Derrick Rose i krótki powrót do dzikiej przeszłości

Share on facebook
Share on twitter

On wciąż gdzieś tam jest. Schowany, rzadko dopuszczany do głosu, ale pamiętający czasy podniebnych akrobacji. W środę MVP z 2011 roku przypomniał nam o swoim poprzednim wcieleniu.

(fot. Wikipedia)
(fot. Wikipedia)

NBA, PLK – znasz się na koszu, wygrywaj w zakładach! >> 

New York Knicks przegrali z Milwaukee Bucks na własnym parkiecie 104:105. Imprezę, nie tylko w końcówce, przejął Giannis Antetokounmpo, ale jego rzut na zwycięstwo równo z syreną nie był tego wieczoru jedyną atrakcją w Madison Square Garden. W krótką, ale niezwykle poruszającą podróż w czasie zabrał ich bowiem Derrick Rose.

Na 4 minuty przed zakończeniem pierwszej kwarty dostał piłkę na lewym skrzydle na wysokości linii rzutów za trzy punkty. Łatwo minął dobiegającego do niego Mirzę Teletovicia i wzdłuż linii końcowej popędził pod kosz. „Nowy” Derrick Rose z reguły podobne akcje, zważywszy na historię urazów, kończy zwykłym rzutem.

Ale nie tym razem:

Oczywiście Rose’owi wciąż zdarza się w meczu dać z góry, tak jak np. w niedawnym pojedynku z New Orleans Pelicans. Przez wzgląd na zmianę stylu gry, która ma mu pozwolić uniknąć kolejnych urazów i maksymalnie wydłużyć sportową karierę, robi to już jednak tylko okazyjnie, a nawet jeśli już się tego podejmuje, robi to ostrożnie, nie wkładając we wsady tyle energii, co kiedyś.

Nikt nie ma prawa mieć o to do niego pretensji. W końcu 28-letni dziś rozgrywający chce grać, a nie stale siedzieć pod krawatem w okolicy ławki rezerwowych. O kolana, zwłaszcza tak kruche, trzeba dbać. Nie zmienia to jednak faktu, że do kompilacji niezliczonych, spektakularnych wsadów w wykonaniu Rose’a większość fanów NBA powraca dziś z nostalgią:

Winda, atletyzm, szybkość, dynamika, wściekłość wyładowywana na obręczach przy ledwie 191 cm wzrostu – człowiek to ogląda i nie może wyjść z podziwu. A oglądać można to w kółko. Zanim w pierwszej rundzie play-off w 2012 roku doznał kluczowej dla jego dalszej kariery kontuzji zerwania więzadła krzyżowego przedniego w lewym kolanie był podniebnym potworem. Przez trzy pierwsze lata w lidze zrobił kompletną demolkę.

Wybrany z 1. numerem draftu Rose od początku był bardzo ważną postacią w zespole, co przełożyło się na nagrodę dla najlepszego debiutanta. W trzy lata osiągnął status jednej z największych NBA. W rozgrywkach 2010/11 co mecz zdobywał średnio 25 pkt., 4,1 zb. i 7,7 as. Zaliczył pierwszy z trzech występów w Meczu Gwiazd i poprowadził Chicago Bulls do najlepszego bilansu w lidze (62-20). W konsekwencji został także najmłodszym MVP rundy zasadniczej w historii NBA (22 lata i 5 miesięcy).

Szkoda, że dalej jego historia potoczyła się w taki a nie inny sposób. Gdyby nie feralne pasmo mniejszych i większych kontuzji, konfrontacja z Miami Heat LeBrona Jamesa w finałach konferencji w 2011 roku (przegrana przez Bulls w pięciu meczach) mogła stanowić zaledwie preludium do wspaniałej, długoletniej rywalizacji na Wschodzie.

NBA, PLK – znasz się na koszu, wygrywaj w zakładach! >> 

Mateusz Orlicki

POLECANE