Grzegorz Mordzak: Nie było odpuszczania, były charaktery

Share on facebook
Share on twitter

– Tydzień przed ślubem w Radomiu graliśmy o awans do ekstraklasy ze Startem Gdynia. Mecze w sobotę i w niedzielę. Dostałem dwa razy w samo oko. Za pierwszym razem miałem limo, a za drugim rozcięte. Wyobraźcie sobie jak wyglądałem… – o swoich koszykarskich przygodach opowiada Grzegorz Mordzak, weteran parkietów, zawodnik pierwszoligowej Pogoni Prudnik.

Grzegorz Mordzak / fot. Oliwer Kubus

Nike Kyrie 5 „Bred” –  w takich butach się teraz gra! >>

Pamela Wrona: Już 9 stycznia na liczniku wybije Ci liczba 42. Który to już sezon grasz w polskiej lidze? 23?

Grzegorz Mordzak: Tak dużo?! Myślałem, że 10 mniej! Powiem szczerze, że nie liczyłem – nie interesuję się aż tak koszykówką, ale rzeczywiście może być to mój 23 sezon (śmiech).

Jesteś aktywny od 1996 roku, także było ich naprawdę sporo. Zdarzało się, że miałeś 2 kluby w trakcie jednego sezonu…

Zgadza się. Wtedy mnie bodajże zwalniali (śmiech).

Przez ten czas nazbierałeś trochę punktów – przekroczyłeś już próg 8000 punktów!

8000 punktów… Zamiast podawać, musiałem chyba rzucać, dlatego mój łokieć po tylu sezonach wygląda tak, jak wygląda. Chyba podchodziłem do tego egoistycznie i teraz mam za swoje.

Spodziewałeś się kiedykolwiek, że po czterdziestce będziesz jeszcze z powodzeniem grał w koszykówkę?

Dziękuję za komplement, że z powodzeniem! Do koszykówki trafiłem przez przypadek i nie była to moja ulubiona dyscyplina. Muszę przyznać, że nigdy o tym tak nie myślałem i na pewno nie spodziewałem się, że po czterdziestce będę jeszcze biegał po parkiecie. Cieszę się, bo przynajmniej jeszcze tak mocno nie przytyłem, to chyba dzięki temu bieganiu za piłką (śmiech).

Z czego to może wynikać? Miałeś jakieś poważne kontuzje?

Oczywiście, że miałem, bo to nieodłączny element, gdy gra się przez taki długi czas, jednak nie były one na tyle poważne, żeby stracić sezon lub być wykluczonym z gry na kilka miesięcy. Najdłużej chodziłem około 11 tygodni o kulach. Naderwałem mięśnie łydki, ale miało to miejsce jeszcze w ubiegłym wieku, gdy grałem w Kościanie.

Zawsze trenerzy powtarzali mi, że nie byłem tytanem pracy. Musiałem mieć nad sobą bata. Jeżeli go miałem, to ciężko pracowałem. Między sezonami, jeśli tylko ktoś się odwrócił, powiem szczerze, że biegałem do „Żabki” jak była 22:55 i skończył się browar… (śmiech). Oczywiście żartuję, ale musiałem mieć nad sobą twardą rękę.

Browar, czyli słynny „garnek”?

O tak! Żeby trenerzy się nie połapali, mówiłem często do chłopaków: „kto preferuje na garnka?” i wszyscy wiedzieli, o co chodzi (śmiech).

Jak przebiegała Twoja kariera?

Zaczęło się od szkoły podstawowej, byłem dokładnie w siódmej klasie. Tak jak wspominałem, nie przepadałem wcześniej za koszykówką. Trener Jerzy Hajnsz był na jakichś zawodach sportowych i zaproponował mi treningi. Zacząłem na nie chodzić i po prostu zaszczepił we mnie tę pasję do koszykówki i tak zostało do dziś.

Miałem w życiu różne wzloty i upadki. Były chwile radości z wygrywania i awansów, ale były też chwile zwątpienia, że jednak to może nie jest to. Niekiedy mi nie szło, nawet w jednym meczu telewizyjnym. Pamiętam, zrobiłem 2 straty z rzędu w Pucharze Europy w sezonie 1996/97 – podczas meczu z belgijską drużyną z Ostendy. Było mi tak wstyd, że ponad tydzień nie chodziłem do szkoły (śmiech).

Później zacząłem inaczej podchodzić do tego sportu. Starałem się nie przejmować porażkami i takimi rzeczami, celebrując te pozytywne momenty. To mi pomagało i chyba dzięki temu psychicznie było mi łatwiej przez te lata wszystko udźwignąć i nie zwariować.




Mówiliśmy przed chwilą o dużej liczbie sezonów. Które wspominasz najlepiej?

