EuroBasket w Helsinkach: polska chwała, polska kompromitacja

Share on facebook
Share on twitter

50 lat temu reprezentacja Polski zdobyła dość nieoczekiwanie brązowy medal mistrzostw Europy. 10 lat później w turnieju grupy B nie zdołała awansować do finałów imprezy, w których występowała przez 11 kolejnych edycji. To było jak uderzenie obuchem w głowę.

Mieczysław Łopatka (fot. Jan Rozmarynowski)

Szukasz butów retro – sprawdź w Sklepie Koszykarza >>

Rok 1967 jest wyjątkowy w historii polskiej koszykówki. W okresie czterech miesięcy reprezentacja biało-czerwonych, prowadzona przez Witolda Zagórskiego i Jerzego Bętkowskiego, wywalczyła piąte miejsce w mistrzostwach świata w Urugwaju (27 maja – 11 czerwca) i brązowy medal mistrzostw Europy w Finlandii (28 września – 8 października).

Rewolucja w składzie

Po czempionacie w Montevideo Zagórski postanowił odmłodzić kadrę. Podczas turnieju w Warszawie, będącego generalnym sprawdzianem formy przed mistrzostwami Starego Kontynentu, uroczyście pożegnali się z reprezentacją dwaj weterani Janusz Wichowski i Andrzej Pstrokoński, przez wiele lat kluczowi gracze reprezentacji, także podczas ME we Wrocławiu w 1963 r., gdzie wywalczyła historyczne wicemistrzostwo. Pierwszy miał wówczas za sobą 224 mecze w barwach narodowych, drugi – okrągłe 200.

Wcześniej występy w kadrze zakończyli m.in. Stanisław Olejniczak i Jerzy Piskun.

W składzie na Helsinki znalazło się tylko pięciu koszykarzy, którzy przed dwoma laty wywalczyli brązowy medal ME w Moskwie: Mieczysław Łopatka, Bogdan Likszo, Zbigniew Dregier, Kazimierz Frelkiewicz (także srebrni medaliści z Wrocławia) i Czesław Malec.

Pozostała siódemka – Włodzimierz Trams, Henryk Cegielski, Grzegorz Korcz, Waldemar Kozak, Mirosław Kuczyński, Bolesław Kwiatkowski i Maciej Chojnacki – debiutowała w mistrzostwach Europy, chociaż Trams, Kwiatkowski i Cegielski mieli już za sobą występ w mistrzostwach świata w Urugwaju.

Jechaliśmy do Finlandii z wielką niepewnością, bo jednak w kadrze nastąpiła duża zmiana. Ze srebrnej drużyny zostało nas tylko czterech. Do zespołu dochodzili młodzi. Nikt nie mówił o obronie brązowego medalu – wspomina Łopatka.

Pożegnanie Andrzeja Pstrokońskiego (z lewej) i Janusza Wichowskiego (w środku). Z prawej prezes PZKosz Marian Kozłowski (fot. Mieczysław Świderski)

Potknięcie na początek

Polacy grali w grupie A w Helsinkach, gdzie również odbyła się faza finałowa. Grupa B rozgrywała swoje mecze w Tampere.

Niedoceniani Biało-Czerwoni przegrali w turnieju tylko dwa spotkania. Rozpoczęli 28 września od porażki z późniejszym srebrnym medalistą Czechosłowacją 75:90.

W tym czasie ten zespól był oparty na drużynie Slavii Praga. Grali w niej wtedy Żidek, Rużicka, Konecny. To byli koszykarze bardzo obyci w Europie. Tworzyli chyba pierwszą „zawodową” grupę, która jeździła latem na wszystkie turnieje na Zachodzie. Spotykaliśmy ich podczas swoich wyjazdów na Sycylię, w Raguzie, Palermo, Messynie. Oni grali tam i zarabiali pieniądze, bo za udział płacono. Można było oczekiwać, że będą zgrani i zaprezentują wysoki poziom. W Helsinkach doszli aż do finału – przypomina Łopatka, który w spotkaniu z Czechosłowacją zdobył 18 punktów, najwięcej w zespole.

