Czy Ben Simmons w ogóle potrzebuje rzutu?

Share on facebook
Share on twitter

– Musi rzucać. Inaczej po zakończeniu kariery będzie tego żałował – stwierdził Kobe Bryant, zapytany o braki rzutowe Bena Simmonsa. – Kobe nie jest odosobniony w swojej opinii. Wiem o tym. Próbuję poszerzyć swoją grę, staram się być lepszy – odpowiedział sam zainteresowany starszemu koledze.

Ben Simmons / fot. wikimedia commons

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Na pierwszy rzut oka trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem pięciokrotnego mistrza NBA. Ale czy ten na pewno ma rację?

Zastanawiając się na tym, jak dobrym zawodnikiem może stać się Simmons niekiedy nasza odpowiedź – często zupełnie nieświadomie – sprowadza się do kwestii jego rzutu.

Zjawisko to, odpowiedzi na jedno pytanie zupełnie innym, Daniel Kahneman w książce „Pułapki Myślenia” określił mianem „zastępowania”: „Gdy stajemy przed trudnym pytaniem, często odpowiadamy na pytanie łatwiejsze, zazwyczaj nawet sobie nie uświadamiając, że doszło do podmiany pytania”.

Autor jako przykład podał dyrektora inwestycyjnego dużej instytucji finansowej, który miał zainwestować dziesiątki milionów dolarów w akcje spółki Ford Motor Company na podstawie instynktu, a nie dogłębnej analizy: „Nasz dyrektor stanął przed trudnym pytaniem (czy inwestować w akcje Forda?), jednak do głowy najszybciej przyszła mu odpowiedź na powiązane z nim pytanie łatwiejsze (czy podobają mi się samochody Forda?) – i właśnie ta prostsza odpowiedź zadecydowała o wyborze” – tłumaczył Kahneman, opisując wcześniej rozmowę z tym dyrektorem, która skłoniła go właśnie do takich wniosków.

Przed podobnym problemem stajemy w przypadku Simmonsa, gdzie nie znając odpowiedzi na pytanie złożone, upraszczamy je do kwestii mniej obszernej, która tutaj sprawia wrażenie zbliżonej i przede wszystkim najbardziej brakującej.

Czasami taki zabieg doskonale się sprawdzi, przynosząc zamierzony skutek, lecz innym razem doprowadzi nas do poważnych błędów. Takich jak choćby redukowanie oceny potencjału Australijczyka wyłącznie do rzutu.

Nie tylko rzut

Wydaje mi się, że za często jako jedyną słuszną receptę na problemy niektórych zawodników wskazujemy rzut. Zapominamy przy okazji o innych, ważnych elementach koszykarskiego rzemiosła, które przy okazji stanowią o sile danego gracza.

Co zatem składa się na mocne strony Simmonsa? Spójrzmy na poniższą tabelkę z procentowym rozkładem poszczególnych akcji 23-latka (percentyl określa położenie wyniku konkretnego zawodnika w odniesieniu do wszystkich graczy – najprościej rzecz ujmując, im liczba będzie bliższa stu, tym lepiej).

Można dostrzec, że Simmons w dwóch najczęściej wykorzystywanych przez siebie akcjach – kontrach i sytuacjach na bloku – pod względem ich efektywności znajduje się wyraźnie w dolnej części ogółu. Dopiero w trzecim rodzaju posiadań zawodnik Sixers uplasował się w górnej połówce i poza jednym wyjątkiem już z niej nie wypada.

Niemniej spoglądając na powyższe liczby, widać szerokie pole do poprawy. Dlatego też należałoby pomyśleć, czy przypadkiem Australijczyk nie powinien skupić się na wzmacnianiu właśnie tych aspektów – aspektów, w których już jest niezły, ale może być jeszcze lepszy, lub tych, w których jest mocno przeciętny, lecz ze względu na warunki fizyczne składają się na jego ofensywny repertuar.

Praca nad większą kontrolą piłki, kolejnymi manewrami w sytuacjach 1v1 czy rzutami wolnymi (skuteczność jedynki Sixers z linii rzutów wolnych wynosi w NBA 58,3%) mogłaby w praktyce przynieść bardziej zauważalny efekt. Brett Brown może również rozważyć większą liczbę zagrywek na piłce dla Simmonsa. Choć takich posiadań przytrafiało się niewiele – średnio 2,3 – to przynosiły one wiele pożytku, nie tylko kiedy kozłujący długimi susami przedostawał się do kosza.

Sixers udało się w takich sytuacjach delikatnie ograniczyć braki rzutowe 23-latka, wysyłając do niego do postawienia zasłony strzelca. Dzięki temu jeśli dedykowany obrońca Simmonsa zostawał niżej, czym blokował mu możliwość wjazdu, to Simmons reagował dodatkową zasłoną, tym samym otwierając dogodną pozycję dla snajpera z rzutem za trzy.