Taki szczególny, który najbardziej zapadł mi w pamięci, to był sezon w Turowie Zgorzelec, kiedy awansowaliśmy. Bycie w Asseco Gdynia też naprawdę dobrze wspominam. Mieliśmy naprawdę miłą i fajną atmosferę w zespole, trzymaliśmy się wszyscy razem. Nie mówię, że w innych tak nie było, jednakże ten, osobiście, wspominam najmilej.

Domniemam, że i ciekawych anegdotek też masz co niemiara…

Ogólnie podczas mojego grania w koszykówkę miałem mnóstwo różnych anegdotek – oczywiście nie wszystkie nadają się do publikacji z wiadomych względów (śmiech). Ale np. często wspominam sytuację, gdy byliśmy na zagranicznych pucharach. Poszliśmy na kolację do restauracji i pani kelnerka zbierała zamówienia na napoje w języku angielskim. Jedna osoba mówi do drugiej: „Co chcesz? Ja zamówię”. On na to, że prosi o wodę niegazowaną. Przychodzi do zamówienia i odpowiada: „Please water, ale no bombels” (śmiech).

Pamiętam jak graliśmy kiedyś mecz w Sosnowcu i zapomniałem stroju. Pożyczyłem od chłopaka, który mniej grał i siedział zawsze w dresach. Akurat wtedy mecz się tak potoczył, że przegrywaliśmy jednym punktem, zostałem sfaulowany i miałem dwa rzuty wolne i jednego z nich nie trafiłem, czyli była dogrywka. W dogrywce kilku z nas musiało zejść za 5 fauli… W tym ja. Ostatni chłopak, który został, to był właśnie ten bez stroju. Nie mógł wejść, więc mecz kończyliśmy w czwórkę. Utkwiło mi to w pamięci, bo później miałem trochę przechlapane.

Miałem też dobry rzut z 3/4 boiska w Dąbrowie. To był wariacki rzut, bowiem przegrywaliśmy i pamiętam, że Grzesiek Grochowski miał osobiste i nie trafił specjalnie drugiego, aby zebrać piłkę i zyskać te 2 sekundy, ale niefortunnie się odbiła… Dostałem piłkę w ostatniej chwili i wygraliśmy jednym punktem dzięki takiemu trafieniu.

Kiedyś była też sytuacja z Mirkiem Łopatką – byliśmy wtedy w Zgorzelcu. Generalnie miał większą stopę ode mnie – on rozmiar 48, a ja 47. Przychodzę przed meczem do szatni, wszyscy już na boisku, a ja patrzę, nie ma moich butów. Mówię „Cholera, co jest?”. Okazało się, że on ubrał moje, swoje zostawił.

Tydzień przed moim ślubem w Radomiu graliśmy o awans do ekstraklasy ze Startem Gdynia. Mecze były w sobotę i w niedzielę. Dostałem dwa razy w samo oko…

Za pierwszym razem miałem limo, a za drugim rozcięte. W dniu uroczystości pojechałem po żonę, która była umówiona u kosmetyczki, a kosmetyczka: „A co, Pani mąż jest bokserem?”. Moja żona: „Nie nie, On tylko w koszykówkę gra…”. Także proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałem.

Czy są jacyś trenerzy, którzy szczególnie zapadli Ci w pamięci?

Trenerów miałem naprawdę wielu. Chciałbym na to pytanie odpowiedzieć tylko „wszyscy”, bo każdemu z nich wiele zawdzięczam i wspominam dobrze naszą współpracę. Ale jakbym miał wskazać takich moich mentorów, z pewnością byłby to trener, który mnie wychował, czyli Jerzy Hajnsz.

Następnie Czesław Daś, Sasza Krutikow, Leszek Marzec, Tomasz Służałek, Jacek Winnicki, Dominik Derwisz oraz Tomasz Michalak. Przepraszam tych, których nie wymieniłem, a przyczynili się do tego, abym w tym wieku mógł jeszcze szusować za tą „pomarańczą”, ale niekiedy aż trzech trenerów prowadziło jeden zespół w trakcie rozgrywek.

A Twoi koledzy z boiska?

Wiadomo jak jest w życiu, ciężko jest utrzymać ze wszystkimi stały kontakt, ale wiele z nich przetrwało do dziś. Na boisku musieliśmy tworzyć jeden kolektyw, więc współpraca powinna być jak najlepsza. Niekiedy funkcjonowało to inaczej, ponieważ zdarzało się, że trafiałem do jakiegoś zespołu, gdzie wcześniej darłem koty z jakimś zawodnikiem. Później okazywało się, że prywatnie zostawaliśmy dobrymi kolegami i byliśmy nimi do tej pory. Ta lista jest tak długa, że kolejny raz bałbym się, że kogoś pominę (śmiech).