Łopatka wykopał wicemistrza

Po inauguracyjnej porażce Polacy wygrali sześć kolejnych spotkań, co dało im drugie miejsce w grupie i awans do czołowej czwórki mistrzostw. W pokonanym polu zostały: Hiszpania 88:71, Finlandia 80:68, Belgia 98:68, Holandia 69:65, Rumunia 75:58 i na deser świeżo upieczony wicemistrz świata Jugosławia 69:65.

Ten ostatni, bardzo wyrównany mecz miał olbrzymią wagę. Grający w Helsinkach odmłodzonym składem rywale z Bałkanów doznali wcześniej dwóch porażek, ale w przypadku wysokiego zwycięstwa awansowaliby do półfinału kosztem Polaków. Porażka zepchnęła ich jednak na piąte miejsce w grupie i ostatecznie obrońcy srebrnego medalu z Moskwy musieli się zadowolić 9. miejscem w turnieju.

Zdołaliśmy wygrać, chociaż mecz układał się dla nas niekorzystnie. W końcówce jeden za drugim opuszczaliśmy boisko za pięć przewinień, ja zszedłem w 38. minucie. Wtedy młodzi, którzy dochodzili do zespołu, wzięli sprawy w swoje ręce i przepchnęliśmy ten mecz. Jugosłowianie też wystawili młody zespół. Trzeba przyznać, że zrobili dobry ruch, bo w następnych latach mocno usadowili się na medalowych pozycjach najważniejszych turniejów – ocenia Łopatka, który w tym spotkaniu uzyskał 22 punkty.

Nie ma mocnych na ZSRR

W półfinale czekał mistrz świata i obrońca tytułu Związek Radziecki. Polacy ponieśli planowaną porażkę 68:108, by nazajutrz, 8 października, w spotkaniu o brązowy medal pokonać Bułgarię 80:76.

Łopatka w meczu przeciwko ZSRR grał krócej niż zwykle i zdobył tylko sześć punktów. Najwięcej uzyskali Malec – 16, Likszo – 13 i Trams – 12.

To był odpuszczony mecz. Wiadomo było, że po prostu z nimi się nie da wygrać. Taka była taktyka, żeby oszczędzać podstawowych graczy, mając w perspektywie spotkanie o brąz – tłumaczy.

W całym turnieju najlepszymi strzelcami zespołu byli tradycyjnie Łopatka -średnio 16,9 pkt i Likszo – 13,3. Istotny wkład w sukces wnieśli także Trams – 11,7, Frelkiewicz – 10,1 i Malec – 7.8. Ci zawodnicy, a także Kwiatkowski i Cegielski wystąpili we wszystkich dziewięciu spotkaniach.

Środkowy Łopatka został wybrany do piątki All Stars turnieju, obok reprezentantów ZSRR Modestasa Paulausksa i Anatolija Poliwody, Hiszpana Emiliano Rodrigueza i Fina Jormy Pilkevaary. MVP turnieju został Czech Jiri Zednicek.

Od lewej stoją: Czesław Malec, Mirosław Kuczyński, Mieczysław Łopatka, Waldemar Kozak, Grzegorz Korcz, Maciej Chojnacki, Bohdan Likszo, Witold Zagórski. W dolnym rzędzie: Zbigniew Dregier, Henryk Cegielski, Włodzimierz Trams, Kazimierz Frelkiewicz, Bolesław Kwiatkowski. (fot. Mieczysław Świderski)

To był ostatni medal

W kraju reprezentację spotkały zasłużone pochwały i… oryginalne wyróżnienia.

