PRAISE THE WEAR

Gdynia się cieszy z nowego Asseco

Gdynia się cieszy z nowego Asseco

W Gdyni zaczynają wychodzić na prostą, a Marcel Ponitka już nie chce być tylko bratem swego brata.

asseco_hala_ogolneZnasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Po poprzednim, przegranym z Miastem Szkła meczu, nastroje kibiców w gdyńskiej hali były minorowe. Teraz nikt już o nich nie pamięta, bo powodów do zwieszania głów coraz mniej. 0-2 zmieniło się na 2-2, a gra wygląda lepiej.

„Szubi” gra, a nie gada

Po pierwsze: w meczu z Polfarmexem kibice od pierwszej minuty oglądali drużynę walczącą i wierzącą w swoje umiejętności. Po drugie, Przemysław Frasunkiewicz już nie stoi zrezygnowany, z zasępioną miną przy linii bocznej, ale reaguje na wydarzenia na parkiecie i dobrze rotuje składem, uważnie dając szansę gry tym mniej doświadczonym.

Wreszcie po trzecie: w końcu do Gdyni oficjalnie przybył Krzysztof Szubarga, który zajął się poważnym graniem, a nie dyskutowaniem z sędziami i wykrzykiwaniem uwag do młodszych kolegów.

Taka drużyna może być groźna dla każdego w lidze, o czym szybko przekonał się Polfarmex – gdy w 6. minucie Marcel Ponitka bezlitośnie ograł jeden na jeden Dardana Berishę, gdynianie prowadzili już 19:6 i zanosiło się nie tyle na drugie z rzędu zwycięstwo, co na pogrom.

Berisha czuje krew

Polfarmex w drugim meczu z rzędu zaliczył słaby początek – tym razem mimo przewagi w walce pod tablicami, długo nie potrafił znaleźć sposobu na wykorzystanie swoich atutów. Michael Fraser walczył jak lew, ale był osaczany przez obrońców i miał tradycyjnie spore problemy na linii rzutów wolnych.

W drugiej kwarcie mecz się wyrównał – m.in. dlatego, że krew w ataku poczuł Berisha. Nawet jeśli seryjne rzucanie trójek jest jego jedynym atutem, to nie da się ukryć, że potrafi to robić znakomicie. W ciągu kilku minut trafił czterokrotnie, najczęściej z ręką obrońcy na twarzy.

To, że seria Berishy spowodowała tylko wyrównanie meczu, a nie przewagę Polfarmeksu, gospodarze zawdzięczają skuteczności Szubargi i Filipa Matczaka. Bolączką Asseco wciąż są bowiem przestoje w ataku – np. gdy pewny na początku meczu Matczak przestaje grać jeden na jednego, a fantazja w ofensywie ponosi nawet najbardziej doświadczonego Piotra Szczotkę.

Czasy bez efektów

W wyrównanej końcówce w pewnym momencie na boisku zaczął panować chaos, ale na tym skorzystali gdynianie – dwie kontry skończone przez Matczaka dały im prowadzenie 68:65 na 2.40 minuty przed końcem czwartej kwarty.

Trener Polfarmexu Jarosław Krysiewicz zostawił sobie na końcówkę trzy przerwy, ale po nich jego zespół zagrał fatalnie, nie umiejąc wypracować sobie klarownej sytuacji do zdobycia punktów. Idealnym podsumowaniem i gwoździem do trumny był błąd 5 sekund po trzeciej przerwie na żądanie.

Marcel na Dardana

W Gdyni mają więc powody do radości – drużyna pokazuje, że skazywanie ich na niechybny spadek było przedwczesne. Na dodatek młodzi gracze zbierają powoli doświadczenie – nieźle radzi sobie Filip Put, pozytywny powrót po kontuzji zaliczył Mikołaj Witliński, a cichym bohaterem spotkania był Marcel Ponitka.

Frasunkiewicz wiedział co robi, wysyłając go do obrony przeciwko najlepszemu strzelcowi kutnian. Trójki trafiane z wyciągniętą ręką potrafią zdeprymować, ale charakternemu Ponitce to nie przeszkadzało.

W drugiej połowie wraz z kolegami nie tylko ograniczył strzeleckie zapędy Berishy, ale też w końcówce efektownie skończył kontrę i zebrał kluczową piłkę w obronie. Do brata jeszcze daleko, ale Marcel nie chce zawsze być w jego cieniu.

Michał Świderski, Gdynia

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>

Autor wpisu:

POLECANE

tagi

Aktualności

Los Angeles Lakers pokonali na wyjeździe New Orleans Pelicans 110:106. Tym sposobem “Jeziorowcy” zapewnili sobie awans do play-offów, a w pierwszej rundzie zmierzą się z Denver Nuggets. Z kolei Pelicans zagrają o ósme miejsce na zachodzie z Sacramento Kings, którzy rozbili Golden State Warriors aż 118:94. Dla “Wojowników” porażka oznacza koniec sezonu.
17 / 04 / 2024 6:38
– Koszykówka to moja ucieczka od codzienności – przyznaje koszykarz Mateusz Bręk, u którego sukcesy sportowe w ostatnim czasie przeplatały się z trudnymi doświadczeniami poza parkietem. Kogo dziś widzi? – Po prostu chyba szczęśliwego człowieka, który cieszy się tym, że mógł spotkać się w kawiarni i porozmawiać o życiu – odparł, dodając później, że rozmowa ta była pewnego rodzaju formą terapii.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami