„Czarodzieje z Bielan” – studenci, „Gruby” i bony do baru mlecznego

Share on facebook
Share on twitter

W latach 60. o koszykarzach AZS AWF Warszawa pisał nawet dziecięcy „Płomyczek” – byli tak dobrzy, tak efektowni, tak popularni. Od ich drugiego mistrzostwa Polski mija właśnie 50 lat.

Kibice AZS AWF Warszawa (fot. Jan Rozmarynowski)

Szukasz butów retro – sprawdź kolekcję w Sklepie Koszykarza >>

W latach 60. XX wieku byli najbardziej efektowną drużyną dyscypliny nazywanej wówczas w Polsce „zimową królową sportu”. Grali szybko, zespołowo, imponowali rzadkimi wówczas podaniami za plecami, więc nic dziwnego, że dziennikarze, a potem kibice, nazwali ich „Czarodziejami z Bielan”.

W sezonie 1966/67 koszykarze AZS AWF Warszawa, których prowadził Zygmunt Olesiewicz, dołączyli do efektownego ataku coś jeszcze – najlepszą w lidze obronę. I zdobyli tytuł – swój drugi i ostatni w historii.

Toruń – najmniejsze miasto w lidze

Mistrzostwo zapewnili sobie w przedostatniej, 21. kolejce. W sobotę 11 marca, dzięki wygranej z ŁKS w Łodzi 81:63 (41:35), utrzymali bezpieczną przewagę nad rywalami. Porażka w ostatniej serii spotkań ze stołeczną Polonią 55:67 na Konwiktorskiej była już świętowaniem sukcesu i nie mogła odebrać akademikom tytułu.

Mecz odbywał się pod hasłem „bij mistrza”, ale początek był sympatyczny. Gospodarze powitali nas kwiatami, a spotkanie było prowadzone fair. My byliśmy już trochę zdekoncentrowani, zmęczeni sezonem – wspomina środkowy AZS AWF Tadeusz Blauth.

W rozgrywkach uczestniczyło wówczas 12 zespołów. Drużyny rywalizowały w weekendy w parach, zamieniając się rywalami po sobotnich meczach. Pary tworzyły AZS AWF i Legia Warszawa, Polonia i ŁKS, Lublinianka i Start Lublin, Wisła Kraków i Korona Kraków, Śląsk Wrocław i Lech Poznań oraz AZS Toruń i Wybrzeże Gdańsk. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale Toruń był wtedy najmniejszym miastem w koszykarskiej elicie, jedynym nie będącym stolicą województwa.

Mistrzowie przegrali wówczas tylko trzy spotkania (także z broniącą tytułu Legią 78:79 po dogrywce oraz ze Śląskiem 58:73), wszystkie na wyjeździe. Z bilansem 19-3 wyprzedzili Wisłę (17-5) i Śląsk (17-5). Prowadzenie w tabeli objęli 18 grudnia, na półmetku rozgrywek, i już go nie oddali.

Tworzyliśmy wyjątkową grupę młodych chłopaków: studentów, słuchaczy i absolwentów wyższych warszawskich uczelni. Dobrze rozumieliśmy co do nas mówiono i jakie zadania mamy spełniać na boisku, a w roku 1967 naszym celem było właśnie mistrzostwo Polski – wspomina rozgrywający AZS AWF Bolesław Kwiatkowski.

Byliśmy wtedy z pewnością jedną z najlepiej fizycznie przygotowanych drużyn, grającą widowiskowo, z ogromnym naciskiem na skuteczną obronę – dodaje zawodnik, który po zakończonych rozgrywkach został uznany, jako pierwszy w historii akademickiej sekcji, najlepszym polskim koszykarzem w plebiscycie „Sportowca”, otrzymał powołanie do kadry narodowej, a także wystąpił w reprezentacji Europy przeciwko Realowi Madryt i drużynie Jugosławii na festiwalu FIBA w Belgradzie.