Jeżeli defensor odpowiadający za Simmonsa postanowiłby wyjść wyżej, chcąc zapobiec trójce wybiegającego zawodnika, to dla Australijczyka pojawiała się okazja do natychmiastowego ścięcia.

Lepsi obrońcy nie nabierali się na żadną z tych sztuczek, zabierając Simmonsowi możliwość dogrania do urywającego się po zasłonie strzelca lub natychmiastowego ścięcia. Wtedy pozostawał wjazd w stronę obręczy z piłką, gdzie 208-centymetrowy rozgrywający potrafił robić użytek ze swojego wzrostu, m.in. poprzez dynamiczne podania z przewyższenia.

via Gfycat

Mimo wszystko zdarzają się sytuacje, w których Simmons mógłby zrobić większy pożytek z warunków fizycznych, którymi dysponuje. Ponad 83% wszystkich jego rzutów pochodziło spod kosza, skąd ten na punkty zamienił blisko 62% wszystkich prób – o niecałe 4 punkty proc. powyżej ligowej średniej. Rezultat solidny, aczkolwiek – zważywszy na brak rzutu – być może wciąż niewystarczający. Niekiedy obrońcy za łatwo przychodziło wytrącenie z równowagi atakującego, co skutkowało brakiem separacji od defensora i kartoflaną próbą zdobycia punktów.

via Gfycat

Przy takiej skali poprawa o kilka punktów procentowych byłaby z miejsca zauważalna. Z drugiej strony, nasuwa się pytanie, jak ogólny progres, ale nie ten rzutowy, ma się bezpośrednio do potrzeb zespołu?

Konieczność więcej niż chwili

W maju na stronie „The Ringer” pojawił się tekst, w którym Jonathan Tjarks przekonywał, że Simmons jest nie rozgrywającym, a centrem, który sprawdza się najlepiej wokół czterech biegających strzelców. Rzecz jednak w tym, że Australijczyk, jak zaznacza Tjarks, wyglądałby najlepiej na pozycji, na której występuje Joel Embiid, najlepszy gracz Sixers, co w Filadelfii niejako wyklucza ten pomysł. Ponadto gra obu zawodników klarownie się nie uzupełnia, gdyż Simmons nie jest w stanie rozciągnąć gry dla Embiida, którego z kolei przez brak zagrożenia rzutowego kolegi zmusza się do szerokiego ustawienia.

Poniekąd powstaje pewien paradoks, w którym od Simmonsa docelowo wymagamy robienia czegoś, czego chcemy oglądać mniej u Embiida. Domagamy się większej liczby akcji w pomalowanym dla kameruńskiego centra, w których czuje się najlepiej, ale czy przypadkiem podobnie nie byłoby z Simmonsem?

Czy gdyby Simmons faktycznie rzucał za trzy na przeciętnym poziomie, to czy wtedy nie pytalibyśmy, dlaczego ten zadowala się miałką pozycją, a nie agresywnie szuka drogi do kosza, skąd jest rzeczywiście najlepszy?

Bowiem narzekamy na zadowalanie się trójkami przez Embiida, lecz – przez kłopotliwy spacing zespołu i ustawienie Simmonsa na tzw. „dunker spot”, tuż przy linii końcowej –miejsce do operowania bliżej kosza jest zwyczajnie ograniczone. Otworzyć mogłoby je zagrożenie z dystansu.

I w tym w zasadzie tkwi sedno problemu.

Budując skład pod potrzeby Simmonsa, całkowicie od zera, korzystniejszym rozwiązaniem byłoby raczej wzmocnienie szeregu rzeczy, na których opiera się bogata gra 23-latka. W ten sposób Simmons mógłby jeszcze bardziej kwitnąć w systemie stworzonym bezpośrednio pod niego, opierającym się akurat na mocnych stronach danej jednostki. Takie podejście zapewniłoby także czas na stopniowe rozszerzanie swojego zasięgu.

Natomiast z perspektywy Sixers więcej pożytku może u Simmonsa przynieść rzut. A jako że nie zanosi się na to, aby Australijczyk w najbliższym czasie miał zmienić klub, to dodanie regularnego rzutu – na początku choćby z półdystansu – staje się taką koniecznością. To wprowadziłoby drużynę z Pensylwanii na poziom wyżej. Tyle tylko, że ewentualne włączenie rzutu nie jest też sprawą bynajmniej oczywistą.

Nie wiemy, jak dobrym strzelcem może stać się Simmons, w związku z czym Philly i sam zawodnik stoją przed równaniem niemożliwym do rozwiązania: czy warto gonić za czymś – kosztem innych czynników – co wcale nie musi przynieść wymiernych skutków?

W idealnym świecie prawdopodobnie nie. W Filadelfii? Okoliczności dyktują, że tak – pomimo ryzyka pustej wyprawy.

Łukasz Woźny, @l_wozny, Blog Autora na Facebooku znajdziesz TUTAJ >>




POLECANE