• Home
  • NBA
  • Draymond Green – zniszczy Warriors swoją głupotą?

Draymond Green – zniszczy Warriors swoją głupotą?

Share on facebook
Share on twitter

Drze się na kolegów, kłóci się z trenerem, psuje sprzęt do ćwiczeń, bije rywali w krocze, upublicznia zdjęcia swojego przyrodzenia… Draymond Green jest niezrównoważony, co z takim delikwentem zrobić?

draymond-green
fot. wikimedia commons

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >> 

Do wybryków Draymonda Greena zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Te, do których doszło latem, czyli aresztowanie po tym, jak wdał się w bójkę, czy rzekomo przypadkowe upublicznienie na Snapchacie zdjęcia prezentującego jego genitalia, można oczywiście jeszcze zbagatelizować. Problem pojawia się, gdy trudny do okiełznania temperament koszykarza negatywnie odbija się na atmosferze w drużynie.

Na to, że nieobliczalność podkoszowego Warriors może być tak naprawdę większą bolączką, niż się to większości z nas wydaje, uwagę zwrócił Ethan Sherwood Strauss z ESPN. W swoim artykule wspomniał liczne incydenty z udziałem Greena, do których doszło na przestrzeni ostatniego roku. I z tej szerszej perspektywy rzeczywiście może to wydać się niepokojące.

Z łapami do trenera
Na pierwszy rzut oka najpoważniej wyglądają zgrzyty ze Stevem Kerrem. A kilka już ich było. Do najbardziej nieprzyjemnej sytuacji doszło w lutym przy okazji starcia z Oklahoma City Thunder, kiedy podczas przerwy w szatni Green krzyczał do swojego trenera:

– Nie jestem robotem! Wiem jak należy grać! Teraz akurat zawodzę, więc jak chcesz, żebym nie rzucał, to nie będę rzucał do końca meczu! – a kiedy w odpowiedzi usłyszał, żeby usiadł, wrzasnął – S*****synu, chodź spraw, żebym usiadł! – i gdyby nie koledzy z drużyny, którzy zagrodzili mu drogę do szkoleniowca, mogło dojść nawet do czegoś więcej.

W szatni wrzało ponoć do tego stopnia, że jeden z policjantów tradycyjnie stojący przy drzwiach był już nawet gotowy do podjęcia ewentualnej interwencji.

26-letni absolwent uczelni Michigan State również w publicznych wypowiedziach pozwalał sobie na rzucane pół żartem, pół serio przytyki w kierunku Kerra. Było tak chociażby przy okazji wystąpienia na paradzie mistrzowskiej w 2015 roku, którego notabene klubowy dział PR bardzo chciał akurat w jego przypadku uniknąć.

– To mój człowiek – mówił o swoim trenerze przez zgromadzonymi fanami. – Od początku obozu przygotowawczego mnie nienawidził. I prawdopodobnie wciąż mnie nienawidzi. To nie kłamstwo. Ale będziemy wygrywać te mistrzostwa i to też nie jest kłamstwo.

Walton za bardzo folgował?

Greenowi bardziej pasować miała sytuacja, w której drużynę pod nieobecność zmagającego się z urazem pleców Kerra prowadził Luke Walton. Było to na początku minionych rozgrywek, kiedy broniący wtedy tytułu „Wojownicy” zaliczyli drugi najlepszy start w historii ligi, notując najpierw serię 24-0, a ostatecznie tymczasową kadencję Waltona zakończyli bilansem 39-4.

Z zewnątrz wszystko wyglądało świetnie. Wyniki tylko to potwierdzały, ale po powrocie Kerra mówiono, że zastał zespół w sporym rozgardiaszu. Młody, niedoświadczony szkoleniowiec za bardzo dał sobie ponoć wejść na głowę, czego przykładem była sytuacja z jednego z treningów, na którym obecni byli dziennikarze. Było to po przegranym meczu z Pistons, a Green do udzielającego wywiadu Waltona miał wtedy wypalić:

– Luke! Więc przegrywamy jeden mecz i już przestajesz dla mnie k***a zbierać? – niby żartobliwie, z uśmiechem na twarzy, ale można się poważnie zastanawiać, czy nie przekroczył pewnej granicy.

Nieszczęsne 73-9
Poza tym nie tylko Kerrowi Green podpadał. Również zawodnikom nie podobało się, że niezależnie od intencji zbyt często się na nich wydzierał. To on wywierać miał presję wewnątrz zespołu i forsować pobicie rekordu Chicago Bulls z sezonu 1995-96.

– Ten zespół jest na skraju historii! Takie momenty nie zdarzają się zbyt często – wrzeszczał na kolegów po jednej z porażek.
Potwierdzał to m.in. były gracz Warriors, Merreese Speights Draymond pie***ył treningi i inne g***a. Jest dobrym gościem, ale myślę, że na koniec dnia, to on burzył chemię wypracowaną przez cały rok. 

Miał również dodać, że kilkakrotnie dochodziło do scysji pomiędzy Greenem a Klayem Thompsonem, ale obrońca zaprzeczył tym rewelacjom, a sam Speights stwierdził potem, że został źle zrozumiany.

Nie ma za co przepraszać
Nie da się zaprzeczyć, że Green jest niezwykle cennym koszykarzem. Na przestrzeni dwóch lat z linijki na poziomie 6+5+2 wskoczył na poziom All-Star, 13 razy notując w rozgrywkach 2015/16 triple double. Jego energia, waleczność, przegląd pola przeważnie są kluczowym katalizatorem sukcesów Warriors. To on najbardziej zaangażował się również w proces rekrutacji Kevina Duranta i według pracowników klubu, właśnie jego wskazują jako najważniejszy element układanki.

Przychodzi jednak ten jeden moment, jedna chwila, w której hamulce puszczają, a on strzela swojej drużynie samobója. Tak było w ostatnim play-off, kiedy nie powstrzymywał się przed uderzaniem w krocze najpierw Stevena Adamsa, a potem LeBrona Jamesa. Pierwszy raz uszedł mu płazem. Drugi skończył się zawieszeniem na mecz, w którym Cavaliers odmienili losy finałowej serii.

Draymond Green to żywioł, który czasem potrafi oparzyć. Wygląda jednak na to, że Warriors są gotowi dalej podejmować ryzyko związane z próbami jego oswojenia. Nawet jeśli czasem na siłę zapoluje na triple double, co według relacji Straussa kilkakrotnie miało miejsce, czy zepsuje rower stacjonarny, korzystając z niego w saunie, bo jego zdaniem łatwiej zrzuca się tam zbędne kilogramy.

Robi całą masę głupot, ale potrafi za nie przepraszać. Tak jak zrobił to po czerwcowych finałach. I może jest tak, jak powiedział mu Steve Kerr – Nie masz za co przepraszać. Bez ciebie w ogóle by nas tu nie było.

Mateusz Orlicki

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>