Durant & Curry Show – Warriors (Za)załatwili Spurs

Share on facebook
Share on twitter

Przegrywać różnicą 25 punktów z drużyną Gregga Popovicha, a na koniec i tak cieszyć się z wygranej – takie rzeczy tylko w Oakland. Warriors po szalonej pogoni zwyciężyli 113:111, obejmując prowadzenie w serii. 

fot. wikimedia

W takich butach wymiata w play-off Stephen Curry >>

Powiedzieć, że w pierwszym meczu finałów Zachodu Warriors wrócili z dalekiej podróży, to jakby nie powiedzieć nic. Podobną historię widzieliśmy już jednak w ostatnim pojedynku tych drużyn w rundzie zasadniczej, kiedy w San Antonio zeszłoroczni finaliści w pierwszej kwarcie tracili już do rywala 22 oczka, a mimo to ostatecznie postawili na swoim (110:98).
Tym razem w pewnym momencie meczu straty wyniosły nawet 25 punktów…

Od początku gracze z San Antonio wykorzystywali swoją przewagę pod koszem, a w obronie skutecznie utrudniali życie gwiazdom Warriors. Skutek? W pierwszej kwarcie faworyci popełnili 6 strat i zdobyli raptem 16 oczek – najmniej w tegorocznym play-off, biorąc pod uwagę wyniki wszystkich 16 zespołów.

Spotkanie rozpoczęli też od 0/5 zza łuku, a pierwszą trójkę Stephen Curry trafił dopiero na 5 minut przed przerwą. Krótko mówiąc, pierwsza połowa przypominała rozciągniętą w czasie, konsekwentną egzekucję w wykonaniu gości.

Wszystko zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w piątej minucie trzeciej kwarty. Pierwsza niepokojąca sytuacja miała miejsce chwilę wcześniej, gdy Kawhi Leonard wylądował za linią boczną przy ławce rezerwowych swojej drużyny i następując na stopę jednego z kolegów, lekko podkręcił lewą kostkę – tę samą, którą kontuzjował w piątym starciu z Rockets.

Po tej kolizji zdołał jednak jeszcze wrócić na parkiet. Definitywnie z rywalizacji wykluczyła go dopiero sytuacja, do której doszło dwie minuty później. Tym razem opadł na stopę Zazy Paczulii, który próbując utrudnić mu wykonanie rzutu, zafundował mu „klasycznego Bruce’a Bowena”.

https://www.youtube.com/watch?v=oB9cf2GduIY

– To naprawdę głupie – odpowiadał po meczu na zarzuty o celowe narażenie na szwank zdrowia rywala gruziński środkowy. – Musiałem utrudnić mu rzut, zwłaszcza że była to sytuacja „z ręki do ręki”. Widziałem, że kolega został na zasłonie, więc musiałem pójść do tego rzutu. Oto co zrobiłem. Obróciłem się do zbiórki i to po prostu się stało.

W takich butach szaleje Kevin Durant – zobacz! >>

W tamtej chwili lider Spurs był najlepszym graczem na boisku i miał już w swoim dorobku 26 punktów (7/13 z gry), 8 zbiórek, 3 asysty oraz przechwyt. Niestety nie zdołał już go powiększyć. Przed opuszczeniem parkietu trafił jeszcze dwa rzuty wolne, po czym udał się do szatni.

To był ten moment, w którym Warriors poczuli krew i rzucili się do ataku. Od czasu odnowienia kontuzji Leonarda zanotowali serię 18:0 i znów byli w meczu. Imprezę przejęli Kevin Durant i Stephen Curry, którzy wspólnie zdobyli aż 74 ze wszystkich 113 punktów swojej drużyny.

Warriors zaczęli grać swoje, a w dodatku zdominowali także ten element, w którym mieli mieć największy problem. Ostatecznie walkę na tablicach wygrali w stosunku 43:37, zapewniając sobie aż 17 okazji do ponowienia akcji w ataku.

ttps://watch.nba.com/video/2017/05/14/0041600311-gsw-curry-three-q4

Nie pomogło ani 28 punktów LaMarcusa Aldridge’a, ani 17 świetnego Manu Ginobiliego (7/10 z gry, 3 przechwyty). Zbyt dużo było złych, nerwowych decyzji, a także trudnych, wymuszonych przez obronę Warriors rzutów. W samej końcówce przewaga talentu była już dla gości nie do przeskoczenia.

Kolejną okazję, aby zaskoczyć faworyzowanego rywala, będą mieli w nocy z wtorku na środę (godz. 3.00 polskiego czasu). Ale czy będą mieć Kawhia Leonarda? Odpowiedź na to pytanie przyniesie badanie rezonansem magnetycznym, które gwiazdor „Ostróg” ma przejść w poniedziałek.

W takich butach szaleje Kevin Durant – zobacz! >>

MO

POLECANE

Po ostatniej fali zwolnień, odejść i zawieszeń w składzie BM Slam Stali zostało 5 graczy na poziomie ekstraklasy. Już jutro, w sobotę, ostrowianie zagrają w Dąbrowie Górniczej. Debiut Łukasza Majewskiego w roli trenera zapowiada się więc dość egzotycznie.