• Home
  • NBA
  • Ed Sadowski nie dał rady – dziś mija 70 lat od pierwszego meczu NBA

Ed Sadowski nie dał rady – dziś mija 70 lat od pierwszego meczu NBA

Share on facebook
Share on twitter

„Big Ed” poluzował obręcze i zacieśnił siatki, ale niepotrzebnie wpuścił na boisko jedynego Kanadyjczyka w składzie Toronto Huskies. New York Knicks wygrali historyczny mecz 68:66.

pierwszy_mecz2Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Piątek, 1 listopada 1946 roku. W Krakowie Karola Wojtyłę wyświęcono na księdza, w Toronto rozegrano pierwszy mecz NBA. No, właściwie to jeszcze BAA, powszechnie znany skrót liga przyjęła trzy lata później.

Liga składająca się z 11 zespołów podzielonych na Wschód (Boston Celtics, Philadelphia Warriors, Providence Steamrollers, Washington Capitols, New York Knicks i Toronto Huskies) oraz Zachód (Pittsburgh Ironmen, Chicago Stags, Detroit Falcons, St. Louis Bombers i Cleveland Rebels) inaugurację miała mieć w sobotę, 2 listopada, ale tego dnia w Toronto grali hokeiści. A w Kanadzie – wiadomo: hokej to sport narodowy.

Szybko przekonali się o tym Knicks – już w drodze do Toronto, którą pokonywali pociągiem. Celnik przeprowadzający kontrolę graniczną w Niagara Falls, zaciekawił się grupą wysokich mężczyzn. – Kim jesteście? – zapytał. – Jesteśmy New York Knicks – dumnie odpowiedział trener Neil Cohalan. – Znam tylko New York Rangers, jesteście w czymś do nich podobni? – odparł Kanadyjczyk.

A potem powątpiewał, czy mecz koszykówki w Kanadzie wzbudzi jakiekolwiek zainteresowanie.

„Big Ed” kombinuje od początku

Wzbudził, właściciele Huskies byli potem zadowoleni. Do Maple Leaf Gardens przyszło 7090 osób. Za bilet płacili od 75 centów, do 2,5 dolara. No chyba, że mieli więcej niż 203 cm wzrostu, czyli byli wyżsi od największego dryblasa Huskies, George’a Nostranda. Taką promocję przygotowali gospodarze.

Nikt z niej jednak nie mógł skorzystać. W tłumie nie znalazł się nikt wyższy od Nostranda.

Parkiet koszykarski ułożono w hali bezpośrednio na lodowej tafli. Na treningach wszystko było, jak trzeba, ale gdy w hali pojawiło się te 7 tys. osób i temperatura się podniosła, nawierzchnia zaczęła zachowywać się trochę zdradliwie, szczególnie przy liniach bocznych. Zresztą nie tylko nawierzchnia.

pierwszy_mecz4Najlepszym zawodnikiem, a zarazem grającym trenerem Huskies był Ed Sadowski. Środkowy o ksywie „Big Ed”, który miał 196 cm wzrostu i był uznawany za jednego z najlepszych graczy w lidze. W momencie inauguracji miał 29 lat i znakomitą prawą rękę, którą trafiał głównie hakami. Lewa ręka? Mówiło się, że gdyby miał się nią karmić, umarłby z głodu.

No więc „Big Ed”, wielki miłośnik zdobywania punktów, zarządził dwie małe zmiany. Po pierwsze: nakazał poluzowanie śrub mocujących obręcz do tablic, żeby kosze „przyjmowały”. Że wpadać miały wszystkie rzuty? Nie szkodzi, najważniejsze, że wpadały Eda.

Po drugie: zawężono dolne części siatek, by piłka nie przelatywała przez nie zbyt szybko, by czasem ugrzęzła na kilka sekund. To miało służyć temu, by zwalisty Ed mógł przemieścić się pod drugi kosz nadążając za grą.

Jeden z sędziów zgłosił zastrzeżenia odnośnie obręczy i siatek, ale stary cwaniak wzruszył tylko ramionami. – Jestem trenerem, a nie cieciem.

Mecz zaplanowano na 20.30, ale rozgrzewki skończyły się już o 20. Wcześniej, bo Huskies musieli zrobić jeszcze małą prezentację dla kibiców. Pokazywali różne sposoby zdobywania punktów, demonstrowali dwutakty z prawej i lewej strony, haki, oburęczne rzuty z miejsca, rzuty wolne wykonywane od dołu.

