Darius Maskoliunas: Koszykówka, a nie show

Share on facebook
Share on twitter

O wielkim sukcesie w Kownie, pracy z Sarunasem Jasikieviciusem, emocjach związanych z meczami Polska – Litwa, a nawet braciach Ball – rozmowa z Dariusem Maskoliunasem, asystentem trenera Żalgirisu, byłym szkoleniowcem Trefla Sopot.

Darius Maskoliunas / fot. fotodiena.lt/Żalgiris Kowno

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >>

Aleksandra Golec: Żalgiris wrócił do ścisłej europejskiej czołówki, po chudszych latach – finansowo i sportowo. Co się w Kownie zmieniło, że taki sukces stał się teraz możliwy?

Darius Maskoliunas: To efekt chęci do współpracy i profesjonalizmu osób na poszczególnych stanowiskach. Fantastyczną pracę od lat wykonuje miasto Kowno, które widzi, że drużyna jest jego wizytówką. Zadłużony klub przejął i postawił na nogi dyrektor Paulius Motiejunas, a kwestie sportowe koordynuje genialny pierwszy trener z wybranym przez siebie sztabem.

„Saras” dostał gigantyczny komfort od działaczy, zaufano mu i jego decyzjom w 100 procentach. To praca rozłożona w czasie. Skoro już ubiegły sezon był udany, należało więc zatrzymać trzon zespołu i dokupić dobrych obcokrajowców, których wybraliśmy my – trenerzy. Na bazie tego, co udało się wypracować w zeszłym roku, zrobiliśmy następny krok.

Tu w Kownie mamy jeden cel, który jednoczy wszystkich. Możemy do niego dążyć, mając pewność, że każdy zajmuje się swoimi obowiązkami, a nie wszystkim po trochu. Nie ma w klubie podziału na frakcje, od kibica przez sponsora po zawodnika – gramy do jednego kosza.

No ale tak, oczywiście, na pewno pomaga fakt, że mamy teraz w swoich szeregach wspomnianego geniusza…

Właśnie, na czy polega ten sekret? Dlaczego Sarunas Jaskievicius jako trener jest aż taki dobry?

To, że jest kimś wybitnym wiadomym było już, kiedy „Saras” był jeszcze zawodnikiem. Koszykarzy z takim czuciem i rozumieniem gry spotyka się niezwykle rzadko. To nie jest coś wyuczonego, to jest dar. Jako rozgrywający „Saras” widział nie jeden, ale trzy – cztery kroki rywala do przodu.

Teraz, jako trener, przekazuje te swoje wizje zawodnikom. Uwierz, nie zawsze łatwo jest zrozumieć kogoś, kto omawia koszykówkę tak w tak niesamowity sposób. Ale to też motywuje zawodników do jeszcze bardziej wnikliwej analizy gry.

„Saras” jest niesamowicie wymagający, ale jako trener zawsze zaczyna od siebie. Bardzo respektuje zawodników, dużo z nimi rozmawia, przez co ci chcą być tacy jak on. Jednocześnie jest charakterystyczny dystans między drużyną a sztabem. Gracze czują naprawdę duży respekt, ale w szatni sporo żartujemy, a sukcesy świętujemy wspólnie.

Najważniejsze to jednak nie zapomnieć o rolach w ekipie. Lubimy się z zawodnikami, szanujemy nawzajem, ale dobra atmosfera to niekoniecznie pełen luz. I „Saras” potrafi to wypośrodkować.

Dla trenera Maskoliunasa praca z Sarasem to też dodatkowa motywacja? Starszy kolega, który teraz powrócił do roli asystenta…

Zawsze podkreślam, że taki układ to nie krok do tyłu, tylko kilka kroków do przodu. Saras jest wyjątkowy, jeżeli możesz mu pomagać i możesz z nim pracować to trzymaj się tego i ucz się, zapisuj te jego założenia i chłoń tę wiedzę. Już teraz czuję, że jestem znacznie lepszym trenerem niż zanim zaczęliśmy wspólną pracę na ławce w Żalgirisie.

Jasikievicius, Maskoliunas, Songaila – sztab trenerski Żalgirisu / fot. Rokas Lukoševičius, Żalgiris Kowno

Drużyna ma lidera na ławce, potrzebuje też lidera na boisku. Czy myśleliście, ze Kevin Pangos zrobi aż taki postęp w roli rozgrywającego? Ma szansę być taki trochę Jasikieviciusem, czy to zupełnie inny typ człowieka i gracza?

Widzieliśmy w Pangosie wielki potencjał, stąd nasza decyzja o podpisaniu go na dwa sezony. Pierwszy rok w Kownie miał dość przeciętny, ale to typ zawodnika szalenie pracowitego. Spędza w hali dodatkowe godziny, trenuje indywidualnie. Zawodnik z talentem i potencjałem na poziom euroligowy może wejść tylko dzięki wytężonej pracy. Tym na pewno przypomina Sarasa, więc moja sugestia – śledźcie dalej jego karierę.