Gdybyś mógł cofnąć się do wybranego sezonu i coś zmienił, co by to było?

Generalnie koszykówka jest ważnym elementem w moim życiu, ale nie na tyle, aby tracić głowę i się wszystkim przejmować. Nie wiem czy to dobre podejście, ale może wtedy zdobyłbym więcej niż 8000 punktów?

Mógłbym jedynie zmienić coś w dwóch aspektach: koszykarskim i finansowym. Kiedyś, gdy miałem już podpisany kontrakt, otrzymałem ofertę gry w Niemczech. Miałem wtedy 20 lat. Nie skorzystałem z niej. Nie było agentów ani ludzi, którzy mogliby mi doradzić. Były inne czasy i trochę bałem się wyjechać.

Teraz tego żałuję, bo mogłem spróbować. Zobaczyłbym, czy dałbym radę, zwłaszcza, że byłem w kwiecie wieku. Co do drugiego aspektu, poszedłem raz do klubu (nie będę mówił jakiego, aby nie robić antyreklamy), w którym praktycznie grałem za darmo… Nie płacili mi przez dobre 7-8 miesięcy.




Często słyszy się, że jesteś dla kogoś autorytetem – a czy ktoś jest autorytetem dla Ciebie?

Powiem, że jestem zaskoczony i jeżeli to ja miałbym taki autorytet, jak moja osoba, musiałbym niektórym mocno współczuć (śmiech). Jestem osobą wierzącą i moim autorytetem jest Jan Paweł II. Jest wiele osób, na których w jakiś sposób mógłbym się wzorować, ale to jednak On mnie zawsze inspirował.

Jeżeli chodzi o samą koszykówkę, nie miałem nigdy ulubionych zawodników, natomiast bardzo chętnie oglądałem grę Davida Robinsona oraz Allena Iversona. Ten drugi, w naturze podobnego wzrostu, nie bał się dawać z góry, był bardzo dynamiczny, szybki i dla mnie, na tamte czasy był on ewenementem. Był koszykarzem, który naprawdę bardzo mi się podobał, oczywiście nie z wyglądu (śmiech).

Są zawodnicy, którzy mają jakieś rytuały, zwyczaje, coś, co ich charakteryzuje. Jak jest u Ciebie?

Nie jestem przesadną osobą, niemniej jednak, gdy rzucam wolne, robię 3 kozły na pierwszym i obkręcam piłkę, a przy drugim robię 2 kozły i nie kręcę piłką, ale to czysto z przyzwyczajenia. Nie mam rytuałów, ale mam kolegów, którzy na przykład zawsze wychodzą ostatni z szatni, albo muszą 3 razy przejść przez próg w obie strony. Nie będę mówił, kto to (śmiech). Jest wiele takich zachowań, ale szczerze, nie zaobserwowałem u siebie niczego podobnego. Może jestem jakiś inny?

U Ciebie można jednak zaobserwować charakterystyczny wystawiony język podczas gry…

To mój odruch bezwarunkowy. Kiedyś jedna Pani powiedziała mi, że jest to wyrównywanie napięć. Tak mam od młodości. Co więcej, zawsze jak rysowałem albo się na czymś skupiałem to tak robiłem. Jak widać, przeniosło się to również na boisko. Nie kontroluję tego i nie wiem, kiedy go wystawiam. Dopiero później, gdy oglądam zdjęcia to to widzę.

Nie powiem, że należę do fotogenicznych osób, a jak jeszcze biegam z językiem na wierzchu, to wygląda to tragicznie (śmiech). Dwa razy miałem nauczkę. Podczas gry dostałam tak, że język był przecięty na wylot i musiał być szyty. Takie skutki uboczne wystawiania go na boisku. Raz potraktował mnie tak Maciek Raczyński, a drugiego razu nawet nie pamiętam.

Mam trochę pecha, bo kiedyś, i to nie żart, ugryzła mnie krowa u mojej babci na wsi. Nie bezpośrednio w język, ale pod samą wargą (śmiech). Nie zaliczam tego do kontuzji, tak jak kilka złamań czy wstrząsu mózgu. To były bardziej podwórkowo-dyskotekowe urazy. Czy miały wpływ na moją grę? Ten wstrząs z pewnością, bo do tej pory nie mogę zmądrzeć – czasami psychicznie czuję się jakbym miał 15 lat (śmiech).

adidas Harden Vol. 2 – w tych butach James Harden gra jak MVP >>

Poznałeś koszykówkę w trakcie kilku epok – w jakim miejscu jest teraz, a w jakim była kiedyś? Jak zmieniała się na przestrzeni lat patrząc z Twojej perspektywy?

