Dariusz Kaszowski: Ciężka praca zamiast krzyku

Share on facebook
Share on twitter

– Poszukując nowych zawodników, patrzę nie tylko na ich walory koszykarskie, ale i sposób bycia, na to jakim człowiekiem jest dany gracz – mówi Dariusz Kaszowski, od 15 lat prowadzący zespół z Łańcuta w pierwszej lidze.

Dariusz Kaszowski / fot. Rawlplug Sokół Łańcut

W takich butach w NBA błyszczy Kyrie Irving >>

Pamela Wrona: Rawlplug Sokół Łańcut, czyli weteran pierwszej ligi. Już dwa razy byliście w finale, kończąc sezon ze srebrnym medalem. Sezon zaczęliście od najlepszego bilansu w historii klubu, teraz jest 9-1. Czy w tym sezonie przyjdzie w końcu awans?

Dariusz Kaszowski: Cóż mogę powiedzieć? Jesteśmy w takiej sytuacji, że na pewno chcielibyśmy nadawać ton tym rozgrywkom, zarówno w rundzie zasadniczej, jak i w fazie play-off. Dobrze byłoby znowu znaleźć się w finale i powalczyć o wygranie tej ligi.

Czy stać nas na awans do wyższej klasy rozgrywkowej? Tego do końca nie wiemy. Na ten moment cieszy najbardziej to, że zespół prezentuje się dość korzystnie. Po raz kolejny udało się stworzyć ciekawy kolektyw ludzki, który ze sobą współpracuje i chce ze sobą funkcjonować, zarówno na boisku, jak i poza nim. To przekłada się na te dobre wyniki.

Jak wyglądały Pana początki z koszykówką jako zawodnik, a później jako trener? Warto wspomnieć, że najpierw zajmował się Pan lekkoatletyką…

Prawda, najpierw poważniej zajmowałem się lekkoatletyką. Zaczęło się od tego, że w ósmej klasie szkoły podstawowej nauczyciel wychowania fizycznego zaproponował mi wzięcie udziału w zawodach lekkoatletycznych i okazało się, że całkiem nieźle mi to wychodzi. Udało mi się wygrać kilka zawodów na szczeblu województwa i makroregionu małopolskiego, następnie wziąłem udział w Mistrzostwach Polski, po których moje nazwisko znalazło się w notesie selekcjonera kadry Polski tego rocznika.

Do szkoły średniej szedłem z zamiarem trenowania lekkoatletyki, w której w tamtym czasie osiągałem największe sukcesy – reprezentowałem Resovię Rzeszów. Mimo tego, że trenowałem biegi średnie, nie odpuszczałem koszykówki, która była najbliższa memu sercu. Cały czas trenowałem w grupach młodzieżowych w Łańcucie.

Po roku doszedłem jednak do wniosku, że sport indywidualny nie jest dla mnie i zdecydowałem się postawić na koszykówkę. Przez następne dwa lata szkoły średniej trenowałem w Resovii, ale już koszykówkę. W czwartej klasie LO Pan Krzysztof Skrobacz, ówczesny trener zespołu z Łańcuta, zaproponował mi powrót do rodzinnego miasta. Budował zespół 3-ligowy, którego miałem być ważnym ogniwem.

Nie zastanawiałem się zbyt długo, bo już wtedy marzył mi się mocny zespół w moim mieście i chciałem w tym pomóc. I tak, najpierw jako zawodnik, potem jako grający trener, dotarłem aż do przejęcia funkcji samego trenera.

W 1996 roku został Pan samodzielnym trenerem pierwszego zespołu w Łańcucie. Jak to jest być w jednym klubie tyle lat?

Wspaniałe uczucie, bo małymi kroczkami robimy stale postępy. Najpierw moje grupy młodzieżowe zaczynały odnosić sukcesy w województwie i eliminacjach Mistrzostw Polski rozgrywek klubowych. Zespół seniorów, oparty na naszych wychowankach, od trzeciej ligi doprowadziłem do dwóch awansów: najpierw druga liga, po czym po dwóch sezonach awans na zaplecze ekstraklasy i występy na tym poziomie przez 15 lat.