Przed wyjazdem nikt nie wierzył, że możemy ten brązowy medal zdobyć. Gdy wróciliśmy, mieliśmy spotkanie w Polskim Komitecie Olimpijskim, gdzie zostaliśmy wyróżnieni za wybitne wyniki sportowe. Sukces koszykarzy umieszczono w kategorii… niespodzianka – nikt na to nie liczył, a jednak mimo wszystko zdobyliśmy medal. Pamiętam, minister Włodzimierz Reczek wręczał nam te odznaczenia – kończy Łopatka.

Brąz w Helsinkach okazał się ostatnim medalem wywalczonym przez koszykarską reprezentację Polski seniorów w mistrzowskiej imprezie.

Potem były jeszcze dwa półfinały w 1969 i 1971, ale gdy na ME w Belgradzie (1975) drużyna Zagórskiego zajęła ósme miejsce, w 1977 roku trzeba było startować w eliminacjach.

Wpadki i kompromitacja

Ekipa trenera Andrzeja Pstrokońskiego, który objął stanowisko po Zagórskim, na turniej ME grupy B, rozgrywany w dniach 14-22 maja, pojechała w składzie: Jan Dolczewski, Wojciech Fiedorczuk, Edward Jurkiewicz, Eugeniusz Kijewski, Andrzej Klee, Jan Kwasiborski, Marek Ładniak, Mieczysław Młynarski, Zdzisław Myrda, Franciszek Niemiec, Zygmund Prokop i Zdzisław Raczek.

Pierwszą fazę turnieju Polacy rozgrywali w Uppsali i Sztokholmie. Rozpoczęli od wysokich zwycięstw nad Szkocją 112:69 i Węgrami 105:77. Potem przyszły porażka z Holandią 87:93 i wygrana z RFN 85:71, więc, mimo niepowodzenia w spotkaniu ze Szwecją 86:90, drużyna z drugiego miejsca awansowała do finałowej rozgrywki w Helsinkach z udziałem sześciu drużyn i zaliczeniem wyników z pierwszej fazy (Polska z jednym zwycięstwem).

Tam podopieczni Pstrokońskiego przegrali jednak wszystkie trzy mecze: z Finlandią 94:96 po dogrywce, z Francją 81:95 w regulaminowym czasie. Wygrana w ostatnim spotkaniu z Austrią dawała im jeszcze awans kosztem rywali, ale zeszli z boiska pokonani 81:70.

Kompromitująca była zwłaszcza postawa reprezentantów w końcówce meczu z Finami. Na 32 sekund przed końcem prowadzili różnicą 6 punktów i byli w posiadaniu piłki. Mimo to gospodarze turnieju doprowadzili do dogrywki, w której zdobyli o dwa punkty więcej.

Niewypał

Polska zajęła piąte miejsce w grupie, z której na mistrzostwa Europy pojechały cztery drużyny. W ten sposób zakończyła się wspaniała seria jedenastu kolejnych mistrzostw Europy z udziałem Polaków. Po raz pierwszy od 22 lat zabrakło biało-czerwonych wśród najlepszych zespołów, walczących o tytuł mistrza Europy.

Wysłannik „Przeglądu Sportowego” redaktor Łukasz Jedlewski przeżywał prawdziwą huśtawkę nastrojów opisując występy Polaków. „Droga pod górę”, „Szkotom i Węgrom zafundowaliśmy po setce. Polscy koszykarze z impetem wystartowali w eliminacjach ME”, „Po dwóch dramatycznych meczach polscy koszykarze już w finale”, „Być albo nie być polskich koszykarzy”, „Stracona szansa Polaków”, „Niewypał” – to tytuły jego publikacji w miarę upływu rywalizacji w Skandynawii.

W komentarzu po turnieju napisał m.in. „20 lat temu oglądałem po raz pierwszy mistrzostwa Europy. Kilku zawodników obecnej reprezentacji Polski poznawało dopiero trudną sztukę chodzenia. Różnie układały się potem losy. Były sukcesy i potknięcia, rzecz w sporcie normalna. Nigdy jednak wśród dwunastu najlepszych ekip kontynentu nie brakowało naszego kraju. Rok 1977 przynosi przykry wyłom w tej tradycji”.

