Filip Dylewicz: Chodzę z podniesioną głową

Share on facebook
Share on twitter
- Dopiero teraz, po raz pierwszy od 20 lat, nie miałem czegoś takiego, że telefony do mnie dzwonią. Wszyscy się na mnie wypięli. Mieli w nosie to, że rok wcześniej, zanim przyszedłem do Arki i złapałem dwie kontuzje, miałem najlepszy sezon w swoim życiu i to mimo 38 lat - mówi Filip Dylewicz, opowiadający o swojej karierze, podejściu do sportu i życia.
Filip Dylewicz (fot. Andrzej Romański/Plk.pl)

PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!

Pamela Wrona: Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby Twoja droga nie zetknęła się z koszykówką?

Filip Dylewicz: Gdyby nie koszykówka, zapewne byłbym cukiernikiem! Uwielbiam słodycze do tego stopnia, że skończyłem szkołę w Bydgoszczy o specjalizacji cukiernik. Prawdopodobnie robiłbym teraz słodkości (śmiech).

Czy pamiętasz jeszcze, jak w Twoim życiu pojawiła się koszykówka?

Przygodę z koszykówką rozpocząłem dzięki mojej babci. To dzięki niej poszedłem na pierwszy trening, dzięki niej miałem okazję pokazać się trenerom, aby później wypłynąć na głębokie wody. Na dobrą sprawę, to nie był mój pomysł, ani moja fascynacja. Zbieg okoliczności – babcia znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Lubiła się chwalić tym, że jestem wysoki i szybko rosnę, że dużo jem. Wszystko samo potoczyło się błyskawicznie. Dwadzieścia kilka lat później mogę powiedzieć, że dzięki mojej babci 7 razy zostałem mistrzem Polski.

Babcia wychowywała mnie i mojego brata. Musiała jeszcze długo pracować w kompleksie sportowym w Astorii – oprócz koszykówki czy boksu, był tam też basen, na którym właśnie pracowała. Kiedyś trafiła na trenera koszykówki. Od słowa do słowa i dostałem zaproszenie na trening. Filip Dylewicz się na nim pojawił, w koszulce, którą dostał w prezencie od swojego dziadka – i tak już w tej koszykówce zostałem.

W samej ekstraklasie rozegrałeś 21 sezonów i 636 spotkań, w CV masz również grę za granicą i w reprezentacji. Czy kiedykolwiek przeszło Ci przez myśl, że dojdziesz do takiego momentu?

Myślę, że jakbyśmy takie pytanie zadali każdemu sportowcowi, nie tylko mi, ale i tym najwybitniejszym, którzy osiągają największe sukcesy na mistrzostwach świata, igrzyskach olimpijskich i w sportach indywidualnych czy drużynowych to nasuwa się pytanie – czy oni zakładali, że tyle osiągną? Odpowiedź będzie jedna. Nikt z nas nie zna przyszłości, ani nie jest w stanie określić tego, co osiągnie, czy mu się powiedzie, czy też nie.

To jest tak złożony temat, tak wiele rzeczy, składa się na końcowy sukces bądź porażkę, że trudno wskazać to, czy sam talent wystarczy, czy może talent ze wsparciem dobrego trenera? Czy może brak talentu, ale praca z dobrym trenerem? Czy przyszłość przyniesie coś, co spowoduje, że będziemy mogli się odbijać i wspinać ku górze? Czy wydarzy się coś takiego, że osiągniemy pewien pułap i już na nim zostaniemy? Na pewno możemy temu pomóc – możemy być świadomi i mieć jasno określony cel.

Jako dzieciak takiego celu nie miałem, bawiłem się koszykówką. Jeździłem na mistrzostwa Polski juniorów dlatego, że lubiłem w nią po prostu grać. Nie myślałem “Dylu, rzeczywiście dobrze się prezentujesz, może coś osiągniesz w przyszłości” – absolutnie tak nie myślałem. Żyłem z dnia na dzień i tak żyję do dziś, ponieważ gdybym coś planował i zakładał sobie z góry, że coś osiągnę, a potem by mi się to nie udało, to sam sobie podciąłbym skrzydła.

Natomiast, jeśli mógłbym coś podpowiedzieć młodym osobom, które być może przeczytają ten wywiad, to istotne by pracowały nad swoimi słabościami. Miały otwarty umysł, nie brały sobie na głowę zbyt dużej presji, bo nie muszą. Prawda jest taka, że nikt nic nie musi.