Pierwszą piątkę zespołu tworzyli: Tadeusz Blauth, Bolesław Kwiatkowski, Igor Oleszkiewicz, kapitan drużyny Andrzej Perka i Aleksander Ronikier. Grali w nim także Zbigniew Jedliński, Andrzej Pasiorowski, Adam Niemiec, Jan Nowicki, Jan Matusewicz, Bogusław Opala, Jacek Pawłowski, Zdzisław Adamczyk, Ryszard Fedorowicz i Andrzej Jopkiewicz. Kierownikami drużyny byli Leszek Palęcki i Janusz Okuszko.

Grali za bony do baru mlecznego

Znakiem firmowym AZS AWF w tamtym sezonie była wspomniana obrona. Zespół tracił przeciętnie tylko 58,9 pkt w meczu, najmniej w całej lidze, a zdobywał 73,2.

Obrona jest w koszykówce kwestią decydującą, dlatego wzięliśmy ją na warsztat przed dwoma laty i temu – w głównej mierze – zawdzięczamy sukces. Np. Śląskowi pozwoliliśmy na wykonanie tylko 45 rzutów w zwycięskim [56:42 w Warszawie], choć nie najlepszym meczu. Rozbijaliśmy rywali, w nasze ręce wpadała moc piłek niczyich. Chyba nie było jeszcze w Polsce takiej defensywy. Za rok musimy zrobić dalsze postępy, inni pójdą za nami. Będziemy agresywniejsi, poprawimy kontratak. W ofensywie nie osiągnęliśmy jeszcze poziomu naszej starej drużyny (z Nartowskim, Sitkowskim, Nicińskim, Przywarskim), Wisły czy Legii. Na wszystko przyjdzie jednak czas – oceniał Zygmunt Olesiewicz na łamach tygodnika „Sportowiec”.

To mistrzostwo zdobyliśmy, bardzo się indywidualnie mobilizując. Pamiętam, że sami rano trenowaliśmy, bez porozumienia z trenerem. Graliśmy za bony do baru mlecznego, byliśmy absolutnymi amatorami. Jedyna atrakcja to dwa, trzy wyjazdy zagraniczne, co w tamtych czasach było jednak wielkim wyróżnieniem. To były naprawdę piękne czasy dla sportu w AWF. Sala była zawsze wypełniona do ostatniego miejsca, towarzyszyło nam ogromne zainteresowanie mediów, publiczności, studentów – wspomina Aleksander Ronikier, dziś rektor Wyższej Szkoły Turystyki i Rekreacji w Warszawie.

Siłą AZS był zespół, łącznie z trenerem. Mieliśmy świetną obronę, głównie dlatego, że każdy z nam miał dobrego zmiennika i nie musiał się oszczędzać w defensywie. No i mieliśmy Tadeusza Blautha jako ostatnią zaporę – podkreśla Igor Oleszkiewicz.

O boiskowym kunszcie „Czarodziejów z Bielan” pisał nawet popularny w latach 60. tygodnik dla dzieci „Płomyczek”, który poświęcił im duży artykuł:

Nie gwizdali na rywali

Drugie i ostatnie – jak się później okazało – ligowe trofeum akademicki zespół wywalczył w roku ważnych jubileuszy: 50-lecia klubu i w 20. rocznicę pierwszego mistrzostwa, po które w 1947 roku sięgnęła drużyna prowadzona przez Walentego Kłyszejkę i Władysława Twardo. Grali w niej m.in. znakomici i niezwykle potem zasłużeni dla polskiej koszykówki szkoleniowcy Bogdan Bartosiewicz, Władysław Maleszewski i Tadeusz Ulatowski.

Zespół, który nawiązał do tamtego sukcesu tworzyło sześciu uczestników igrzysk olimpijskich: Blauth (1964), Perka (1964), Kwiatkowski (1968), Niemiec (1968), Pasiorowski (1968, 1972) oraz Olesiewicz, który prowadził reprezentację Polski na igrzyskach w Rzymie (1960).