Nie było zespołu

Na obydwu tych turniejach w Helsinkach był z reprezentacją Bolesław Kwiatkowski. W 1967 jako zawodnik, mistrz Polski z AZS AWF Warszawa, a dziesięć lat później w roli asystenta trenera Pstrokońskiego.

Różnica między drużyną, w której grałem, a tą, w której byłem asystentem była taka, że w pierwszej zawodnicy się nawzajem szanowali i walczyli o wynik. Natomiast ta druga miała dwóch takich asów jak Kijewski i Młynarski. Miała strzelców, a nie było w zasadzie zawodnika prowadzącego grę. Sami muszkieterzy. To nie były mecze, tylko zawody, kto szybciej odda rzut. Do tych ludzi nie docierała żadna koncepcja gry zespołowej – ocenia mieszkający dziś w Melbourne Kwiatkowski, najlepszy polski koszykarz roku 1970.

I dodaje: – Jako zawodnik i później trener mogę powiedzieć, że oni byli bardzo utalentowani, ale też tak napompowani przez swoich trenerów klubowych, że są najlepsi i muszą to pokazać, że szkoleniowiec na ławce był w zasadzie bezradny.

Artykuł Łukasza Jedlewskiego

Reprezentacja ponura, etap pierwotniaka

Redaktor Jedlewski w swoim komentarzu zwracał uwagę, że reprezentantom brak podstawowych nawyków niezbędnych w nowoczesnej koszykówce: „Jeśli chodzi o kulturę gry, wielu kadrowiczów zatrzymało się na etapie pierwotniaka”. Inny cytat: „Nie ma w polskiej koszykówce kultu defensywy. Ćwiczy się ją niechętnie, przeważnie w drugiej kolejności i tak – najchętniej – traktuje”.

Zwracał uwagę na słabą grę Dolczewskiego i uznanego snajpera Jurkiewicza. Krytykował 21-letniego Młynarskiego za niedostatki w obronie. Chwalił o rok starszego, bojowego Kijewskiego, króla strzelców zawodów, u którego zauważał poprawę umiejętności defensywnych.

Zauważył jeszcze jedno zjawisko: „Byli Polacy najbardziej ponurą ekipą spośród wszystkich uczestniczących w mistrzostwach Europy. Uśmiech rzadko gościł na twarzach. Zamknięci w sobie, smutni, nie wykazywali żadnej chęci do żartów właściwych wiekowi. Trzeba się doszukiwać wyraźnych zależności między zachowaniem w autobusie, jadalni i na boisku”.

Jakże kontrastuje to z atmosferą w medalowej drużynie Zagórskiego, którą przypomina Kwiatkowski: – Z Mieciem Łopatką mogliśmy konie kraść. Z Bogdanem Likszą, który był lunatykiem, tak się lubiliśmy, że jak spałem z nim w pokoju, a on wstawał w nocy, to przykrywał mnie kocykiem i głaskał po głowie. Z Kaziem Frelkiewiczem nieustannie się przekomarzaliśmy. Włodek Trams był łobuzem, ale tak śmiesznym, że zrywaliśmy boki z jego dowcipów i kawałów, jakie wykręcał. Ale na boisku wszyscy grali bardzo zespołowo.

Marek Cegliński

Szukasz butów retro – sprawdź w Sklepie Koszykarza >>

POLECANE

Zespół z Gdyni, licząc PLK i EuroCup, przegrał 5 meczów z rzędu, a w ostatnich 4 nie zdobył nawet 70 punktów. Brak drugiego rozgrywającego mocno się teraz odbija na zmęczeniu i grze pozostałych zawodników, jednak – naszym zdaniem – decyzja o zatrudnieniu Armaniego Moore’a ma sens.

tagi