Jeśli narzucimy sobie ten ciężar, może pojawić się brzemię na głowę na zasadzie “muszę, muszę trafić, muszę szybciej pobiec” to nigdy nic nie osiągniemy. Będzie to naszą kotwicą, a nie kopniakiem, który sprawi, że w przyszłości coś zrobimy. Cieszmy się tym, że możemy grać w kosza, możemy uprawiać jakąś dyscyplinę. W żadnej dziedzinie życia, nie możemy żyć z presją. To powoduje, że zwalniamy, hamujemy.

Nie uważasz, że niekiedy taką presję nakładają rodzice?

Jesteśmy rodzicami i jesteśmy doskonale świadomi tego, że zrobimy wszystko, aby naszym dzieciom było dobrze. Ja jako rodzic, zrobię dla mojego syna wszystko, aby miał jak najlepiej. Jako rodzice musimy wypośrodkować kwestie, które wpływają na to jak odbieramy pracę trenera. Musimy być świadomi tego, że nie jesteśmy alfą i omegą. Nie wiemy wszystkiego na temat każdej dziedziny, czy to jest sport, biznes czy polityka.

Oczywiście, ambicje każdego z nas, ambicje rodzica są takie, aby ich dzieci były najlepsze. Może ma największy talent z grupy, ale musimy zdać sobie sprawę, że każdy rodzic który siedzi na trybunach i ogląda mecz myśli dokładnie w ten sam sposób o swoim dziecku. I tu możliwy jest konflikt, który jednak nie powinien przekładać się na dziecko. Nie można mieć później pretensji, pytając na przykład “dlaczego nie rzuciłeś?”

Spójrzmy przez pryzmat samego siebie – co my zrobiliśmy źle, co byśmy mogli poprawić, aby osiągnąć to o czym marzyliśmy, a czego w rezultacie nie udało nam się osiągnąć? Musimy zbilansować to tak, aby nie zniechęcić naszej pociechy do uprawiania sportu, bo musi cieszyć się tym co robi, a nie czuć od początku presję, że musi coś osiągnąć. Nie musi. Może, ale żeby to osiągnąć potrzebuje wsparcia nie tylko od rodziców, trenera, ale olbrzymiej ilości szczęścia, które w życiu przychodzi lub nie. To nie jest koniec świata. Trzeba znaleźć umiar, cieszyć się z każdego dnia.

Tak jak ja – mam 5-letniego syna, który ma duży talent. Ja byłem średniakiem. Wystarczył jeden sezon, jeden rok, aby zrobić taki progres, że nie tylko przeskoczyłem juniorów w swoim roczniku, ale byłem lepszy od juniorów starszych. To przyszło naturalnie, nie było wymuszone. Trzeba wierzyć w profesjonalizm, wiedzę trenera, który jest odpowiedzialny za przygotowanie mojego dziecka do sportu. Rodzic musi zapewnić odpowiedni komfort psychiczny, a z dziecka zdjąć presję.

Jakie rady mógłbyś przekazać swoim dzieciom, które będą stawiać pierwsze kroki w poważnym sporcie?

Mój syn jeszcze nie chodzi na żadne treningi, moja 14-letnia córka z kolei zdecydowała się na siatkówkę. U syna, mimo, że ma dopiero 5 lat, widzę, że będzie sportowcem. Widzę to, ale zachowuję dla siebie. Kiedy gramy w koszykówkę, gramy 1 na 1, niczego mu nie narzucam, nie mówię co ma robić. Pozwalam na jego naturalne ruchy, poruszanie się, decyzje, aby robił wszystko świadomie. Mogę podpowiedzieć, ale on sam ma decydować o tym, co zrobić w danym momencie, a nie, że ja będę mu narzucał, tym samym zabierając kreatywność, jego myślenie, chęć i pewność siebie.

Ja osobiście nie chciałbym, aby mój tata mówił mi “synu, tutaj musisz grać tyłem, penetrować, dlaczego zrobiłeś tak, a nie tak?”. Cieszę się, że mojemu synowi koszykówka sprawia radość bardziej niż granie na konsoli, rysowanie czy oglądanie telewizji.

Spędzamy aktywnie czas, gramy też w piłkę nożną, w badmintona. Są to ćwiczenia ogólnorozwojowe, ale co istotne budujemy relacje między nami. Mam nadzieję, że dotrwam tak do końca. Czy trenerzy mojego syna będą mieli ze mną lekko? Tego nie mogę powiedzieć (śmiech).

Gdyby była możliwość, jakie rady dałbyś sobie? Zrobiłbyś coś inaczej?

