Frazier Johnson – gonił, by znokautować

Share on facebook
Share on twitter

Dariusz Tomaszewski uciekł między kibiców, schował się za trybuną. Spękał, ale naprzeciw siebie miał bestię. Amerykanin wyglądał tak, jakby chciał go zabić.

Szukasz butów retro – sprawdź kolekcję w Sklepie Koszykarza >>

Frazier Johnson (fot. „Basket”)

Szukasz butów retro – sprawdź kolekcję w Sklepie Koszykarza >>

To był ostatni dzień 37. turnieju o Puchar Wojewody Warszawskiego, rozgrywanego na przełomie 1995 i 1996 roku. Mecze o miejsca w hali Legii na Bemowie rozgrywali reprezentacja Polski z Partizanem Belgrad (91:75), Atletas Kowno ze Sztokholm Capitals (77:74), Mazowszanka z reprezentacją Białorusi (91:72) oraz Dojlid Białystok z Polonią Warszawa (105:100).

Najwcześniej odbyło się oczywiście to ostatnie spotkanie, o 7. miejsce. Dojlidy prowadziły i przeważały – do przerwy było 59:47, białostocczanie kontrolowali sytuację. 72 sekundy przed końcem, przy stanie 104:98 dla nich, dwa rzuty wolne wykonywał Maciej Gordon z Polonii.

Frazier Johnson, gwiazda Dojlid, mierzący 206 cm wzrostu 25-letni wówczas środkowy – naprawdę wielki, silny gość o twarzy, na której szeroki uśmiech potrafił w sekundę zmienić w grymas wściekłości – poszedł na drugą stronę boiska, pod atakowany kosz. Za nim podążył polonista Dariusz Tomaszewski.

I nagle zaczął uciekać! Wpadł między stojących kibiców, schował się za jedną z trybun. I kontrolował sytuację – gdy Johnson wbiegał za nią z jednej strony, on chował się z drugiej. Nie dał się złapać.

Dobrze, że była tam Michelle

Michelle Johnson

Do Fraziera podbiegł Gordon. – Chciałem go zatrzymać uspokoić sytuację. Powiedziałem coś w stylu „Easy, easy” i dostałem pięścią w twarz. W sumie mogłem się tego spodziewać, ale myślałem, że mój spokojny ton głosu trochę go ułagodzi – śmieje się teraz Gordon.

Co się właściwie stało? – Kiedy staliśmy przy rzutach, Johnson cały czas lekko uderzał mnie łokciem i kopał po nogach. Odepchnąłem go więc ręką w twarz. Wtedy rzucił się na mnie z pięściami – tłumaczył Tomaszewski.

Ale jego sprowokowali też koledzy – Darek był wychowankiem MKS MOS Pruszków, a podczas meczu Dojlid z Polonią jego koledzy z byłego klubu siedzieli na trybunach czekając na swoje spotkanie z Białorusią. „Weź mu oddaj!”, „Darek, strzel mu” – tego typu teksty usłyszał Tomaszewski. No i nie wytrzymał – strzelił Frazierowi „blaszkę”, czyli klepnął go otwartą pięścią w czoło.

Uderzenie w twarz w Stanach oznacza: „Bijmy się!”. A ten uciekł… Mój mąż jest zresztą spokojny. Po raz ostatni bił się na boisku chyba w szkole średniej. Ale tutaj mu się nie dziwię – mówiła po meczu żona Fraziera, Michelle.

Johnson zdobył w meczu z Polonią 43 punkty, a po uderzeniu Gordona został oczywiście zdyskwalifikowany. Okiełznali go dopiero żona i trener Dojlid Adam Wyszczelski. Hali opuścić nie chciał i nikt nie potrafił go do tego zmusić.

Zjadł wypowiedzenie kontraktu

Frazier Johnson

Johnson przyjechał do Polski po rozpoczęciu sezonu, zastąpił w Dojlidach Darryla Reeda, który wyjechał z Białegostoku z dnia na dzień. – Poprosiłem tego samego agenta, żeby sprowadził mi kogoś szybko na jego miejsce. I przysłał mi tego, he, he, he, Fraziera Johnsona – zaczyna śmiać się Mirosław Noculak, trener Dojlid na początku sezonu 1995/96.

Przywiozłem go do Białegostoku z Okęcia i mówię mu: „Słuchaj, Frazier, obowiązują takie i takie zasady”. A on spojrzał mi w oczy i takim spokojnym tonem odpowiedział: „Coach, ja znam wszystkie zasady”. Ja nie miałem z nim problemu – mówi Noculak, który jednak szybko pożegnał się wtedy z Białymstokiem.

Johnson grał świetnie, razem z Tyronem Thomasem tworzył mocny duet – on rzucał średnio po 23,3 punktu w meczu, jego rodak dodawał po 25,4. Frazier, który wcześniej rozegrał kilka spotkań na uczelni Temple m.in. z Eddiem Jonesem czy Aaronem McKie, był silny, twardy, skuteczny i efektowny w podkoszowym tłoku.

Był też nieprzewidywalny. – Miał swoje napady, był strasznym nerwusem. Generalnie spokojny, ale nagle, nie wiadomo skąd, potrafił zwariować. Pod koniec sezonu prawie pobił Marcina Krajewskiego, miał też starcia z Andrzejem Sinielnikowem. Był chętny do bójek, ale nikt za bardzo nie chciał z nim stanąć – wspomina Tomasz Kujawa, rezerwowy Dojlidów w sezonie 1995/96.

Inne numery Johnsona? W Zielonej Górze, gdy dostał dyskwalifikację i musiał opuścić halę, zaczepiany przez kibiców wziął do ręki miotłę do wycierania parkietu, połamał ją, a potem groził i kibicom, i ochroniarzom. Podobno zjadł także wypowiedzenie kontraktu, które otrzymał w klubie. Tak, zjadł – kartkę papieru.

Dusił swoją dziewczynę

Gdyby w połowie lat 90. Internet śmigał jak dziś, a skauting nie ograniczał się do podania wzrostu i pozycji, w Białymstoku pewnie nigdy by Fraziera Johnsona nie sprowadzili. Już w 1991 roku, gdy przychodził do Temple, wiadomo było, że mogą być z nim kłopoty.

Frazier wychowywał się w Little Rock, w Arkansas, w wielodzietnej rodzinie z siódemką braci i sióstr, ale bez ojca, który ich zostawił – gdy Johnson miał 14 lat tata po prostu wyszedł z domu i nigdy nie wrócił. Potem matka trafiła do więzienia ze względu na przestępstwa związane z narkotykami.

On sam chciał być po prostu rybakiem, w kosza zaczął grać późno. Ale z niezłymi efektami – po ukończeniu szkoły średniej spędził dwa lata w junior college, potem dostał stypendium z Temple. To była dla niego wielka szansą, ale Johnson jej nie wykorzystał – w pierwszym sezonie miał ogromną nadwagę, zwykle siedział na ławce z nadmiarem przewinień.

Ale w drugim sezonie z Temple wyleciał. Dlaczego? Bo niemal udusił swoją dziewczynę, a podczas dochodzenia okazał się, że już wcześniej ją bił i miał jeszcze jedną sprawę o pobicie.

I to chyba dobrze, że Dariusz Tomaszewski mu wtedy na Bemowie uciekł.

Łukasz Cegliński

Szukasz butów retro – sprawdź kolekcję w Sklepie Koszykarza >>

POLECANE