Przez te wszystkie lata, pomimo niewysokiego budżetu, Sokół zawsze plasował się w górnej części tabeli, będąc wielokrotnie nazywany ,,czarnym koniem” rozgrywek. Zdobycie dwóch trzecich miejsc i dwóch srebrnych medali to największe osiągnięcia seniorskiej koszykówki w Łańcucie.

Grupy młodzieżowe, które równocześnie prowadzę jako nauczyciel w szkole, też przynoszą mi wiele satysfakcji z pracy. Największe osiągnięcia ostatnich lat to: mistrzostwo Polski Orlik Basketmanii w Łodzi oraz III miejsce Mistrzostw Polski Szkół Podstawowych w Katowicach w tym roku (2018).

Jeżeli praca, którą wykonuję, przynosi takie efekty i przysparza dużo radości dzieciom, to wszystko pokazuje, że to ma sens i na pewno daje pozytywnego kopa.

To są buty LeBrona Jamesa – możesz w nich zagrać! >> 

Czy dzięki temu, że jest Pan w Sokole ponad 20 lat, łatwiej czy trudniej jest prowadzić drużynę?

W Łańcucie pełnię nie tylko funkcję szkoleniowca. Zajmuję się też organizacją życia klubu. Jest to na pewno spore wyzwanie, ale też wielka satysfakcja dla mnie jako działacza, który wraz z innymi członkami klubu, władzami miasta i naszymi sponsorami tworzy klub, cieszący się wyrobioną marką w Polsce i na swoje mecze przyciąga tak wielu oddanych kibiców.

Dziękuję osobom, które z nami współpracują, obdarzają zaufaniem i pomagają współtworzyć ten łańcucki projekt.
Przy tak zorganizowanym klubie mam duży spokój w pracy trenerskiej. Od kilku lat mam też swojego asystenta Mateusza Leja, który mnie bardzo mocno wspiera i uzupełnia.

Co dla Pana jest najlepsze w koszykówce? Co wspomina Pan najlepiej ze swojej trenerskiej kariery?

Wszystkie sukcesy, te małe i te większe, dzięki którym niejedną łezkę uroniłem. Cieszę się przede wszystkim z tego, że jako Sokół Łańcut mamy wyrobioną markę w Polsce. W tym momencie jesteśmy jedynym klubem w kraju, który od 15 lat nieprzerwanie jest na zapleczu ekstraklasy. Zawsze ten poziom udaje nam się utrzymać, bez względu na to czy mamy taki, czy inny skład.

Mamy wypracowany swój styl gry, który po prostu jest naszym znakiem firmowym. Cieszę się z tego, że raz, odnosimy sukcesy, a dwa, że przez tyle lat udało się wielu chłopakom pomóc w ich karierze, w odbudowaniu się, w zrobieniu dwóch mocnych kroków do przodu.

Nawiązując do samego Sokoła, w zespole są też zawodnicy, którzy na dobre zadomowili się na Podkarpaciu.

Bez wątpienia naszą ostoją w tym klubie jest Maciej Klima, dla którego jest to 12. sezon w naszym klubie na poziomie pierwszej ligi. Można powiedzieć, że oprócz naszego wychowanka – Jerzego Koszuty, jest legendą i twarzą naszego klubu. To jest kawał historii. Ostatnio rozegrał 400. mecz na tym poziomie rozgrywkowym. To też się rzadko zdarza i prawdę mówiąc, nie wiem czy w tym momencie w Polsce ktoś może pochwalić się takim wynikiem. Jeśli nie jest to najlepszy wynik, to jeden z czołowych.

Mamy też już piąty sezon Rafała Kulikowskiego. To też bardzo cieszy, że są zawodnicy, którzy doceniają stabilność i to, co się tu dzieje. Czują się dobrze, osiedlają na dłużej w naszym mieście i chcą grać w naszym klubie i wspólnie go tworzyć.

Oczywiście, jeżeli jest ten szkielet zespołu, którego uzupełnia się brakującymi ogniwami, wszystko funkcjonuje zupełnie inaczej. Bez wątpienia te wyniki, które osiągamy w tym sezonie to kontynuacja stabilnego budowania zespołu z poprzedniego sezonu. Z graczy pierwszej piątki odszedł tylko jeden zawodnik, Marek Zywert, który wybrał ekstraklasowy AZS Koszalin. Czterech pozostałych zostało.

Jaki jest przepis na silną drużynę?

Nie tylko stabilność i wieloletnie kontrakty, ale i odpowiedni dobór zawodników. Istotne jest dla mnie dobranie graczy względem charakterów, żeby mogli i chcieli ze sobą dobrze współpracować. Zawsze jak skautuję graczy, to patrzę nie tylko na ich walory koszykarskie, ale i sposób bycia, na to jakim człowiekiem jest dany zawodnik. To jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ zawsze w Łańcucie staram się stworzyć rodzinną atmosferę. To jest niezbędne w osiąganiu dobrych wyników zespołu na przestrzeni całego sezonu. Jeśli coś jest zachwiane, zawodnicy się ze sobą męczą, to wiadomo, że nie ma chemii i ciężko jest o jakikolwiek sukces.

Wspomnianą rodzinną atmosferę mogę potwierdzić, bo jesteście jednym z nielicznych, jak nie jedynym klubem, w którym taka panuje.

Coraz więcej osób otwiera się z takimi wypowiedziami, co jest niezwykle dla mnie miłe. Nie tylko zawodnicy dobrze wspominają pobyt w Łańcucie, ale i ich drugie połówki, rodziny. Nawet jak jadę na drugi koniec Polski, rozmawiam nie tylko ze „starymi” zawodnikami, którzy w przeszłości reprezentowali nasze barwy klubowe, ale na przykład z żonami, czy ich rodzicami. Jest to naprawdę coś niesamowitego.

Liczba mieszkańców Łańcuta nie przekracza 20 tysięcy. Czy od zawsze w tym mieście było takie zainteresowanie koszykówką?

Tak, ta liczba nie przekracza nawet 18 tysięcy. Byliśmy też jedynym tak małym miasteczkiem w Polsce, które posiadało dwa zespoły ligowe na poziomie 1 ligi. Mam na myśli swego czasu prężnie działający ośrodek siatkarski w sekcji żeńskiej. To sprawiało, że mieliśmy z kim konkurować. Wiadomo, w każdym mieście jest też piłka nożna, i tak dalej. W obecnym czasie Łańcut żyje koszykówką i jest znany właśnie z dwóch rzeczy: z pięknego zamku Lubomirskich i Potockich oraz pierwszoligowego zespołu koszykówki.




Nie we wszystkich miastach jest takie zjawisko. Co Pana zdaniem jest powodem małego zainteresowania tą dyscypliną sportu w Polsce?

Nie powiem tu nic nowego. Popularność danej dyscypliny ciągnie reprezentacja Polski. Gdy będą lepsze wyniki zespołu narodowego, to i też będzie większe zainteresowanie i popularność tego sportu wzrośnie. Wyniki klubów, które występują na arenie europejskiej też są bardzo istotne. Marketing i dobra popularyzacja dyscypliny w telewizji poprzez PZKosz i topowe kluby polskie też będzie miała ogromny wpływ.

W naszej lidze dużą popularność koszykówki na pewno obserwuje się w mniejszych ośrodkach, gdzie tego sportu na najwyższym poziomie jest mniej.

Wyobraża sobie Pan czasem, że do Łańcuta w końcu zaczynają przyjeżdżać drużyny takie jak Anwil Włocławek czy Stelmet Zielona Góra?