Przede wszystkim powiedziałbym sobie: zmień sposób odżywiania. Teraz jestem świadomy, że to co jemy, jest naszym paliwem – wpływa na to jak funkcjonujemy, jak się czujemy, jak się rozwijamy, jak działa nasze ciało.

Niestety, zawsze miałem problem z odżywianiem się. Raz, że nie jadłem regularnie, a dwa, że od zawsze jestem wielkim fanem słodyczy i lubię rzeczy, które nie są dobre dla sportowca. W czasach, kiedy zaczynałem, nie było po prostu tej świadomości. 20 lat to technologiczna przepaść, raczkowała telefonia komórkowa, Internet. Nie było bazy i źródła informacji, jakie mamy teraz.

Najważniejsze, aby indywidualnie pracować nad swoimi słabościami. Nie trenować rzeczy, które przychodzą nam z łatwością, bo są naturalnym ruchem, ale właśnie poświęcić większą uwagę temu, co sprawia nam większą trudność.

My, jako Polacy, nie zdajemy sobie sprawy, że kiedy wejdzie się na boisko, trzeba mieć w głowie świadomość rangi tego spotkania. Czy to w reprezentacji Polski, ekstraklasie, czy w pierwszej lidze. Zawsze sobie mówiłem, że chciałbym po meczu stanąć przed lustrem i powiedzieć do siebie: “w dzisiejszym meczu dałeś z siebie 100 %”, ale szczerze, liczbę tych spotkań mogę wyliczyć na palcach, mimo, że w PLK osiągnąłem wszystko, co mogłem. Byłem mistrzem Polski, zdobyłem puchar Polski, superpuchar Polski, byłem najlepszym zawodnikiem finałów, byłem w piątce najlepszych zawodników sezonu zasadniczego.

Tak na dobrą sprawę, jeżeli chodzi o grę w Polsce jestem spełniony, spokojny, zadowolony. Po części mogę być nawet dumny, chciałbym, aby moja rodzina była dumna z tego, co osiągnąłem. Nic sobie nie dodając, ale też nie odbierając. Biorąc pod uwagę, gdzie doszedłem i jak jestem odbierany w świecie koszykówki, mogę chodzić z uniesioną głową.

Na jakiego zawodnika początkowo się zapowiadałeś?

Pierwsze moje zetknięcie z koszykówką było ciekawe. Od razu trafiłem na trening klasy sportowej, która byłą ze sobą bodajże od piątej klasy podstawówki. Mój pierwszy raz to było zderzenie ze ścianą. Nie znałem reguł, skakałem z tą piłką, od razu miałem wybite 4 palce, bo wszędzie wkładałem łapy (śmiech).

Jednak miałem „to coś”, bo po trzech miesiącach dogoniłem najlepszego zawodnika w tej klasie, jeżeli chodzi o umiejętności. Rozwój był naturalny, wszystko przychodziło naprawdę swobodnie, na wyższy poziom wszedłem już w ciągu kilku pierwszych miesięcy.

Ci co mnie znają wiedzą, że nie jestem Tolkienem i nie piszę książek fantastycznych, ale jestem szczery. Mam 39 lat, mogę grać nadal na dobrym poziomie. To obrazuje, że każdy z nas jest inny genetycznie, każdy ma inne ciało, więcej lub mniej szczęścia, kontuzje albo ich brak. Moje ciało, tak jak mojej mamy i syna, jest stworzone do tego, żeby być sportowcem.

Co dała i daje Ci koszykówka? Patrząc z perspektywy lat, jak ukształtowała Cię jako człowieka?

Koszykówka dała i wciąż daje mi bardzo dużo. Oprócz tego, że była i jest moją pracą, to pozwoliła mi na życie na fajnym poziomie, pozwoliła na poznanie wielu świetnych ludzi oraz miejsc.

Występowanie przed znakomitą publicznością, bycie w centrum czegoś dużego, co było zbudowane dla tych, którzy płacili żeby oglądać mnie i mój zespół. To jest piękne. Byłem po to, żeby zapewnić im frajdę, ale i emocje, po części wzbudzenie podziwu.

Dla wielu, my, sportowcy jesteśmy takimi bohaterami. Każda dyscyplina jest inna i każda ma swoich fanów. W koszykówce jest wiele osób, dla których po części jesteśmy w taki sposób odbierani. Jeśli do tego dodam jeszcze drużynowe i moje indywidualne sukcesy, moje relacje z ludźmi, z którymi mogłem występować, to wszystko ukształtowało mnie jako człowieka. Zbudowało moje poczucie wartości – relacje budują znajomości, rozwijają człowieka i jego osobowość.

Koszykówka dała mi wszystko. Co może mieć w głowie, pod tak zwaną kopułką, siedemnastolatek, wychowywany przez babcię, który przyjeżdża do Sopotu i koszykówka staje się dla niego wszystkim? Koledzy z szatni stali się rodzicami, bo miałem przyjemność grać z koszykarzami o wielkich nazwiskach – i właśnie te osoby spowodowały, że jestem taki jaki jestem.

Wydaje mi się, że jestem raczej lubiany. Osoby, które mnie nie znają, często przypinają mi różne niekoniecznie pozytywne cechy. Ale są to osoby zawistne, którym potrafiłem rzucić 20 punktów z uśmiechem na twarzy i “dłubać przy tym w nosie”. Ich to boli, rozumiem to. Większość osób, jak nie wszyscy, z którymi miałem przyjemność lepiej się poznać, odbierają mnie pozytywnie.

Filip Dylewicz i Steve Zack / fot. A. Romański, plk.pl

Można powiedzieć, że Twoje życie było trampoliną emocji, a koszykówka pewnego rodzaju odskocznią?

Koszykówka jest moim życiem. Spędzałem więcej czasu z kolegami w szatni niż z moją rodziną, przy układzie, kiedy miałem przyjemność grać w Eurolidze, w PLK, gdzie miałem również wyjazdy reprezentacyjne.

Zawsze mnie ciekawiło, skąd u ludzi bierze się pewien obraz sportowca… Spotkałem się z tym nie raz, słysząc „co ty robisz takiego, przyjdziesz sobie na halę, porzucasz, przebiegniesz się 3 razy i jeszcze płacą ci ogromne pieniądze”.

Nikt nie patrzy z drugiej strony – na presję, na to, że jesteśmy oceniani przez innych, a nie zawsze jest to adekwatne do tego co zrobiliśmy. Że to często nie jest fair, że jesteśmy niekiedy dosłownie opluwani, mieszani z błotem i krytykowani. To jest duża presja, czy to ze strony kibiców, czy trenerów.

Bycie sportowcem nie jest lekkie, i nie chodzi o to, że pod względem fizycznym, ale pod względem psychicznym. Często, oprócz tych pozytywnych rzeczy, fala krytyki jest bardzo duża. Niekiedy może człowieka dobić. Samo podniesienie się z takiego kryzysu psychicznego jest o wiele trudniejsze niż z kryzysu fizycznego. Wiadomo, głowa decyduje o wszystkim. Głowa ma problem, coś się dzieje i od razu reszta ciała nie funkcjonuje, ja to doświadczyłem… Ale jak już powiedziałem, jesteśmy tylko ludźmi. Mamy słabości, często jedno zdanie, jeden wyraz spowoduje, że się blokujemy i jest pozamiatane.

Tutaj pojawia się też rola trenera…

Zdarzają się ludzie, nawet trenerzy, którzy burzą pewien obraz, a my nie mamy wpływu na to co przyniesie nam przyszłość. Nie wiemy czy trafimy na człowieka, który będzie akceptował styl naszej gry, ponieważ to, że na początku trener nas chce, nie gwarantuje, że za miesiąc nasze relacje będą nadal na tym samym poziomie.

Trener takiej drużyny ma 12 facetów. Każdy kipi testosteronem, ma inny charakter, jest nastawiony na coś innego. To jest kwestia czasu, że znajdą się pojedyncze jednostki, które będą mówiły „to jest do dupy, to jest słabe”.

Ale może być odwrotnie, trener nie udźwignie ciężaru. Wtedy swoją gorycz i porażkę będzie przelewał na zawodników. Nie jest w stanie zrobić czegoś pozytywnego dla ludzi, dla zawodników, wybierze sobie jednego, czy kilku słabszych psychicznie i ich zmiażdży. Taka osoba traci nie tylko 10 miesięcy sezonu – traci poczucie własnej wartości, przynosi to do domu, robią się kwasy w relacjach rodzinnych.

Trener to nie jest tylko trener. On musi być dobrym psychologiem. 10 miesięcy, 12 facetów, presja, wynik, raz się wygrywa, raz się przegrywa, trzeba być świadomym jak dotrzeć do zawodnika, który dał z siebie maksa, ale jednocześnie też go za bardzo nie stłamsić. Tutaj nie ma tak, że coś jest białe, albo czarne.