AZS był drużyną inteligentną i elegancką. Grał koszykówkę techniczną, szybką, błyskotliwą – stąd określenie „Czarodzieje z Bielan”. I miał fantastyczną publiczność, która często prezentowała na trybunach pomysłowe transparenty.

Nie słyszało się żadnych przekleństw. Ludzie cisnęli się przed salą. Za wejściówkę oddaliby wszystko. Z drugiej strony mecze na terenie uczelni, w środowisku bądź co bądź fachowym, znającym się na sporcie, miały szczególną atmosferę. Docenialiśmy przeciwnika, nie było gwizdania na rywali, gdy rzucali osobiste – przywołuje w książce „Srebrni chłopcy Zagórskiego” atmosferę w hali gier Akademii Wychowania Fizycznego honorowy prezes PZKosz Kajetan Hądzelek, od wczesnych lat 50. związany z bielańską uczelnią jako student, zawodnik, potem kierownik drużyny, pracownik naukowy.

I wskazywał na specyfikę obiektu, korzystną dla drużyny gospodarzy. Za jednym koszem była widownia, a za drugim… kotara. Wiele drużyn przegrywało na Bielanach na skutek tego, że tylko w jednej połowie grały w warunkach, do jakich przywykły, podczas gdy AZS był przygotowany na oba warianty. Rzucający zawodnik inaczej widział kosz na tle kotary, a inaczej ten z siedzącą za nim widownią.

(fot. Jan Rozmarynowski)

Blauth przypominał Russella

We wspomnieniach mistrzów z sezonu 1966/67 często przewija się mecz drugiej rundy z Wisłą w Krakowie, wygrany 78:63. W prowadzonym przez trenera Jerzego Bętkowskiego zespole rywali grali m.in. reprezentanci kraju Bogdan Likszo, Wiesław Langiewicz, Czesław Malec, Krystian Czernichowski.

Kwiatkowski: – Wisła u siebie raczej nie przegrywała, ale tego dnia prowadziliśmy kilkoma punktami przez większość spotkania. W końcówce zamknęliśmy „Wawelskie Smoki” na ich połowie i utrzymywaliśmy piłkę w czterech kolejnych akcjach [wówczas można było być w posiadaniu piłki przez 30 sekund], które wiślacy, nie wytrzymując nerwowo, przerywali faulami. Po czwartym wznowieniu gry w tym ważnym momencie Alek Roniker wyszedł na czystą pozycję na skrzydle, dostał w tempo piłke ode mnie i trafił! Rywale byli tak zdenerwowani, że w następnej akcji stracili piłkę, a Tadek Blauth zakończył nasz kontratak wsadem, co wtedy było ewenementem. Wiślacy do końca nie mogli się pozbierać, ale po meczu serdecznie nam pogratulowali mistrzostwa Polski.

Oleszkiewicz: – Rywale grali u siebie i w pełnym składzie. W pierwszej połowie mecz był wyrównany, emocjonujący i na bardzo dobrym poziomie. W drugiej kilku z nas się „otworzyło” – trafialiśmy z każdej pozycji, nawet kontrataków z przewagą nie rozgrywaliśmy do końca, wystarczyło parę kroków za połowę i rzut. W jednej z takich akcji piłka jednak odbiła sie od obręczy, ale nadbiegający Tadek dobił ją z góry oburącz, co było w tamtych czasach rewelacją. Przeciwnik zwątpił w możliwość wygrania i do końca meczu nie oddaliśmy inicjatywy. Tak więc pokonaliśmy „Smoki” w ich jamie, w najlepszym stylu „Czarodziejów z Bielan”.