W końcu wszystko było gotowe, do pierwszego podrzutu stanęli Nostrand i Bob Cluggish.

Skoki narciarskie w Boston Garden

Dlaczego powstała NBA? W największym skrócie – bo właściciele dużych hal na wschodnim wybrzeżu USA szukali sposobu na zapełnienie obiektów w dni, w które nie grają w nich hokeiści.

Walter Brown, szef Boston Garden i główny inicjator BAA, czyli Basketball Association of America, z której wykluła się NBA, widział, że w Nowym Jorku wielką popularnością cieszą się jednodniowe turnieje z udziałem uczelnianych zespołów w Madison Square Garden. I spróbował, jak się później okazało z sukcesem, zamienić je na ogólnokrajową ligę zawodową.

Nowojorskie turnieje, impuls, który po latach przerodził się w NBA, rozpoczęły się w styczniu 1931 roku, czyli kilkanaście miesięcy po tzw. czarnym czwartku i w samym środku wielkiej depresji. Nowojorski Komitet Ocalenia Bezrobotnych i Potrzebujących poprosił kilku dziennikarzy sportowych o wymyślenie sposobu na wygenerowanie pieniędzy. Trzy koszykarskie mecze przyciągnęły do Madison Square Garden prawie 15 tys. osób i przyniosły 24 tys. dolarów.

Jeden z dziennikarzy, 27-letni wówczas Ned Irish, zwietrzył szansę w tego typu przedsięwzięciach, dogadał się z właścicielem hali i mecze uczelnianych drużyn zaczęły się odbywać regularnie.

Zresztą szefowie hal już w czasie drugiej wojny światowej myśleli nad tym, jak zapełnić hale. Brown próbował przyciągać ludzi do Boston Garden nawet… skokami narciarskimi. W hali wybudowano skocznię, ale skoczkowie zbyt często ją przelatywali i spadali na lód. Widzom takie sytuacje się podobały, ale zainteresowanie zawodami szybko stracili sami sportowcy. Koszykówka miała swoje wzloty i upadki, ale kluby i drużyny trwały.

https://www.youtube.com/watch?v=XVlu2UWucIs

Boiska otoczone siatką

Po wojnie w Ameryce pojawili się wracający z frontu żołnierze i pieniądze, więc wrócono do pomysłu stworzenia silnej i ogólnokrajowej ligi koszykówki. BAA powstała 6 czerwca 1946 roku w Nowym Jorku.

Powołanie ligi zawodowej nie wzbudziło powszechnego zainteresowania, bo BAA nie była ani pierwszą, ani nawet jedynie funkcjonującą koszykarską ligą po wojnie – równolegle odbywały się rozgrywki ABL i NBL (to z tą ligą doszło później do połączenia i przekształcenia w NBA), a wcześniej grano np. w ligach o egzotycznie brzmiących nazwach: Hudson River League (1909-12) czy Interstate Basket Ball League (dwa epizody w latach 1915-17 i 1919-20).

Ligi powstawały i padały ze względu na problemy finansowe i organizacyjne, ale warto o nich wspomnieć, warto przytoczyć ówczesne zasady i realia. Otóż boisko było zwykle otoczone bandą lub siatką, aby z jednej strony przyspieszyć grę, a z drugiej – przeszkodzić kibicom w gaszeniu papierosów na plecach koszykarzy drużyny przyjezdnej…

Przepisy dopuszczały kozioł oburącz i powszechną praktyką było wbijanie się pod kosz z pochyloną głową, którą rozpychano obrońców. Fauli w dzisiejszym rozumieniu było bez liku, ale sędziowie odgwizdywali je rzadko i przedwojenna zawodowa koszykówka w USA bardziej przypominała hokej bez łyżew i na tępym podłożu.