Kluby sportowe powinny mieć świadomość, że poza treningami ciała, powinien też być trening umysłu, rozmowy. Szczególnie dotyczy to graczy, którzy przyjadą zza granicy – przyjedzie gość po uczelni, powiedzmy z Los Angeles, ma 23 lata, będzie mieszkał w Gliwicach czy w innym mieście, gdzie nikogo nie zna, trener nie będzie z nim rozmawiał, na meczach na niego gwizdną, coś się w nim nie spodoba i jest po gościu.

To, że jestem mężczyzną i koszykarzem, nie znaczy, że jestem twardzielem. To nie powoduje, że wszystkie wulgaryzmy i słowa krytyki po mnie spływają i mam je w gdzieś. Jesteśmy ludźmi, ale każdy jest inny. Mamy ludzkie odruchy.

Jeżeli trener krzyczy do mnie różne epitety, że się nie nadaję, to może problemem jest coś więcej niż moja dyspozycja w danym momencie. Może sytuacja w drużynie, w klubie jest taka, że zawodnik nie potrafi dać z siebie wszystko? Może błąd popełniono przy budowaniu zespołu, może nie pasuję do tej filozofii gry? Robię to, co najlepiej potrafię, staram się. Jeżeli trener nie widział wcześniej moich słabości, a później je dostrzega, wyciąga i mnie wyzywa, to chyba przerasta go rola trenera.

Wielokrotnie spotkałem się z takimi gierkami psychologicznymi u trenerów. Takimi, które mają wycyckać wszystkich dwunastu gości. Trener jest jeden, zawodników dwunastu. Trener myśli, że jest mądrzejszy, niż wszyscy razem wzięci. Nie, tutaj mamy jeden mózg, kontra 12 – wśród tych dwunastu zawsze znajdzie się ktoś, kto rozłoży taką teorię na łopatki. Zamiast szacunku w oczach drużyny, taki trener wzbudza politowanie, bo mówi jedno, myśli, że jest cwańszy, a reszta wie, że to nie jest prawda.

Kolejna strona medalu, ta mniej kolorowa w naszej branży jest taka, że jesteśmy rozliczani z wyników, nikogo nie obchodzi, czy prezes płaci czy nie płaci. Czy jest kawałem ch**a, który przed świętami powiedział zawodnikom, że utnie wszystkim 50% wynagrodzenia. A nie ma koszulek na treningi, nie ma dwóch miesięcy wypłaty, nie ma fizjoterapeuty.
Po dwóch miesiącach idziesz jeszcze do prezesa zapytać o swoje pieniądze, a on jeszcze wylatuje do ciebie, że jaką czelność masz się jeszcze upominać i na co ty wydajesz swoje pieniądze? To jest głęboki i śliski temat.

Dlaczego w strukturach federacji koszykówki na przykład na Litwie, w Rosji, czy Turcji zawsze zostają jacyś koszykarze? A jak jest u nas – proszę zobaczyć jak wykorzystuje się potencjał byłych polskich gwiazd koszykówki.

Dlaczego u nas, zawodnik ma przerąbane u polskiego trenera? Dlaczego zagraniczny trener częściej jest w stanie dostrzec dobre rzeczy, które umie Polak i je wykorzysta, a polski trener z góry zakłada, że ten Polak tak nie zrobi? Nie jest to normalne, sami sobie podcinamy skrzydła, nie tylko w sporcie. Potrafimy grać w koszykówkę, co pokazały ostatnie MŚ w Chinach.

Jakie momenty w Twojej długiej, dotychczasowej karierze najbardziej utkwiły Ci w pamięci? Które miały szczególne znaczenie?

Sukcesy to nie wszystko. Myślę, że bardzo dużo na mnie wpłynęły te relacje w szatni z kolegami, poznawanie różnych kultur – grałem z wieloma Amerykanami, Serbami, Chorwatami, Litwinami, Grekami, Węgrami … Poznałem mnóstwo narodowości. Budowanie takich relacji międzyludzkich w szatni jest bardzo istotne, ale oczywiście musi być chemia, aby drużyna dobrze funkcjonowała. W teamie potrzebne są pozytywne fluidy, relacje na zasadzie “ja ufam Tobie, Ty ufasz mi”, na tym też buduje się wynik.