Blautha, mierzącego 204 cm środkowego, chwalili nie tylko koledzy z drużyny. W podsumowaniu sezonu Łukasz Jedlewski ze „Sportowca” tak pisał o jego grze w obronie: „Akcje Tadeusza przypominają zagrania słynnego Russella. Zmusił ludzi do nagradzania owacjami akcji defensywnych. Więc ta szara, niewdzięczna praca też może być błyskotliwa. Przeciwnicy mają już kompleks jego długich rąk. Sezon 1966/67 był chyba najlepszy w jego karierze. Przykrywał, zbijał rzuty, potrafił piłkę… przycisnąć do tablicy! Popisywał się też pięknymi dobitkami w ataku”.

Tadeusz Blauth (w środku) szykuje się do bloku na Januszu Wichowskim (z piłką) (fot. Jan Rozmarynowski)

El Huracan z Katalonii

Jako mistrz Polski AZS AWF wystąpił jesienią w rozgrywkach o klubowy Puchar Europy. W pierwszej rundzie trafił na najlepszą drużynę Anglii. Na wyjeździe rozgromił Vaxhall Motors Luton 93:56, u siebie odniósł niesamowite „zwycięstwo na 102″ – 143:41.

W drugiej rywalem był jednak Juventud Badalona, kolejny mistrz Hiszpanii po Barcelonie, przeciwniku Polonii oraz Realu Madryt, dwukrotnie rywalizującym z Legią, który na mecze PE zawitał do Warszawy. Podopieczni Zygmunta Olesiewicza przegrali z Hiszpanami dwukrotnie: 56:87 na wyjeździe i 57:70 u siebie.

Zmiótł nas El Huracan z Katalonii – komentuje Zbigniew Jedliński.

Oprócz mistrzowskiego tytułu koszykarze z Bielan sięgnęli w 1967 roku po jeszcze inne sukcesy. Latem wygrali Ogólnopolską Spartakiadę w Kielcach, zorganizowaną w 100-lecie sportu polskiego, a w październiku mistrzostwo kraju zdobyli juniorzy AZS AWF, prowadzeni także przez Olesiewicza. W zespole tym grali m.in. Jedliński i Nowicki, którzy kilka miesięcy wcześniej triumfowali z seniorami. To do dzisiaj rzadki przypadek, by koszykarz w jednym roku zdobył tytuły z seniorami i juniorami.

Kolorowy film z mistrzostw juniorów i „Gruby”

Tamten sezon był dla mnie jedną wielką euforią. Szliśmy od sukcesu do sukcesu. Ogrywaliśmy wszystkich, a ja też miałem w tym jakiś skromny udział. Największym przeżyciem był dla mnie mecz z Wybrzeżem. Kryłem wtedy Zbyszka Dregiera, trzykrotnego medalistę mistrzostw Europy, wielkiego gracza. „Zaczapowałem” go wtedy i rzuciłem w drugiej połowie 22 punkty. To było niezwykłe, wokół mnie wybitni zawodnicy, olimpijczycy, a tu ja, 19-letni junior – wspomina Jedliński.

Dobre wspomnienia ma on także z międzynarodowego turnieju w Mannheim i Heidelbergu, gdzie reprezentacja Polski juniorów – pierwsza zaproszona do Niemiec ekipa z bloku wschodniego – wygrała wszystkie mecze: z drużyną USA (Amerykanie zamieszkali w Europie), Luksemburgiem, Holandia, Austrią, Włochami, Francją i ponownie Austrią i zdobyła Puchar Alberta Schweitzera. Tworzyło ją trzech azetesiaków – Jedliński, Mirosław Kalinowski i Janusz Całka, a także przyszli reprezentanci seniorów Andrzej Seweryn, Waldemar Kozak, Jacek Dolczewski, Bogdan Lecyk, Janusz Cegliński, Tomasz Storożyński.

Z finałowego meczu w hali na Bielanach AZS AWF z Wisłą Kraków (73:53) o mistrzostwo Polski juniorów w październiku 1967 zachował się film. Nakręcił go Jarosław Mochnacki, kolega warszawskich zawodników, bratanek sekretarza generalnego PZKosz Michała Mochnackiego. Między trybuną a słynną kotarą biegają w barwach Wisły m.in. Kazimierz Lenczowski, potem znany sędzia, Jerzy Błaszczyk, Piotr Grabowski, a sekunduje im trener Zdzisław Dąbrowski, król ligowych strzelców w 1952 i 1953 roku.

