Finały na triple double – LeBron pierwszy w historii?

Share on facebook
Share on twitter

Cavaliers w rywalizacji z Warriors znaleźli się nad przepaścią, ale LeBron James robi co może, aby nie dopuścić do katastrofy. Lada chwila może zostać pierwszym koszykarzem w historii, który zakończy finały ze średnimi na poziomie triple double.

LeBron James (fot. Wikimedia)

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

Golden State Warriors prowadzą w tej serii 3:0 i zaraz mogą przypieczętować drugi mistrzowski tytuł na przestrzeni trzech lat, dopełniając tym samym brutalnej zemsty za zeszłoroczną kompromitację. Ekipa z Oakland pisze swoją historię (15-0 w play-off), ale i LeBron James pisze swoją. Bo choć czwartego pierścienia prawdopodobnie już nie wyszarpie, to do siebie większych pretensji mieć nie może.

Nawet w 2015 roku, kiedy musiał radzić sobie bez Kyriego Irvinga i Kevina Love’a, nie miał tak imponujących cyferek. Na boisku spędzał do tej pory po 41,7 minuty (to o dwie więcej od Kevina Duranta) i notował w tym czasie 32 punkty, 12,3 zbiórki, 10,3 asysty oraz po 1,3 przechwytu i bloku.

Można wytykać mu słabszą skuteczność w drugich połowach (średnio 10,7 pkt. przy 38,7 proc. z gry w porównaniu z 21,3 pkt. i 70,6 proc. do przerwy), lecz sam „Król” na pytania o zmęczenie zauważa, że pod tym względem wszystko jest ok, a na potwierdzenie tych słów ma przecież średnie na poziomie triple double.

Jeśli utrzyma takie statystyki do końca finałów, zostanie pierwszym koszykarzem w historii, któremu się to udało. Już w niedzielę wyrównał rekord Magica Johnsona pod względem liczby triple double w finałach, zaliczając w nich ósmy taki występ w karierze. Teraz ma kolejną szansę zrobić coś, czego nie zrobił jeszcze nikt przed nim. Gdyby Cavs polegli także w czwartym pojedynku z Warriors, wystarczyłyby mu 3 zbiórki i 9 asyst.

W ogóle w historii ligi było dotychczas tylko sześciu graczy, którzy zdołali wykręcić takie cyferki w całej rundzie play-off. Byli to Magic Johnson (’80, ’82, ’83, ’91), Wilt Chamberlain (dwukrotnie w ’67), Oscar Robertson (’62), Fat Lever (’85), Jason Kidd (’02, ’07), a w tym roku dołączył do nich także Russell Westbrook.

LeBron póki co takiej serii w karierze jeszcze nie zaliczył, choć kilka razy był naprawdę blisko. I choć jego zespół przegrywa, to niewątpliwie potwierdza to, że jest obecnie w życiowej formie. Ma po prostu pecha, że trafił z nią akurat w moment, w którym na Zachodzie uformowała się tak piekielnie skuteczna machina jak Warriors.

Krytykom LeBrona Jamesa i fanom Michaela Jordana łatwo będzie teraz deprecjonować wszelkie, indywidualne osiągnięcia lidera Cavaliers. MJ w całej swojej karierze w fazie play-off zaliczył tylko dwa triple double, ale nigdy nie przegrał finałów. Z drugiej strony, można zaryzykować stwierdzenie, że nigdy też nie miał w nich do czynienia z tak trudnym rywalem.
Mecz numer 4 w nocy z piątku na sobotę o godz. 3.00 polskiego czasu.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

Mateusz Orlicki

POLECANE