Wyborczej” na spotkanie z fanami, które ostatecznie trzeba było przełożyć na rano, to koszykarz składał je na uczniowskich usprawiedliwieniach nieobecności w szkole, a nauczyciele podobno je uwzględniali. A „Gazeta Wrocławska” wydrukowała plakat Wójcika naturalnej wielkości – potrzebowała na to czterech wydań. Zaczęto od nóg (dwa wydania), przez tułów i korpus, aż po twarz i czubek głowy. W lutym odbyła się premiera filmu „Sześć dni Strusia”, w którym jedną z głównych ról grał właśnie Wójcik.

372 dni bez porażki w lidze

W końcu, 11 maja 2001 roku, Śląsk jednak mecz ligowy przegrał. W finale, we Włocławku. Po dwóch spotkaniach z Anwilem było 2-0, w meczu nr 3 wrocławianie ulegli rywalom w ich hali 80:82.

Anwil prowadził niemal przez cały czas – najwyżej 50:37 w 21. minucie i 64:51 w 26., ale Śląsk zatrzymał gospodarzy znakomitą obroną. Cztery minuty przed końcem po trafieniu Jamisona było 72:69 dla wrocławian. W końcówce Anwil punktował jednak po akcjach Jewgienija Kisurina, a 1,8 sekundy przed końcem dwa wolne trafił Vladimir Krstić. Śląsk miał jeszcze szansę, ale Igor Griszczuk zabrał piłkę Avlijasowi.

Emocje były ogromne, Urlep po meczu wbiegł na środek boiska i niemal stykając się nosem z sędzią Leszkiem Rakoczym, wrzeszczał mu coś prosto w twarz. Potem pobiegł jeszcze nawtykać drugiemu arbitrowi. Ani tuż po meczu, ani potem na konferencji prasowej nie podał ręki szkoleniowcowi Anwilu Stevanowi Totowi. – Mówiłem sędziom, że to, co zrobili w ostatnie dwie minuty, było śmieszne. I że nie jest to dobre dla polskiej koszykówki – mówił Urlep na konferencji prasowej.

– Wiem, że wiele osób myśli, że ten mecz we Włocławku przegraliśmy specjalnie, żeby świętować mistrzostwo we Wrocławiu, ale tak nie było. Po prostu – przegraliśmy – mówi teraz Zieliński. Jego Śląsk był w Polsce niepokonany przez 372 dni, od 3 maja 2000 roku, kiedy – także w finałowym meczu nr 3 – 59:57 pokonał ich Anwil. Potem Śląsk wygrał dwa mecze, 28 spotkań rundy zasadniczej i osiem kolejnych w play-off. W sumie – 38 ligowych meczów z rzędu.

Misrz jak Chicago Bulls

W spotkaniu nr 4 wszystko wróciło do normy – Śląsk wygrał 79:76, a kilka dni później, we Wrocławiu, przypieczętował kolejne mistrzostwo zwycięstwem 92:76. Po krótkiej celebracji na parkiecie koszykarze zeszli do szatni, z której wrócili w okolicznościowych, mistrzowskich koszulkach. Z błędem, którego nie sposób wyjaśnić – zamiast „Mistrz”, napisano na nich „Misrz”. W ten sposób rekordowe, niepowtarzalne rozgrywki uczyniono jeszcze bardziej wyjątkowymi.

– To był unikalny sezon – pasma zwycięstw, udział w Suprolidze… – prosili Schetynę o komentarz dziennikarze. – Mógł być jeszcze bardziej unikalny. Szkoda tej jednej porażki we Włocławku, ale ja i tak jestem zadowolony – odpowiadał szef klubu.

– Panie Maćku, dzięki za rozmowę. Opublikuję ten tekst w czwartek, zaraz jak Warriors pobiją rekord. W sumie wy też byliście trochę jak Warriors, takimi wojownikami – mówię, kończąc rozmowę z Zielińskim. – No, Bulls bardziej by mi pasowało, ale dobra, niech będzie, że Warriors – zaśmiał się kapitan Śląska, wielbiciel tzw. starej szkoły w każdym aspekcie.

I w sumie ma rację. Niech Śląsk 2000/01 będzie jak Chicago Bulls 1995/96. Tylko czy doczeka się swoich Golden State Warriors, którzy pobiją rekord?

*artykuł ukazał się pierwotnie na Sport.pl.

POLECANE