Zespół gospodarzy, z Jedlińskim, Nowickim, Mirosławem Kalinowskim, Januszem Całką, Markiem Niemcem, Stanisławem Dziedziczakiem, Zbigniewem Bednarczykiem, Robertem Matyjkiem na narady zwołuje „Gruby”, czyli Olesiewicz.

Zygmunt Olesiewicz z zespołem (fot. Jan Rozmarynowski)

Szkoleniowiec ten, wówczas 38-letni, był mistrzem mobilizacji i przygotowania fizycznego zespołu. Byli podopieczni nie szczędzą mu pochwał, ale mają też uwagi.

Kwiatkowski: – „Gruby” był bezlitosny w gonieniu nas na treningach. Chciał, abyśmy wszyscy byli na podobnym poziomie wybiegania, a do tego, aby każdy oddał 100-150 celnych rzutów do kosza w czasie jednej sesji treningowej. Jego zaletą było to, że mając mądry zespół, nie przeszkadzał nam podczas meczu w praktycznym egzekwowaniu zagrań, czasami ryzykownych.

Trener kładł ogromny nacisk na grę w obronie. Była to na ogół kombinacja krycia każdy swego lub strefa. Ja miałem za zadanie wyłączyć rozgrywającego lub najlepszego strzelca drużyny przeciwnej, np. Langiewicza z Wisły czy Pstrokońskiego z Legii. Centra pilnował Blauth lub Pasiorowski, a pozostali przekazywali swoich graczy trzymając siȩ raczej swoich pozycji.

Credo Olesiewicza w ataku to wybieganie niskich zawodników i rozgrywanie na pełnej szybkości sytuacji 2-1, 3-2 i 4-3. Zasadą było, że podanie jest szybsze od gracza i należy natychmiast podać w tempo do kolegi wychodzącego na pozycję, a zawodnik niekryty ma rzucać i trafiać. Jak mu nie wychodzi, natychmiast wkracza kolega i robi to skutecznie. Nie było w zespole rywalizacji kto zdobędzie więcej punktów. Liczył się końcowy wynik, a satysfakcję mieliśmy wszyscy – opowiada Kwiatkowski.

„Gruby” był znany także z tego, że doskonale analizował aktualną formę zawodników i potrafił zmienić zestawienie wyjściowej piątki nawet w ostatniej chwili przed rozpoczęciem meczu. Jego koszykarze opowiadają, jak z niezwykłym wyczuciem obserwował rozgrzewkę i na bieżąco modyfikował skład i taktykę. Sytuację ułatwiała mu „zamienność” poszczególnych zawodników.

Każdy z nas miał dublera, oczywiście nie identycznego, ale na swój sposób równie skutecznego – wspomina Oleszkiewicz. – To się, niestety, zmieniło w następnych sezonach, kiedy różnice charakterów zaczęły przeważać nad wspólnym celem. Wyszły różnice między systemem wartości rdzenia zespołu z okresu zdobywania mistrzostwa i trenera, które wcześniej były przesłaniane dążeniem do zespołowego sukcesu. Okazało się, że nie byliśmy takimi „swoimi chłopami” i uprzednia więź się rozprzęgła.

Ronikier: – Olesiewicz był bardzo dobrym trenerem, jeśli chodzi o mobilizowanie i kierowanie grą. Natomiast jego umiejętności taktyczne to bardziej legenda niż prawda. My na treningach 90 procent czasu tylko graliśmy, bez opracowywania jakichś zagrywek. Jednym słowem spontaniczność i dobra technika koszykarska.

Dżentelmeni sportu

Trenerowi, który – jak wspominają podopieczni – nigdy nie opuścił treningu, w kolejnym sezonie nie udało się jednak spełnić zapowiedzi składanych w „Sportowcu”.