Sukcesy, wyjazdy, nagrody, wyróżnienia – teraz dopiero to odczułem. Dopiero w tym roku po raz pierwszy od 20 lat nie miałem czegoś takiego, że telefony do mnie dzwonią. Wszyscy się na mnie wypięli, mieli w nosie to, że rok wcześniej zanim przyszedłem do Arki i złapałem dwie kontuzje, miałem najlepszy sezon w swoim życiu i to mimo 38 lat. Nikt tego nie pamiętał.
Reprezentacja Polski osiągnęła niebywały sukces, a z drugiej strony wprowadzono przepisy, które trochę skomplikują sytuację Polaków. Już teraz widać to na sposobie budowania drużyn w PLK. Nie ma czegoś takiego, że Polacy są brani pod uwagę w pierwszej kolejności, tylko są dodatkiem do obcokrajowców.

Wydawało się, że zakończysz karierę w Treflu, ale drogi z Twoim najważniejszym klubem się rozeszły. Jak teraz, już z perspektywy miesięcy, oceniasz powody tego rozstania? Czy myślisz, że kiedykolwiek założysz jeszcze koszulkę Trefla, choćby w meczu pożegnalnym?

Wolałbym nie poruszać tematu Trefla, bo to dla mnie zamknięty rozdział, a jednocześnie mógłbym opowiadać o tym godzinami. Jestem zawodowym sportowcem. To media, kibice, łączyli mnie z Treflem. A klub sam pokazał jak traktuje zawodnika, który podobno był „ikoną sopockiej koszykówki”.

Przez kilka lat wspólnej gry mieszkasz z kimś w pokoju, dzielisz się swoimi przemyśleniami, marzeniami, planami. Myślisz, że możesz liczyć na wsparcie, kiedy jesteś w potrzebie, bo to przecież naturalne, ja bym tak się zachował, a okazuje się, że każdy myśli tylko o własnych czterech literach.

Zawiodłem się w Sopocie na ludziach, których uważałem za swoich przyjaciół. Czytałem Twój wywiad z Marcinem Dutkiewiczem, przeciwko któremu zresztą zagram w tym sezonie. Marcin mieszka w Sopocie i chciał grać w Treflu. Z tekstu wynika, że był blisko podpisania kontraktu. Wspomniał, że przez ponad miesiąc był zwodzony za nos. Czytając to przeżyłem pewne deja vu.

Nie miałem wypisane na czole, że karierę muszę skończyć w Treflu. Ktoś mnie nie chciał, OK, taka dola sportowca, ale wystarczy to w cywilizowany sposób przekazać, a nie dorabiać niepotrzebne ideologie i historie. Klasę się ma, a nie miewa. Żal mi kibiców, których na meczach Trefla kiedyś było zdecydowanie więcej. Zresztą dzisiejszy klub z Sopotu ma niewiele wspólnego z Prokomem Treflem, w którym przeżyłem wiele wspaniałych momentów.

Panowała opinia, sam w wywiadach wspominałeś, że nie przepadasz za oglądaniem koszykówki i nie bardzo się nią interesujesz. Czy to się jakoś na przestrzeni lat zmieniło?

Nie, nic się nie zmieniło – dalej nie oglądam i dalej się nie interesuję (śmiech). Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale to, że uprawiam tę dyscyplinę sportu, nie obliguje mnie do tego, że muszę ją oglądać.

Ciężko mi to wytłumaczyć, w zasadzie nie oglądam żadnego sportu. Nie oglądam nawet wyścigów samochodowych, mimo, że jestem wielkim fanem motoryzacji. Wolę oglądać na przykład na National Geographic program o budowie samolotu Jumbo Jeta albo o platformie wiertniczej na jakimś oceanie i to mnie bardziej interesuje niż to, czy LeBron James przebiegnie boisko używając dwóch kozłów (śmiech).

Po ostatniej kontuzji w barwach Arki, wielu myślało, że przekreśliła Twoją dalszą karierę. Zdecydowałeś się jednak na pierwszoligową Polonię Leszno. Co przekonało cię najbardziej? Wspominałeś, że telefon milczał.

Zacznę może od tego, co złożyło się na to, że mój telefon milczał. Pierwsza sprawa to moja kontuzja, o której wspomniałem. Powiem z pełną odpowiedzialnością, że niepotrzebnie straciłem poprzedni sezon. Kontuzja, którą miałem, została źle zdiagnozowana. Nie była na tyle poważna żeby wyeliminować mnie na tak długi okres. Sam proces diagnozy, leczenia i innych rzeczy był obrany w złym kierunku.

To nie jest mój żaden problem czy oskarżanie kogokolwiek. O tym, że leczenie mogło i powinno wyglądać inaczej, dowiedziałem się dzięki prywatnej wizycie u doświadczonego w kontuzjach Achillesa specjalisty. Niestety, dowiedziałem się o tym, kiedy trwały play-offy. Na powrót do pełnej sprawności w ubiegłym sezonie po prostu zabrakło czasu. Dowiedziałem się jednocześnie, że kolejny sezon będę mógł grać.

Przygotowywałem się indywidualnie przez 1,5 miesiąca do tego sezonu z moją trenerką Natalią, którą bardzo serdecznie pozdrawiam! Tak na dobrą sprawę, przygotowany przyjechałem już do Leszna. A dlaczego tam? W PLK osiągnąłem wszystko. W moim wieku, bardziej zależało mi na miejscu, w którym mnie chcą i widzą mnie w swojej koncepcji. Albo ktoś mnie chce i szanuje, to pójdę do takiego klubu, albo nie.

Po rozmowie z prezesem Jackiem Kaszubą, po rozmowach z Kamilem Chanasem stwierdziłem, że wszystko odsuwam na bok. Teraz ja chcę dać tego pstryczka w nos osobom, które postawiły na mnie kreskę. Ale przede wszystkim chciałbym zrobić coś dobrego dla klubu, kibiców z Leszna, dla prezesa. Odwdzięczyć się mu za zaufanie, pomóc drużynie w osiągnięciu sukcesu.

Jeżeli będziemy mieć szczęście – nie powiem, że jak Bóg da, bo nie jestem zbytnio wierzący (śmiech) – praca, którą wykonamy sprawi, że uda nam się zrobić coś większego i wtedy będę szczęśliwy. Nie oszukujmy się, dla mnie teraz celem jest wprowadzenie Leszna do ekstraklasy. Wiem, że prezes by tego chciał, chcieliby tego włodarze miasta. Jest mistrz Polski na żużlu, więc dlaczego nie miałoby być i koszykówki w PLK i dlaczego Filip Dylewicz nie miałby w tym maczać palców? (śmiech).

To jest marzenie, nie będzie łatwe do zrealizowania, ale cele trzeba mieć. Nawet jeśli są nieosiągalne, trzeba o nich marzyć i dążyć do realizacji. Zrobię wszystko, aby pomóc nie tylko trenerowi, prezesowi, kibicom, ale też sobie – pokazać, że jeszcze mogę.

Czy to była trudna decyzja ze względów także psychologicznych i prestiżowych? Po tylu latach na szczycie, finał kariery na niższym szczeblu? Czy uznałeś, że to raczej naturalny znak czasu?

Jestem sportowcem, mam ambicje i dla mnie to nie jest żadna ujma, że będę grał w niższej lidze. Wręcz przeciwnie.

Kiedyś byłem na spacerze w Gdyni i zaczepił mnie pewien agent. Powiedział mi coś, co pokazuje jak rozumują niektórzy prezesi w Polskiej Lidze Koszykówki. Opowiada historię:
Słuchaj, idę do takiego prezesa i mówię mu:

  • prezes, mam bardzo fajnego Polaka, średnio walił 10 oka, jest dobrze ograny, całkiem nieźle się prezentuje i taki koleś jest za 3 tysiące dolarów.
    A taki prezes odpowiada:
  • czy ty jesteś nienormalny? 3 tysiące dolarów za Polaka?! Czy ty jesteś chory?
  • sorry, sorry, mamy jeszcze takiego chłopaka z Ameryki po high school!
  • daje z góry?
  • daje z góry!
  • ile?
  • 3 tysiące
  • dobra, bierzemy, bierzemy!

I to jest chore. Taki zagraniczniak będzie wielką niewiadomą. Dodatkowo, trzeba zapłacić za jego licencje, transport, dać mu samochód, zapewnić mieszkanie. Prestiż to nie wszystko. Żeby być dobrym zawodnikiem, trzeba grać. A żeby grać trzeba być godnym w oczach trenera, żeby dostawać minuty – w ekstraklasie będzie to trudne.

To jest niewiarygodne, że są trenerzy w PLK, którzy zamiast ambitnych zawodników bijących się o minuty gry wolą zatrudnić gościa, który na treningach przyjmuje „OPR.”, a jego rola w zespole jest marginalna. Sam usłyszałem, że jeśli nie chcę się zgodzić na grę po 5 minut, tylko chcę 20 i więcej, to jest to problem dla trenera.

Mam schować ambicję tylko dlatego, że mój PESEL wskazuje, że mam 39 lat i każdy obcokrajowiec jest lepszy? Niech to zweryfikuje boisko. Tym właśnie różnimy się od bardziej rozwiniętych koszykarsko krajów. Nie ważna jest forma, to jak wyglądał Twój poprzedni sezon oraz to, czy jesteś podatny na kontuzje czy nie. Rozmowa o kontrakcie rozpoczyna się od przypomnienia roku urodzenia.