Sukces Żalgirisu to chyba jednak trochę też zaskoczenie, że litewscy gracze na tym poziomie poradzą sobie aż tak dobrze. Ulanovas, Milaknis czy oczywiście niezniszczalny Jankunas to świetni koszykarze, ale spodziewał się trener, że aż na zrobienie Final Four?

Na Ulanovasa gramy naprawdę sporo, to wszechstronny skrzydłowy, który może dostawać dużo różnych piłek i potrafi zrobić z nich użytek. Milaknis potrzebuje miejsca, które jest dla niego przewidziane w naszym systemie, dzięki temu coraz skuteczniej (44,9 % w ostatnim sezonie euroligowym – red.) razi rywali z dystansu.

W naszej rotacji nie ma zawodników z przypadku, dobieramy ich tak, żeby wykorzystywać atuty poszczególnych chłopaków. Paulius Jankunas to klasa sama w sobie i legenda klubu, jego doświadczenie pozwala wygrywać poszczególne starcia, a młodszym zawodnikom dodaje pewności i wprawy.

Dotarły do nas oczywiście obrazki z fety w Kownie po wywalczeniu podium w Eurolidze. Jak trener ocenia klimat w mieście? Taki sam, jak wtedy, kiedy przywieźliście puchar w 1999?

Wtedy wygraliśmy Euroligę, więc nie można porównywać tamtego świętowania z tym, co czekało nas teraz po powrocie z Belgradu. Ale nie da się ukryć, że w kibicach odżyły te największe i najpiękniejsze emocje. Kowno było głodne wielkiego, koszykarskiego sukcesu. Final4 Euroligi to coś, czego nie możesz porównać z krajowym pucharem, czy mistrzostwem Litwy.

Myślę jednak, że większe świętowanie było po awansie do czwórki. Pokonać Olympiacos w serii playoff – to przecież coś zupełnie innego niż jeden mecz. Bardzo wielu fanów było z nami teraz w Serbii, mnóstwo czekało na lotnisku, a tłumy zjawiły się pod ratuszem zobaczyć swoich finalistów.

Cieszymy się, że daliśmy im emocje do końca, że nie byliśmy w Belgradzie chłopcami do bicia, postawiliśmy się Fenerbahce, pokonaliśmy CSKA. My, drużyna z przedostatnim budżetem w nowej Eurolidze. W Kownie mają powody do dumy. Tak na dobrą sprawę pieniądze same nie grają, nie w tej dyscyplinie.

One grają na pewno w rodzinie LaVara Balla. Czy to już koniec tej szopki na Litwie? Krążą słuchy, że Asseco Gdynia jest rozważane jako nowy klub dla najmłodszego z braci – LaMelo…

Nie interesuje mnie to w ogóle. Fakt, ten młodszy ma jakiś talent, więc jeśli Asseco miałoby na tym zarobić, to ich sprawa. Jednak ja widziałem, co działo się tu – w Prenach.

Klub, owszem, spłacił długi, ale zespół spadł z ligi, a w tych swoich programach oni teraz wyśmiewają Preny i obrażają trenera. Jeśli ktoś się na to godzi i chce zaistnieć w amerykańskim reality show, to proszę bardzo, ale to jest show, a nie koszykówka.

Jako trener nigdy nie zgodziłbym się na takie historie w mojej drużynie. Jeśli komuś to pasuje do koncepcji, niech sobie promuje, ale mnie takie rozwiązania przy koszykówce nie obchodzą.




Czy wciąż interesuje trenera to, co dzieje się w Energa Basket Lidze?

Naturalnie, śledzę polską koszykówkę, przede wszystkim mój klub. Trefl Sopot to zawsze będzie mój klub, choć boli mnie fakt, że znowu oglądałem walkę jedynie o miejsce ósme. Albo się gra o coś, albo dryfuje donikąd. I pewnie to jest powód, dla którego wróciłem na Litwę. Ciągle ubolewam, że w Trójmieście dwa zespoły walczą tylko o awans do playoff, a przecież kiedyś był jeden, który cele stawiał sobie znacznie wyżej.

Na pewno ambitnej walki nie można było odmówić półfinalistom. Czy oglądał trener piąty mecz Anwilu ze Stelmetem? Déjà vu?

Oglądałem i już po raz kolejny nie rozumiem trenera Urlepa. Mając dwa czasy pozwolił Anwilowi złapać wiatr w żagle, nie stopował tego. Z niedowierzaniem oglądałem te ostatnie minuty. Bardzo szanuję trenera Urlepa, ale dla mnie faktycznie to była powtórka z ćwierćfinału Trefl – Czarni w 2014.

Wielkie gratulacje dla trenera Milicicia. Był bardzo dobrym zawodnikiem, wykonuje dużą pracę we Włocławku. Ubiegły sezon nie wyszedł, ale dostał możliwość kontynuowania swoich pomysłów. Pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym, taka historia w półfinale. Myślę, że Igor ma spore szanse wygrać swoje pierwsze mistrzostwo jako trener.

