Chiny 2019: Koszykarski mundial na trybunach – było warto!

Share on facebook
Share on twitter
Polscy kibice nie zawiedli i dotarli także na mistrzostwa świata. Oglądanie reprezentacji Polski w Pekinie było świetnym przeżyciem, nawet jeśli Chiny wymagają sporo... cierpliwości.
Fot. A. Romański, PZKosz

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Jesteś nerwusem, nie masz cierpliwości, czy szybko się złościsz? – wycieczka do Chinbyć może nie jest dla ciebie. Ludzi jest tam mnóstwo, jednak choćby pojedyncze słowa po angielsku potrafi zaledwie malutki odsetek z nich. To teraz brzmi śmiesznie, ale będąc tam bywało to naprawdę irytujące, jak choćby porozumiewanie się w hotelowej recepcji przez gadanie do telefonów i pokazywanie przetłumaczonego tekstu (a na końcu i tak obie strony nie wiedziały o co chodzi drugiej).

Pod halą również ciężko o pomoc w języku angielskim. Na oko z 12 bramek pustych, do dwóch długa kolejka i jak się potem okazało, chodziło o sprawdzenie paszportów (pozostałe były dla Chińczyków).

No właśnie – paszport był sprawdzany praktycznie wszędzie. Nie wiem ile razy ktoś robił mu zdjęcie czy go skanował. Również pani na bramkach cyknęła foto mojego paszportu telefonem, co raczej w naszych szerokościach geograficznych by już nie przeszło. Pani siedząca na wspomnianych bramkach, to pierwsze zasieki, drugie to oczywiście kontrola osobista, prześwietlenie bagażu i wykrywacz metalu.

Jeśli w plecaku była np. otwarta butelka wody, to strażnik albo kładł ją na jakiś skaner, albo kazał wziąć łyka. Po kilku dniach już się można przyzwyczaić, że one są wszędzie – na każdym wejściu do metra, atrakcji turystycznej, czy nawet w jednym ze sklepów Adidasa.

Oczywiście wszyscy przekonują, że to „for your safety”(„dla twojego bezpieczeństwa”), ale po prostu to wszystko tak długo trwa, że idzie się zirytować (na wspomnianych bramkach, gdzie trzeba było odstać w pełnym słońcu i ponad 30 stopniach dobre 20 minut).

Cadillac Arena

Z zewnątrz raczej niepozorna, ale to może efekt tego, że w Pekinie wszystkie budynki są ogromne i monumentalne. Z jednej strony centrum handlowe, z drugiej wielka budowa, która mocna ograniczała dojście do obiektu. Spory prostopadłościan z ładną elewacją, ale wielkiego wrażenia raczej nie robi.

Na fajerwerki trzeba poczekać do wejścia do Areny. Okazuje się, że parkiet jest dużo niżej niż poziom drzwi wejściowych do obiektu i nagle (tak jak w Harrym Potterze i magicznych namiotach, które z zewnątrz były malutkie, a w środku ogromne) hala wydaje się po prostu wielka. 19 000 miejsc, ze wszystkich świetny widok, wszystkie wygodne (podłokietniki, miękkie siedzisko) – to zdecydowanie bardzo dobre warunki do przeżywania meczu na żywo.

Cadillac Arena wewnątrz wygląda jak obiekt zespołu z NBA, czyli można powiedzieć, że jest na najwyższym poziomie. W holach pekińskiej hali mnóstwo różnych stoisk – począwszy od mundialowych gadżetów, kończąc na praktycznie wszystkim do picia i jedzenia (także KFC). Jest co robić, jeśli wpadnie się z godzinkę przed meczem.

Minusy? Z punktu widzenia kibica-turysty jeden podstawowy. Na inny sektor niż ten co masz na bilecie nie wejdziesz, no chyba że jakimś cudem się zakradniesz. Bilety sprawdzane są przy korytarzach prowadzących na trybuny, potem jeszcze raz przy schodach, a na dodatek na każdych siedzi jeszcze duet smutnych panów w czerni „pilnujących porządku”.

Tak wiec zdjęcia z pierwszego rzędu, blisko parkietu – odpadają. Autografy, fotki z zawodnikami, zwykłe przybicie piątki – odpadają. Jednak takie praktyki są raczej regułą w wielkich halach, także za oceanem. Planując w przyszłości podobny wyjazd, warto o tym pamiętać.

Zabrakło (przynajmniej mi) nieco lepszego asortymentu z gadżetami mundialowymi – koszulek trochę było, ale liczyłem na więcej. W sklepikach z jedzeniem i piciem nie było też piwa (a szkoda), choć chyba to raczej wynika z nawyków Chińczyków i tego, że miłość do tego trunku u nich jest zdecydowanie mniejsza niż w Europie.

Było nas sporo

Lecąc do Chin spodziewałem się raczej garstki kibiców z Polski, z czego większość osób pewnie jakoś byłaby powiązana z koszykówka. Na miejscu jednak miło się zaskoczyłem. Na trybunach była na pewno ponad setka fanów w biało-czerwonych barwach, a może nawet i więcej.

Nie spodziewałem się także, że nasi koszykarze będą mogli liczyć na spontaniczny doping. A jednak. Parę razy można było usłyszeć (i krzyknąć) Polska!, Defense, czy kto wygra mecz. Myślę, że sami zawodnicy byli nieco zaskoczeni liczbą rodaków na trybunach – świadczy o tym chociażby reakcja Adama Hrycaniukapo pierwszym meczu, który symbolicznie przecierał oczy ze zdziwienia.

Mimo że koszykówka cieszy się w Polsce takim, a nie innym zainteresowaniem, frekwencja w Chinach może być budująca. Polacy kochają jeździć za swoimi drużynami, a narodowymi już szczególnie. Oby KoszKadra była kolejną zajawką dla wielu fanów koszykówki i sportu w ogóle.

Jak kibicują Chińczycy?

Entuzjastycznie i żywiołowo. Atmosfera na meczu z Polakami była naprawdę gorąca i też zdecydowanie inna niż w Europie. Chińczycy przede wszystkim krzyczeli i skakali po każdych punktach, a jeśli z piłką akurat zrobił coś ciekawego Yi Janlian, lider kadry, ale też absolutny bóg koszykówki w Chinach, to fani na trybunach skakali ze szczęścia, jakby zdobyli nie 2 punkty, a bramkę w doliczonym czasie gry przy remisie.

Doping raczej nie był zorganizowany. Krzyczeli coś na wzór „China”, które mocno pokrywało się z „Polska”. Mocno także wywierali presję na sędziów, więc można uznać, że jako tako znają się na koszykówce. Starali się także przeszkadzać podczas rzutów wolnych głośnym buczeniem i dmuchanymi pałkami od sponsorów.

Mimo 19 tysięcy ludzi i opinii, jakoby Chińczycykochali i uwielbiali reprezentację i koszykówkę, to jednak doping trochę rozczarował. Może inaczej, spodziewałem się większego szaleństwa.

Mało kto był ubrany w barwy narodowe – tylko pojedynczy kibice mieli koszulki swojej reprezentacji. Ogromnym zainteresowanie cieszyły się wszelkie zabawy w przerwach wyświetlane na monitorach, ale także konkursy organizowane w korytarzach (jak chociażby pojedynki, kto pierwszy wypije butelkę wody).

Publika zdecydowanie przypominała tę z NBA, z sezonu regularnego, kiedy to ludzie przychodzą przede wszystkim na rozrywkę, a przy okazji na mecz. Atmosfera na europejskich parkietach jest zdecydowanie inna, dla nas bardziej naturalna, co chyba także mogło wpłynąć na delikatne rozczarowanie.

Przy okazji kibicowania warto także wspomnieć o grupie z Wybrzeża Kości Słoniowej. Afrykanie tańczyli, bawili się, robili wszystko to, co widzieliśmy w telewizji bądź na żywo podczas piłkarskich mundiali. Trybuny jednak na spotkaniach z Wenezuelą i WKS-em wypełnione były w połowie i to w większości dzieciakami z pekińskich szkół (charakterystyczne mundurki).

Wyjazd do Pekinu, pod względem koszykarskim, ciężko jednak by mi (nam) się nie podobał. Reprezentacja osiągnęła sportowy sukces, a spotkanie z Chinami z pewnością zapamiętam na długie lata.

Grzegorz Szybieniecki, Pekin

POLECANE

tagi