Za rok, mimo dobrego początku, nie było lepiej. Zespół nie obronił tytułu. Wszystko dobrze szło tylko do pewnego momentu. „Czarodzieje” wygrali ważne mecze wyjazdowe ze Śląskiem i Wisłą, prowadzili w tabeli na cztery kolejki przed końcem rozgrywek, ale przegrali trzy z czterech ostatnich spotkań. Z bilansem 15-7 wylądowali na piątym miejscu, za Wisłą (17-5), Legią (17-5), Wybrzeżem (1705) i Śląskiem (16-6).

W tym czasie Olesiewicz chciał budować już nową drużynę (Jedliński, Niemiec, Pasiorowski, Kalinowski). Nas „starych” sadzał na ławce. a oni nie dali rady. Miałem wówczas 26 lat. Za dwa lata zrezygnowałem z gry – wspomina Ronikier.

Koszykarze AZS AWF, jako pierwszy zespół w Polsce, zostali także wyróżnieni w 5. plebiscycie o tytuł „Dżentelmena Sportu” za 1967 rok (obecnie konkurs Fair Play PKOl). Nagrodę otrzymali za nienaganną postawę na boisku i umiejętność łączenia uprawiania sportu z nauką. Wszyscy byli wówczas studentami.

Pierwszą piątkę zespołu stanowiło trzech późniejszych absolwentów AWF (Perka, Ronikier i Kwiatkowski) i dwóch inżynierów (Blauth i Oleszkiewicz). Dublerzy i zmiennicy to m.in. inżynierowie (Pasiorowski, Niemiec, Adamczyk), prawnik (Jedliński) i kolejni absolwenci AWF (Matusewicz, Nowicki, Jopkiewicz).

„Nasza klasa” Jacka Kaczmarskiego

Po roku 1968 roku nadeszły ciężkie czasy dla organizacji studenckich. Związek Studentów Polskich przekształcił się po kilku latach w Socjalistyczny ZSP. AZS w wersji wyczynowej też przestał być potrzebny. Rozpadły się zespoły siatkówki i koszykówki na AWF. Pozostały jedynie sekcje w wersji rekreacyjnej. Mistrzowie z AWS AWF rozjechali się po świecie.

Dziś możemy sobie nastawić płytę Jacka Kaczmarskiego i śpiewać razem z nim „Naszą Klasȩ”. Pierwszy wyjechał Andrzej Perka do Luksemburga, potem Andrzej Pasiorowski do Francji. Jest tam też Jacek Pawłowski. Adam Niemiec mieszka w Wiedniu, podobnie Jan Nowicki, Igor Oleszkiewicz w Ottawie, a ja w Sydney. Pozostali spotykają siȩ od czasu do czasu na Krakowskim Przedmieściu w kawiarni „Pożegnanie z Afryką” – podsumowuje z nostalgią Kwiatkowski.

Rok 1967 w ogóle był bardzo udany nie tylko dla AZS AWF, ale całej polskiej koszykówki. W czerwcu reprezentacja Polski w składzie z „akademikami” Kwiatkowskim i Oleszkiewiczem zajęła piąte miejsce w mistrzostwach świata w Urugwaju, a w październiku odmłodzony przez trenera Witolda Zagórskiego zespół (z Kwiatkowskim), wywalczył brązowy medal mistrzostw Europy w Finlandii.

Szukasz butów retro – sprawdź kolekcję w Sklepie Koszykarza >>

Marek Cegliński

Od lewej – stoją: trener Zygmunt Olesiewicz, Jacek Pawłowski, Zbigniew Jedliński, Bogusław Opala, Jan Nowicki, Jan Matusewicz, Andrzej Pasiorowski, Adam Niemiec, kierownik drużyny Lesław Palęcki; w dolnym rzędzie: Andrzej Perka, Tadeusz Blauth, Bolesław Kwiatkowski, Aleksander Ronikier, Igor Oleszkiewicz.

POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi