Duncan i Robinson – to były prawdziwe wieże!

Share on facebook
Share on twitter

Gdy świat obiegła informacja o transferze DeMarcusa Cousinsa do Pelicans, momentalnie pojawiły się porównania do San Antonio Spurs z sezonu 1997/98. Statystyczne podobieństwa oczywiście są, ale na miano Twin Towers trzeba sobie zasłużyć.

Tim Duncan i David Robinson / fot. wikimedia

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

New Orleans Pelicans będą musieli jakoś załatać dziurę powstałą na pozycjach obwodowych i uporać się z tłokiem pod koszem, ale o to martwić muszą się już ludzie z kierownictwa klubu. My natomiast, jako zwykli obserwatorzy, możemy już ostrzyć sobie apetyty na wspólną grę Anthony’ego Davisa i DeMarcusa Cousinsa.

Jak się dogadają? Czy zdołają zatrząść ligą już w tym sezonie? Czy Alvin Gentry będzie w stanie wprowadzić odpowiednie zagrywki i maksymalnie wykorzystać możliwości obu gwiazdorów? Z odpowiedziami na te pytania trzeba się jeszcze wstrzymać, ale już w czwartek, gdy do Nowego Orleanu przyjadą Houston Rockets, będziemy mogli po raz pierwszy zobaczyć ich obok siebie na boisku.

Póki co pewnym jest tylko to, że w jednym zespole spotkali się dwaj czołowi podkoszowi ligi, czwarty i piąty strzelec, szósty i jedenasty zbierający. Cousins co mecz notuje średnio 27,8 pkt. i 10,6 zb. W przypadku Davisa jest to 27,7 pkt. oraz 11,9 zb.
Aktualnie w lidze jest jeszcze tylko trzech zawodników, którzy mogą się pochwalić cyferkami na poziomie 20+10 w tych dwóch kategoriach statystycznych.

Amerykańscy analitycy szybko natomiast wyciągnęli fakt, że sytuacja, w której dwaj tacy gracze znaleźli się w jednej drużynie, ostatni raz miała miejsce w sezonie 1997/98, kiedy w San Antonio do Davida Robinsona dołączył Tim Duncan.

Narodziny Twin Towers

Davida Robinsona Spurs z pierwszym numerem draftu wybrali dokładnie 10 lat przed Timem Duncanem, w 1987 roku. Musieli jednak na niego poczekać dwa dodatkowe lata, gdyż ich nowy środkowy przed rozpoczęciem koszykarskiej kariery musiał jeszcze odsłużyć dwa lata w Akademii Marynarki Wojennej. Cóż, służba nie drużba.

Gdy już trafił na parkiet, momentalnie z drużyny, która rok wcześniej wygrała zaledwie 21 meczów, uczynił zespół na 56 zwycięstw i drugą rundę play-off. W kolejnych latach w drodze po upragniony tytuł wciąż jednak czegoś brakowało. Najbliżej byli w 1995 roku, kiedy Robinson wygrał nagrodę MVP, a Spurs w końcu dotarli do finałów Zachodu. Tam jednak w sześciu meczach plany pokrzyżowali im zmierzający po swój drugi pierścień Houston Rockets z Hakeemem Olajuwonem w składzie.

I tak „Ostrogi” dotarły do rozgrywek 1996/97, w których dotknęła ich lawina kontuzji. Nie ominęła ona również „Admirała”, który ze względu na kontuzję pleców, a potem także stopy rozegrał w tamtej kampanii łącznie tylko 6 spotkań. Do akcji wkroczył wówczas pełniący obowiązki Generalnego Menedżera oraz wiceprezesa ds. operacji koszykarskich Gregg Popovich. Po tym, jak zespół rozpoczął rozgrywki od bilansu 3-15, zwolnił dotychczasowego trenera Boba Hilla i sam zasiadł na ławce trenerskiej.

W tamtej kampanii nic już nie zdziałał, ale wykorzystując sytuację i zdziesiątkowany zespół, świetnie zatankował (bilans 20-62 na koniec rundy zasadniczej) po pierwszy pick w drafcie, który 25 czerwca 1997 roku w Charlotte zamienił na typowanego na wielką gwiazdę absolwenta Uniwersytetu Wake Forest – Timothy’ego Duncana.

