DeMar DeRozan: Nigdy się nie ruszę z Kanady

Share on facebook
Share on twitter

U szczytu formy Toronto opuszczali Tracy McGrady i Chris Bosh, na dłużej nie został też Vince Carter. Obecny lider Raptors deklaruje, że chce pozostać symbolem klubu do końca kariery.

(Fot. Wikimedia Commons)
(Fot. Wikimedia Commons)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

DeMar DeRozan za punkt honoru obrał sobie przyjęcie roli ostatniego sprawiedliwego miasta Toronto. Jego poprzednicy prędzej czy później z niej rezygnowali – on nie zamierza.

Mógł dziś mieszkać w słonecznej Kalifornii lub na gorącej Florydzie. Latem trafił na rynek jako wolny agent i miał otrzymać oferty m.in. od obu klubów z Los Angeles, jego rodzinnego miasta, oraz Miami Heat. Wolał zostać za północną granicą i dokończyć to, co zaczął siedem lat temu, kiedy został wybrany przez Raptors z 9. numerem draftu.

W przeszłości Toronto i Kanada w ogóle w środowisku koszykarskim kojarzone były głównie ze srogimi zimami i spokojniejszym, w mniemaniu niektórych po prostu nudnym, stylem życia.

DeRozanowi to nie przeszkadza, twierdzi, że warunki tam panujące są wręcz – tak, użył dokładnie tego słowa – idealne. Podpisał nowy 5-letni kontrakt wart 145 milionów dolarów i zapewnia, że dobrowolnie nie zamierza się stamtąd nigdzie ruszać.

– Wiadomo, Lakers to Lakers. Dorastałem jako ich fan. Kobe był moim ulubionym graczem – mówił w obszernym wywiadzie z Markiem J. Spearsem z The Undefeated. – Jako dzieciak nigdy nie przegapiłem meczu. Oglądałem, jak jeden z moich ulubionych koszykarzy tworzy swoje dziedzictwo i swoją markę, która po nim pozostanie. Chcę pozostawić swoją własną markę w Toronto.

Inne gwiazdy wybierane przez klub w drafcie z początku prezentowały podobne podejście, lecz za każdym razem prędzej czy później zmieniały zdanie. Najpierw w 2000 roku odszedł Tracy McGrady. Wraz ze swoim kuzynem Vincem Carterem stworzył ekscytujący, młody duet, który elektryzował publiczność m.in. spektakularnymi wsadami. W końcu jednak, mając dosyć pełnienia roli „tego drugiego”, gdy znalazł się na rynku, wybrał ofertę Orlando Magic.

Carter barwy klubowe zmienił cztery lata później. Co prawda, akurat on został wytransferowany, ale sam tego transferu od działaczy oczekiwał, wychodząc z założenia, że Raptors nigdy nie będą drużyną, która realnie będzie mogła włączyć się do walki o tytuł. Nie zatrzymało go nawet wybranie z 4. numerem obiecującego Chrisa Bosha.

Czas „Vinsanity” w Toronto dobiegł końca. Schedę po nim przejął Bosh, który wytrzymał do 2010 roku. W tym czasie tylko dwukrotnie w ogóle zdołał awansować do fazy play-off, w dodatku za każdym razem kończyło się na pierwszej rundzie. Ostatecznie po siedmiu latach spędzonych jako „Dinozaur” połączył siły z wybranymi w tym samym naborze LeBronem Jamesem i Dwyanem Wadem w Miami.

– W końcu ktoś musi przerwać tę tendencję, zdjąć z nich to piętno – odpowiedział DeRozan spytany o swoich poprzedników. – Z pewnością to mi pomogło. To, że ktoś postąpił w dany sposób, nie oznacza, iż ty musisz zrobić to samo. W cokolwiek wierzysz, z czymkolwiek czujesz się komfortowo, musisz przy tym trwać.

Postawa DeMara DeRozana z pewnością godna jest docenienia. Jak sam mówi, pozostanie w macierzystym klubie wydało mu się zdecydowanie bardziej atrakcyjne niż gra w Los Angeles. Oczywiście okoliczności sprzyjały takiemu myśleniu.

Zagrał w Meczu Gwiazd i mając wsparcie w postaci Kyle’a Lowry’ego przebrnął z klubem przez drugą rundę play-off i urwał nawet dwa mecze późniejszym mistrzom w finale Wschodu. Możemy tylko gdybać, co by było, gdyby Raptors znów zatrzymali się na pierwszej rundzie. Może wtedy chociaż porozmawiałby z takimi Clippers czy Lakers (przed podpisaniem nowej umowy z Raptors nie spotkał się z przedstawicielami żadnego innego klubu).

Bez wątpienia. Nie ma w ogóle pytania – odparł zapytany o to, czy chce zostać zapamiętamy jako najlepszy gracz w historii Raptors. – Ilu ludzi może powiedzieć, że do niego należy rekord jakiegoś klubu, albo że należał do najbardziej zwycięskiego zespołu Raptors w Historii, albo że osiągnął to z inną organizacją? Nawet jeśli to nie my zdobędziemy mistrzostwo, oni wciąż będą powracać do teamu z sezonu 2015/16 jako najlepszego przed tym nimi.

MO

W takich butach grają gwiazdy NBA>>

POLECANE

Na boisku najbardziej brakuje obrony i zbiórek, a skład drużyny z Wrocławia po prostu jest źle zbudowany. Wszystko wskazuje na to, że za kiepski początek sezonu posadą zapłaci Andrzej Adamek, ale sama wymiana trenera nie uratuje jeszcze sytuacji.

tagi