Popatrzmy na nowych mistrzów świata. Trzon reprezentacji Hiszpanii to koszykarze urodzeni w latach 80-tych. Luis Scola jest ode mnie o 3 miesiące młodszy, a każdy kto oglądał mecze Argentyny widział jak gra i ile dał zespołowi.

Wszystko zależy od trenera, ale doświadczenia, a przez to i umiejętności, nie kupisz. Chyba, że byłeś wybitnym zawodnikiem, na barkach którego przez lata kariery ciążyła odpowiedzialność za wynik.

To będzie Twój pierwszy raz na zapleczu ekstraklasy. Jak zawsze kojarzyła Ci się pierwsza liga?

Nie interesowałem się pierwszą ligą. Do niedawna niewiele wiedziałem na jej temat. Dla mnie najważniejszy jest cel i miejsce, w którym przebywam, Jestem w Lesznie i zrobię wszystko, aby być ważną postacią. Dla mnie zawsze liczy się gra zespołowa, nie indywidualność i jakieś fisiowanie – oddawać po 20 rzutów w meczu, bo to nie jest sztuka.

Sztuką jest to, żeby moi koledzy czuli się dobrze w moim towarzystwie, bo to ja przychodzę do nich. Nie chcę żeby oni przygaśli, aby cała odpowiedzialność spadała na mnie. Tak nie osiągnie się sukcesu.

Do jakich wniosków dochodzisz, po krótkim, ale z pewnością intensywnym czasie spędzonym w Lesznie? Jaki to będzie sezon?

Ciężko powiedzieć. Sam przeskok z ekstraklasy do 1. ligi jest dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Jest sporo różnic, które odgradzają od siebie te dwie ligi. Różnica między drużynami, które są wielkie – powiedział mi to kiedyś pewien trener – pokroju Realu, Barcelony, a między drużynami z niższej półki, zawsze tkwi w szczegółach. Każdy z nas biega, każdy z nas rzuca, każdy jest człowiekiem i ma jakieś umiejętności. Natomiast jeśli dodamy do tego szczegóły, które sprawią, że ktoś będzie otwarty, będziemy lepszą drużyną, czy to się przełoży na sukces? Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Życzyłbym sobie tego, życzyłbym tego prezesowi, drużynie i kibicom.

Czy trener Dawid Mazur oraz prezes klubu, Jacek Kaszuba mieli jakieś oczekiwania wobec Ciebie?

Nie było, a nawet nie powinno być czegoś takiego. Albo jest zaufanie, które spowoduje, że drużyna będzie lepsza, albo coś nie gra. Nie powinno być tak, że ktoś powie “Dylewicz, Ty masz przyjść do pierwszej ligi i wszystkich w tej pierwszej lidze na parkiecie pozabijać”.

Idiotyczne jest mówienie, że jak ktoś przychodzi z PLK to musi więcej – koszykówka to jest pięciu gości. Tutaj nie było czegoś takiego. Jest tylko presja najbliższego spotkania w sobotę, ale to wszyscy wiemy z jakiego powodu (śmiech). To jest smaczek, który wszystkich napędza.

Jaka jest recepta na koszykarską długowieczność?

Geny. Widzę po sobie, to czy ktoś jest kontuzjogenny, czy łatwiej mu przychodzą pewne rzeczy, uwarunkowane jest tylko genetyką. Jeśli postawimy obok siebie dwóch czterdziestolatków, to oni nie będą identyczni. Ale cała filozofia tkwi w umiejętność odróżnienia tego. Często boli mnie to, że przypominane jest to, że jestem starym dziadem (śmiech).

Czy to już jest TEN, ostatni sezon Filipa Dylewicza, czy nie wykluczasz, że będziesz grał jeszcze dłużej? Udowodnisz, że nie powiedziałeś jeszcze ostatniego słowa?

Nie ma czegoś takiego. Dopóki mogę, dopóki ciało, poziom sportowy, w mojej ocenie będzie zadowalający, nie będę zastanawiał się czy skończę teraz, za rok czy za 5. Dopóki jestem potrzebny i sprawia mi to przyjemność, nie ma takiego tematu. To brzmi może zbyt dyplomatycznie, ale na pewno jeszcze zrobię tak, żeby było dobrze i bym czuł się potrzebny.

Pamela Wrona, @PamelaWrona

POLECANE