To są buty gwiazd NBA – możesz takie mieć >>

Dwuosobowa armia

Nie da się sprawdzić, jak tamci Spurs funkcjonowaliby w dzisiejszej koszykówce, ale wówczas byli duetem jeśli nie idealnym, to przynajmniej bliskim ideału. Inteligentni, zdyscyplinowani, świetnie wyszkoleni technicznie, silni, skuteczni – można by wymieniać i wymieniać. Stanowili esencję tego, czego u koszykarzy Gregg Popovich będzie szukał przez kolejne dwie dekady.

Były oficer Marynarki mierzący 216 cm wzrostu, a mimo to dryblujący i przemieszczający się po boisku z szybkością charakterystyczną dla graczy dużo niższych. Obok niego 5 cm niższy, już ukształtowany, wszak na uczelni spędził pełne 4 lata, debiutant, którego ze względu na cechujące go koszykarskie IQ na studiach rywale przezywali „Mr. Spock” (w nawiązaniu do postaci z serii „Star Trek”, którą charakteryzowało odrzucenie wszelkich emocji i poleganie jedynie na logice).

Już w pierwszym wspólnym sezonie dali spektakularny pokaz dominacji. Robinson rundę zasadniczą zakończył ze średnimi na poziomie 21,6 pkt., 10,6 zb., 2,7 as. i 2,6 bl. Duncan z kolei co mecz dostarczał 21,1 pkt., 11,9 zb., 2,7 as. oraz 2,5 bl., za co naturalnie otrzymał nagrodę dla najlepszego debiutanta. Za trzy nie rzucali, ale obaj trafiali do kosza ze skutecznością przekraczającą 50 proc.

Świetnego wyniku, jakim był drugi bilans w konferencji (56-26), oczywiście nie byłoby, gdyby nie pozostali gracze jak Sean Elliot czy „Mały Generał” Avery Johnson, ale to duet Duncan-Robinson stanowił fundament zespołu. Na mistrzostwo było jeszcze za wcześnie. W półfinale konferencji za silni okazali się Karl Malone i John Stockton z Utah Jazz. Długo jednak czekać nie musieli – po pierwszy z dwóch wspólnych tytułów sięgnęli bowiem już w kolejnych rozgrywkach.

Wysoko zawieszona poprzeczka

W kolejnych latach Robinson pod względem średniej zdobywanych punktów zszedł już poniżej 20, dlatego sezon 1997/98 była ostatniim, w którym w jednym klubie można było oglądać dwóch graczy ze statystykami na poziomie 20+10. Swoje zrobiła bariera wieku. W sierpniu 1998 roku „Admirał” dobił do 33 wiosen i choć na niezłym poziomie rozegrał jeszcze cztery sezony, to różnicy aż 11 lat dzielących go od młodszego Duncana nie był w stanie przeskoczyć.

W przypadku Cousinsa i Davisa, jeśli ich współpraca w ogóle wypali, z tego konkretnego punktu widzenia może to wyglądać bardziej obiecująco. 26-letni „Boogie” jest bowiem tylko trzy lata starszy od nowego kolegi. Obaj mniej więcej jednocześnie będą więc wchodzić w najlepszy dla koszykarza okres kariery i jeśli trafiliby na człowieka, który odpowiednio nimi pokieruje, mogliby dominować pod koszami znacznie dłużej niż legendarni Twin Towers z San Antonio.

Znalezienie drugiego Seana Elliota czy Vinny’ego Del Negro nie powinno być aż tak karkołomnym zadaniem. Czy Jrue Holiday jako dyrygent i trzecia opcja ofensywna ma szansę być współczesnym Averym Johnsonem? Wierzymy, że tak. Największym wyzwaniem nowa sytuacja będzie dla Alvina Gentry’ego, który do tej pory nie przejawiał oznak geniuszu Gregga Popovicha, a będzie musiał to teraz jakoś sensownie poukładać.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

Mateusz Orlicki

POLECANE