Historii takich, jak ćwierćfinał Trefl-Czarni z 2014, czy ostatni półfinał Anwilu ze Stelmetem polska koszykówka potrzebuje. Pamięta trener czasy boomu na Prokom Trefl, basket w Polsce może być popularny, ale czy, zdaniem trenera, jest na to szansa w najbliższej przyszłości?

Na pewno nie można porównywać Polski z Litwą, u nas jest jedna dyscyplina na wysokim poziomie, u Was jest wszystko: piłka nożna, ręczna, siatkówka, skoki… Na co masz ochotę, to oglądasz. Z drugiej strony kraj jest duży, koszykówka jako dyscyplina znana, z tradycjami, z kulturą, dlatego wydaje mi się, że dużą sprawę odgrywa podejście.

Pamiętam z czasów pracy w Polsce rozmowę z jednym z młodych zawodników, który wrócił z juniorskiej reprezentacji. Pytam: jak było? W odpowiedzi słyszę: Coach, świetna atmosfera i co najważniejsze – utrzymaliśmy się w dywizji. Pytam znowu: co wygraliście?No nie spadliśmy. Takie było założenie.

Jeżeli panuje powszechna akceptacja, że „robimy awans do turnieju, a potem nie spadamy” i to są całe nasze cele, to jak może być dobrze?

Osobiście poznałem trenera Taylora, to bardzo sympatyczny i poukładany człowiek, ale szkoleniowo z Waszą kadrą nie osiąga europejskiego poziomu. Pracuje w Polsce od kilku lat, nie wykorzystał swoich szans. Nie można mówić, że 1/8 podczas jednego EuroBasketu to jest wynik. To nie jest żaden wynik. W tej kadrze ciężko mówić o zawodnikach europejskiego formatu, ale są już gracze, którzy bardzo rozwijają się w najmocniejszych ligach. To jest dopiero materiał do pracy.

Buty UNDER ARMOUR CURRY 5 – prawdziwy hit! >>

Z kadrą pożegnał się już Marcin Gortat, Łukasz Koszarek też nie będzie grał wiecznie. Szczególnie jego emerytura będzie wielkim wyzwaniem dla trenerów koszykówki w Polsce. Jak przygotować dobrego następcę? To u nas odwieczne pytanie w środowisku koszykarskim – jak wyszkolić bardzo dobrą jedynkę?

Ale my mamy taki sam problem! Mantas Kalnietis nie gra już na poziomie euroligowym. Jednak szkolenie działa wedle ściśle określonego planu i na pewno łatwiej jest wtedy szukać następców i monitorować ich postępy. Warto jednak przypomnieć, że mówimy szczególnie o rozgrywającym, to trener na boisku, on musi to czuć, mieć naturalny dryg i talent. I owszem, Łukasz Koszarek jest prawdziwym rozgrywającym.

Jeśli ktoś nie urodził się rozgrywającym, to ty mu nie wpoisz, gdzie ma ustawiać ludzi, gdzie kreować wolnego gracza. Możesz go uczyć, jak rzucać, jak podawać w tempo, ale on musi to czuć. Dlatego na pewno trzeba szeroko promować dyscyplinę i szkolić w wielu ośrodkach, bo perełki są wszędzie. Jestem w stałym kontakcie z Krzysiem Roszykiem, w Kownie spodobał nam się Łukasz Kolenda. Teraz zostaje ciężka praca.

Kadra wraca do pracy tuż po sezonie ligowym, bo już 28 czerwca w trójmiejskiej ERGO ARENIE mecz naszych dwóch reprezentacji.

To co widziałem w Kłajpedzie, w pierwszym meczu, to był wstyd. Jednak faktycznie w dużym stopniu wciąż jestem związany z koszykówką w Polsce, bo ten blamaż osobiście mnie podłamał. Rywalami Polaków nie były gwiazdy, to byli zawodnicy na poziomie zbliżonym do reprezentantów Polski. W tym starciu nie było wystarczającej woli walki. Śledzę Twittera, jest słynna ekscytacja, latają torty, ale co z tego? Nie ma chęci gryzienia parkietu od pierwszej do ostatniej minuty. Tego w ogóle nie widać.

Z tego co wiem, do Polski w czerwcu przyjedzie w zasadzie najsilniejszy skład Litwy. Na tym tle warto pokazać mentalność zwycięzców i wolę wielkiej walki. Nie z Węgrami i nie z Kosowem, ale naprawdę ze światową czołówką.

Póki co czekamy więc na nasze reprezentacje, a czy Darius Maskoliunas może jeszcze kiedyś wrócić do koszykówki w Polsce?

Wszyscy wiedzą, że szczególnie w Trójmieście czuję się jak w domu. Nigdy nie mówię nigdy, ale potrzebuję długofalowego pomysłu i komfortu w działaniach. Właśnie w takich warunkach można robić dobrą koszykówkę.

Aleksandra Golec, @aemgie

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >>

fot. fotodiena.lt/Żalgiris Kowno