Finał NBA – 5 powodów, dlaczego wygrają Warriors

Share on facebook
Share on twitter

Przy okazji trzeciej odsłony rywalizacji Cleveland Cavaliers i Golden State Warriors znów faworytami będą ci drudzy. Oto 5 głównych argumentów za tym, dlaczego to oni na koniec wzniosą trofeum Larry’ego O’Briena.

Draymond Green (fot. Wikimedia)

W takich butach wymiata Stephen Curry >>

1. Najlepsza drużyna w historii
Póki co najlepsza wciąż tylko na papierze, ale trudno zaprzeczyć, że w Oakland zebrano w tym roku najbardziej gwiazdorski skład w historii NBA. Warriors mieli aż czterech reprezentantów w ostatnim Meczu Gwiazd. Trzech z nich załapało się też do dwóch z trzech najlepszych piątek sezonu.

Do „Line-upu Śmierci” w miejsce Harrisona Barnesa włączono Kevina Duranta, MVP rozgrywek 2013/14, który stanowi ogromną wartość dodaną, co prawda nakładającą na zespół nieco dodatkowej presji, ale przede wszystkim zapewniającą mu jeszcze większą siłę rażenia. Przewaga talentu w tym przypadku może być już dla LeBrona nie do przeskoczenia.

2. Obrona
O ile pod względem potencjału ofensywnego obie drużyny można jeszcze porównywać, to w obronie lepiej do tej pory wypadali Warriors. W 12 meczach w play-off tracili średnio 99,1 punktu na sto posiadań (pierwsza piątka raptem 93,4 pkt.!). Poza tym co mecz zdobywali 18,3 punktu bezpośrednio po stratach rywali i tylko Bucks oraz Thunder byli pod tym względem lepsi. Zastępujący na ławce trenerskiej Steve’a Kerra Mike Brown do grona wybitnych szkoleniowców nie należy, ale akurat na defensywnie się zna i tu może swoim graczom pomóc.

Spurs musieli radzić sobie bez Kawhia Leonarda, jednak skoro nawet im – najlepszej obronie rundy zasadniczej – Warriors byli w stanie rzucać po 124,5 pkt. w meczu, to tym bardziej niepewni w tym elemencie Cavs będą mieć spory problem.

3. Nauczeni na błędach i żądni rewanżu
Draymond Green złapał wprawdzie w tym play-off dwa przewinienia techniczne, ale w porównaniu z tym, co działo się przed rokiem, wydaje się wyjątkowo spokojny. Nie ma firmowych swego czasu kopnięć poniżej pasa, nie ma też kontrowersyjnych nagłówków w mediach. Po tym, jak jego zawieszenie na mecz numer 5 poprzednich finałów okazał się punktem zwrotnym w rywalizacji i pozwolił ekipie z Cleveland zaliczyć historyczny powrót od stanu 1-3 w serii, podkoszowy Warriors ewidentnie wyciągnął wnioski i stara się przyciągać mniej uwagi.

Tym razem nie było też bicia legendarnych rekordów. „Wojownicy” zrobili tylko tyle, ile musieli, aby zapewnić sobie najlepszy bilans w lidze. Mając w pamięci wydarzenia z poprzedniego sezonu, z pewnością trudno byłoby sobie wyobrazić większy poziom motywacji, niż panuje obecnie w ich szatni. Również w kontekście Kevina Duranta, zamieszania, jakie towarzyszyło jego przejściu do Oakland oraz pierwszych finałów przeciwko LeBronowi z 2012 roku.

Kolekcja zegarków NBA – Tissot w szczytowej formie! >>

4. Zdrowy Stephen Curry
Przed rokiem rozgrywający został pierwszym w historii jednogłośnie wybranym MVP sezonu regularnego, ale już w fazie play-off dopadły go problemy zdrowotne. Najpierw kontuzjował kostkę, a chwilę później uszkodził też więzadło poboczne piszczelowe (MCL) w prawym kolanie, przez co musiał pauzować dwa tygodnie. W samych finałach grywał w kratkę, w 4 z 7 spotkań nie dobijając do progu 20 oczek.

Teraz udało mu się uniknąć urazów, a pod względem strzeleckim rozgrywa najlepsze play-offy w karierze, notując średnio 28,6 punktu przy skuteczności na poziomie 50,2 proc. z gry i 43,1 proc. z dystansu. W dodatku tym razem nie musiał rozgrywać 7-meczowej serii z Thunder. Przed startem finałów miał aż 9 dni wolnego, no i nie będzie miał naprzeciwko siebie niezłomnego Matthew Dellavedovy.

5. Statystyka
Jak pokazuje historia, zdecydowanie częściej zwycięsko z mistrzowskiej batalii wychodzą te drużyny, które na koniec rundy zasadniczej wywalczą sobie przewagę własnego parkietu. Na przestrzeni 21 kolejnych sezonów bywało tak aż 15 razy. Ostatnie finały stanowiły odstępstwo od tej reguły, jednak biorąc pod uwagę wszystkie wymienione czynniki, szanse na to, że tegoroczne rozstrzygnięcie będzie jej potwierdzeniem, są naprawdę duże. Oracle Arena już szykuje konfetti.

Mateusz Orlicki

W takich butach szaleje Kevin Durant – zobacz! >>

POLECANE