Celtics z Nowego Jorku

A propos – pamiętacie parkiet w Boston Garden? Taka charakterystyczna klepka. Otóż tuż po wojnie, kiedy w USA wybuchł boom budowlany, paru klepek ponoć zabrakło i parkiet był niekompletny – 264 kwadraty nie łączyły się w idealną całość…

A skoro już jesteśmy przy Celtics – bostończycy to jedyny obok New York Knicks zespół, który od startu BAA do chwili obecnej nie zmienił ani nazwy, ani miasta, więc warto poświęcić mu trochę miejsca. Tym bardziej, że początki tego klubu były trudne.

pierwszy_mecz5Nazwa Celtics pojawiła się… w Nowym Jorku, gdzie jeszcze przed pierwszą wojną istniał zespół właśnie o tej nazwie. W latach 20. wskrzeszono go w okolicach Manhattanu jako Original Celtics – ta drużyna tak zdominowała rozgrywki ABL, że liga rozkazała rozdzielić jej zawodników na inne zespoły, co w konsekwencji doprowadziło do spadku zainteresowania i upadku ligi.

Kiedy Brown chciał zgłosić koszykarzy z Bostonu do BAA rozważał różne nazwy – Whirlwinds, Olympians czy Unicorns, ale w końcu zdecydował się odkupić prawa do nazwy Celtics za kilkaset tysięcy dolarów. Irlandzka populacja w Bostonie była wniebowzięta, ale koszykarze Celtics nie dali się lubić.

Pierwszy mecz u siebie opóźnił się o dwie godziny, bo w ostatniej akcji rozgrzewki pękła tablica i potem rozczarowujący bilans 22-38 niektórzy tłumaczyli właśnie tym wydarzeniem, które przyniosło pecha i zniechęciło kibiców. Do słabego wyniku przyczynili się jednak zawodnicy, którzy w trakcie zgrupowań w Bostonie urządzali sobie np. bójki z hokeistami Boston Olympians z ligi AHL.

Pierwsze punkty Ossiego

1 listopada 1946 roku wznowienie w Maple Leaf Gardens wygrał Nostrand przeskakując Cluggisha i Huskies rozpoczęli akcję. Przez około minutę biegali wymieniając piłkę głównie na obwodzie – ty do mnie, ja do ciebie, obiegnięcie, podanie kozłem, zagranie oburącz. I tak w kółko.

W końcu piłka trafiła do Sadowskiego, rzecz jasna. Jednak pierwszy rzut hakiem „Big Eda” był niecelny, Knicks zebrali piłkę, zaczęli swój atak.

Ossie Schectman szybko podał do Leo Gottlieba, który zamarkował rzut i błyskawicznie podał do wbiegającego w kierunku kosza kolegi. Schectman wykonał jeden kozioł i zdobył punkty. – Trafiłem z wejścia rzucając dwiema rękami od dołu. To było po dwójkowym zagraniu podaj i idź, ale nie pamiętam, od kogo otrzymałem podanie – wspominał po latach.

I tak zdobyto pierwsze punkty w historii NBA. Nowojorczyk Schectman, 27-letni wówczas skrzydłowy o wzroście 183 cm, dostawał w tamtym sezonie 60 dolarów za mecz.

Hank Biasatti – po co?

Knicks prowadzili 6:0 i 16:12 po pierwszej kwarcie. W drugiej było już nawet 33:18 dla gości. Trafiać zaczął jednak Sadowski i Huskies zmniejszyli straty do 29:37.

Po przerwie zanosiło się jednak na kłopoty gospodarzy – „Big Ed” popełnił piąty faul, który wówczas wykluczał z gry. Sadowski skupił się na prowadzeniu drużyny z ławki, na boisku zastąpił go Nostrand.

No i nagle rozpoczął się zryw, który wyprowadził Huskies na prowadzenie. Po trzech kwartach było 48:44 dla gospodarzy.

pierwszy_mecz1Tylko że im bliżej końca, tym głośniejsze były okrzyki z trybun: „Bi-a-satti! Bi-a-satti!”. O co chodziło? Otóż kibice z Toronto domagali się wprowadzenia na boisko Hanka Biasattiego, jedynego Kanadyjczyka w składzie Huskies.

Sadowski im uległ, wprowadził Biasattiego na trzy minuty przed końcem meczu.

I to był błąd, Biasatti słabo zagrał w obronie, Knicks odrobili straty. Dwa razy do kosza trafił Dick Murphy, z wolnego trafił Tommy Byrnes i goście wygrali 68:66.

Dokładnie 70 lat temu.

Łukasz Cegliński

*podczas pisania tekstu korzystałem z książki Charleya Rosena ‚The first tip-off”. Fragment artykułu ukazał się w magazynie „MVP”.

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>