(Śmiech). Kiedyś przez wiele lat przyjeżdżał Zastal Zielona Góra, ale był wtedy na poziomie pierwszej ligi. Wiadomo, to są zespoły topowe. Na pewno byłoby to duże wydarzenie. Dla nas, póki co, dużym wydarzeniem są sparingi rozgrywane przed sezonem z zespołami występującymi w PLK. To cieszy, że nieraz udaje się taki pojedynek przechylić na swoją korzyść.

Bez wątpienia Sokół jest Pana „dzieckiem”. Nie obawia się Pan, że ta magia w Łańcucie pęknie jak bańka mydlana z momentem wejścia na wyższy szczebel rozgrywek?

Na razie nie mam powodów do obaw, ponieważ nie mamy takiego zmartwienia. Jeszcze daleka droga do tego, abyśmy znaleźli się w ekstraklasie. Na pewno delikatnie pukamy do tych drzwi, ale czy to by coś zmieniło? Jeśli to ja byłbym nadal trenerem, mój styl prowadzenia zespołu na pewno się nie zmieni. Po prostu jestem takim, a nie innym człowiekiem i bez względu na poziom rozgrywek postępuję w ten sam sposób.

Od lat wiele mówi się też o kwestiach finansowych klubu. Czy finansowo jesteście przygotowani na ekstraklasę?

Tak jak już powiedziałem, na pewno byłoby świetnie wygrać tę ligę, ale to jeszcze nie uprawnia do startu na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Realnie rzecz biorąc, jesteśmy małym ośrodkiem umiejscowionym na Podkarpaciu i o każdego sponsora jest naprawdę ciężko. Wymagany budżet to minimum 2 miliony złotych. Mogę szczerze powiedzieć, że na dziś takiego budżetu nie posiadamy i jest nam naprawdę bardzo daleko do tej kwoty.

Ale tego co przyniesie jutro, tego nie wie nikt.

Od kilku sezonów Pana drużyna jest w czołówce tabeli, mimo to nadal bywa lekceważona przez przeciwników. Skąd to się bierze?

Pod względem finansów na pewno jej nie dominujemy (śmiech). Pod względem sportowym, już owszem. Na te 15 lat, które jesteśmy w tej lidze, tylko 2 razy byliśmy poza play-off’ami i to na bezpiecznych miejscach 9-10. Brakło nam wtedy kilku małych punktów lub jednego zwycięstwa. Wynik sportowy nas bardzo broni.

Dlaczego przed sezonem w pewnym sensie jesteśmy lekceważeni, to nie mnie to oceniać. Na ten temat wypowiadają się fachowcy, którzy przed sezonem zakładają na podstawie zbudowanych zespołów i swojej wiedzy, kto jakie miejsce zajmie. Nigdy nie byliśmy postrzegani jako faworyt rozgrywek. Zawsze przed nami było wiele możniejszych klubów, z szerszymi składami, rokując nas realistycznie, gdzieś tam w środkowej czy drugiej części tabeli. Zaskakujące jest jednak to, że nie te budżety i składy decydują o końcowym wyniku.

Darius Kaszowski / fot. Rawlplug Sokół Łańcut

Pamiętam sezon 2013/14 i sytuacje, kiedy Sokół przegrywając 0:2 w play-off’ach z Miastem Szkła Krosno był już skreślany, a w rezultacie doprowadził do bilansu 3:2! Sezon zakończył wtedy na drugim miejscu. To pokazało Wasz charakter.

To są niezapomniane chwile dla których po prostu ,warto żyć. Ograć pewniaka do awansu 3-2, który prowadzi po meczach u ciebie 2-0 i drugiego faworyta mocno postraszyć – to coś pięknego!

Mieliśmy wtedy srebrny medal i Ty też w tym uczestniczyłaś! W składzie Sokoła z nowych twarzy był wtedy Twój mąż (Przemek Wrona), Szymon Rduch, Karol Szpyrka, Marcin Pławucki, Dawid Bręk, czy Rafał Kulikowski, do którego gdybym wtedy przed sezonem nie zadzwonił, to pewnie byłby w Anglii.

Udało stworzyć się kolektyw, który dobrze się rozumiał i chciał ze sobą grać, to wszystko przełożyło się na bardzo dobre wyniki i późniejsze przyjaźnie. Dobrą pracą i zaangażowaniem udało się wtedy sprawić kilka dużych niespodzianek i dojść do finału ze Stalą Ostrów Wielkopolski.

Kto wie, gdybyśmy wtedy wygrali jeden z dwóch pierwszych meczy w finale rozgrywanych w Ostrowie (przegrane 85:90 i 72:74), to nie wiadomo, jakby te finały potoczyły się dalej. Wtedy też mieliśmy problemy, bo nasza pierwsza jedynka – Karol Szpyrka doznał kontuzji (nie zagrał w drugiej rundzie), dopiero w połowie sezonu doszedł do nas Dawid Bręk, który był po zerwaniu achillesa i dochodził do siebie po tej kontuzji. Ale wielkim sercem i charakterem nadrabialiśmy wszystkie niedoskonałości i po raz pierwszy w historii klubu zameldowaliśmy się w wielkim finale.

Spodziewał się Pan kiedykolwiek, że Sokół będzie drużyną, z którą trzeba się będzie liczyć w tej lidze?

Cały czas do tego dążyłem. Należę do ludzi, którzy ciężką pracą dochodzą do swych wyników, a nie głośno o tym krzyczą. Zawsze pracowaliśmy solidnie i chcieliśmy odnosić jak największe wyniki. Cieszę się, że z każdym sezonem Sokół jest bardziej szanowany i jego marka rośnie z sezonu na sezon. W tym sezonie miło było przeczytać jak jeden z portali uznał nas za jednego z faworytów do wygrania ligi. Chociaż, powiem szczerze, z takim zamiarem nie budowałem zespołu. Po prostu budowałem zespół na bazie budżetu z tamtego roku. Oczywiście, ma on swoje niedoskonałości i nie jest w pełni kompletny.




Przed sezonem mogłabym zdać pytanie, na co Was stać, jednak po dziewięciu kolejkach byliście jedynym niepokonanym zespołem w lidze!

Każdy zdaje sobie już sprawę z tego, kto to jest Sokół Łańcut i co sobą reprezentuje. W tym sezonie, dotychczas udało nam się odnieść sukces w każdym rozegranym spotkaniu, z czego jestem bardzo zadowolony. Pokazuje to, że wspólnie z zespołem idziemy w dobrym kierunku. Wiadomo, sezon jest długi, każda seria w pewnym momencie ma swój koniec, w naszym przypadku, oby było to jak najpóźniej. Każde zwycięstwo cieszy i motywuje do ciężkiej pracy. Robimy swoje, przygotowujemy się na każdy mecz i z każdego chcemy wyjść zwycięsko.

Jak określiłby Pan styl swojej drużyny? Co jest priorytetem i na co kładziecie najbardziej ciężar?

Staram się wypośrodkować, tak aby zachować równowagę pomiędzy atakiem i obroną. Nie ukrywam jednak, że w ostatnim czasie więcej uwagi poświęcałem atakowi. Na przestrzeni pierwszych 9 kolejek, mieliśmy trochę problemów zdrowotnych, co trzeba było zakamuflować. Mam na myśli urazy Kamila Zywerta, Jakuba Fiszera, Adrian Inglota, czy Maćka Klimy. Rotacja została wówczas bardzo zachwiana. Często musiałem wprowadzać graczy na inne pozycje, więc trzeba było poświęcić dużo czasu na elementy taktyczne.

Schematów mamy bardzo dużo i gracze z nowych pozycji musieli je ,,dopieścić”. Obrona bazowała na zasadach wypracowanych w okresie przygotowawczym. Zdaje sobie sprawę z tego, że w tych elementach obrony mamy jeszcze wiele do poprawy, dlatego od następnych tygodni będziemy jej poświęcać coraz więcej czasu.

Jak Pana zdaniem wypadacie na tle pozostałych zespołów?

Na dziś całkiem, całkiem (śmiech). Jest kilka zespołów o szerszym składzie i z większymi nazwiskami. Uważam, że jesteśmy zespołem, który na koniec rozgrywek powinien znajdować się w pierwszej czwórce i do tego dążymy.

Kto w Pana odczuciu (oprócz Was) jest najpoważniejszym kandydatem do awansu?

Swojego faworyta miałem przed sezonem, ale tego na razie nie potwierdza ligowa tabela. Jest oczywiście kilka zespołów, które mają dość ciekawe składy i dobrze weszły w sezon. Dodatkowo jeszcze wiele może się zmienić ponieważ okienko transferowe jest cały czas otwarte i nie wiemy, w jakich składach personalnych zespoły przystąpią do rywalizacji po jego zamknięciu.

Czy pozyskanie doświadczonych zawodników z ekstraklasy wpływa na poziom ligi?

Oczywiście, że tak. Gracze ci posiadają wielkie doświadczenie i wiedzę, którą to mogą przekazywać nie tylko zawodnikom, ale też i trenerom. Ci gracze, którzy przez wiele sezonów reprezentowali kluby PLK i dodatkowo w nich regularnie występowali na polskich i europejskich parkietach (bo takich też mamy w naszej lidze) są niedocenioną skarbnicą wiedzy i doświadczenia.

Co jeszcze powinno obowiązywać, aby podnieść jej poziom?

Jestem daleki od wprowadzania limitów, w których określone jest to, że na przykład powinien być zawodnik młodzieżowy na boisku i tak dalej, bo to stwarza później po prostu dziwne sytuacje, gdzie nagle wszyscy wariują.

Już kiedyś coś takiego przerabialiśmy w tej lidze. Był kiedyś przepis o młodzieżowcu, który został wprowadzony nagle z dnia na dzień i wiele klubów nie był na to przygotowanych. W małych ośrodkach było bardzo ciężko o takiego gracza, a co dopiero znalezienie przynajmniej trzech do rotacji. Dochodziło wtedy do tego, że lepsi gracze, którzy skończyli wiek młodzieżowca siedzieli na ławce, a na parkiecie przebywał ,,młodzieżowiec”. A jeśli nie miałeś ich na dobrym poziomie to odbijało się czkawką. Był to jeden z sezonów, w którym nie zakwalifikowaliśmy się do pierwszej ósemki rozgrywek.

Następna sprawa – ci młodzieżowcy tak szaleli ze swoimi wymogami finansowymi, że wiele klubów nie było stać, aby temu sprostać. Dlatego takiego sztywnego przydziału bym sobie nie życzył. Wolałbym, aby młody zawodnik, który wchodzi, obronił się grą i wywalczył sobie miejsce w rotacji mocnego pierwszoligowego klubu.

Idealnym przykładem na to będzie Jakub Kobel, który w minionym sezonie wszedł do dobrze zorganizowanego klubu jakim był Jamalex Polonia Leszno i kwestią krótkiego czasu było wywalczenie sobie miejsca pierwszej jedynki w zespole. Swoją postawą i grą obronił się, nie potrzebował żadnego limitu, aby na tym boisku być. A teraz możemy obserwować go w ekstraklasowym MKS Dąbrowa Górnicza.

Powinno się bardzo mocno skautować rozgrywki niższych lig, z których można wyłuskać niezłe perełki (np. Bartek Karolak, czy Dawid Zaguła). Tacy gracze jak otrzymają swoją szansę mogą dodać tej lidze kolorytu i świeżej krwi.

Pamela Wrona, @PulsBasketu

W takich butach w NBA błyszczy Kyrie Irving >>