W Polsce nie ma takiego „boomu” na koszykówkę jak kiedyś. Trzeba ją powoli odbudowywać. Nie wiem, czym to jest spowodowane. Może techniką? Ja, osobiście nie podążam za technologią. Nie tak dawno obsługiwałem jeszcze liczydło (śmiech). Wydaje mi się, że teraz znacznie ciężej jest zachęcić ludzi do sportu, w szczególności dzieci i młode osoby. Z całym szacunkiem do młodzieży, ale teraz raczej mało kto się garnie do sportu. Może się mylę, ale takie są moje spostrzeżenia.

W dzieciństwie byłem typowym dzieckiem podwórka, nie było takich rzeczy odwracających uwagę jak w dzisiejszych czasach. Nie było telefonów, smartfonów, odtwarzaczy DVD i tak dalej. Nudziłem się, więc na podwórku wymyślaliśmy różne zabawy, aby fajnie spędzić ten czas i głównym czynnikiem pochłaniającym go była piłka. Wtedy po prostu nie trzeba było nikogo zachęcać do aktywności.

Z mojej perspektywy sama koszykówka wygląda tak… Kiedyś, gdy klub ściągał obcokrajowców, to byli to gracze naprawdę z tej górnej półki i w naszej lidze robili dużą różnicę na boisku. Teraz przyjeżdżają tacy, którzy rzeczywiście robią furorę, ale trwa to zaledwie jeden sezon i już przechwytują ich inne zespoły za dużo lepsze pieniądze. I potem, polskie kluby często nie szukają ciekawych zawodników, ale zostają przy tych, którzy grali wcześniej i są sprawdzeni. Trzeba płacić za licencje coraz to większe za kolejnego zagranicznego zawodnika, a po przekalkulowaniu dla klubów jest to średnio opłacalne, patrząc na obecne budżety.

Dawniej sponsorów było znacznie więcej, szczególnie gdy sponsorami były browary. Pieniądze były poważniejsze, jak na Polskę i tamte lata. Byli wyróżniający się zawodnicy, świetni Polacy i wielu z nich zapisało się w historii naszej koszykówki. Grali w wielu dobrych zespołach – od Włocławka, Rudy Śląskiej, Wrocławia, Torunia, Stargardu Szczecińskiego do Pruszkowa… Te zespoły walczyły ze sobą na równi. Teraz jest większa rozbieżność.

Dawniej było wiadomo do jakiego zespołu się trafi, jeżeli chodzi o organizację, wszystko było na cito, na dobrym poziomie i nie miało to aż takiego wpływu na zawodników, którzy grali. Teraz jest trochę inaczej. Kiedyś na treningach było „gniotsa nie łamiotsa” – im więcej, tym lepiej. Teraz jest nieco inna myśl szkoleniowa i zupełnie inne podejście.

W samej koszykówce zmieniła się dynamika i charakterologia. Teraz widzimy więcej motoryki, więcej wirtuozji zwłaszcza u Afroamerykanów, więcej estetyki, bo gra jest jednak przyjemniejsza dla oka. Treningowe możliwości poszły do przodu i grzech z tego nie skorzystać.

Wcześniej nie było odpuszczania, były mocne charaktery. Każdy walczył o swoje na parkiecie, a poza nim oczywiście byliśmy wszyscy kumplami. Trenerzy mówili, że jak ktoś dostanie piłkę pod koszem to przeciwnika trzeba tak sfaulować, żeby mu rękę urwać- oczywiście w przenośni. Było wpajane, żeby nigdy się nie poddawać i zawsze walczyć o każdy centymetr parkietu wszelkimi możliwymi sposobami, ale w granicach rozsądku. Brakuje tych „jaj” i zacięcia. Kiedyś była inna mentalność.

Dokładnie, poznałem koszykówkę z różnych epok – teraz już w sumie mamy XXI wiek, a zaczynałem w XX. Zmiany są widoczne i moim zdaniem idą one ku lepszemu, szczególnie jeśli chodzi o metody treningowe.

Zatrzymajmy się przy samym Prudniku. W tej chwili macie bilans 8-8. Jak oceniasz Waszą szansę na grę w playoffach?

Liga w tym sezonie jest naprawdę wyrównana i w tej chwili nie ma murowanego faworyta. Na papierze jest Śląsk Wrocław, bo najbardziej chciałby awansować do tej ekstraklasy.

Takie SKK Siedlce czy Kotwica Kołobrzeg swoją grą w ogóle nie odzwierciedlają pozycji w ligowej tabeli. Pogoń Prudnik jest w całkiem dobrej sytuacji, ale właśnie rozpoczęła się druga runda, która wydaje mi się, że będzie dla nas trudniejsza. Będziemy musieli zostawiać więcej serca i ambicji na parkiecie, aby tylko być w tych playoffach.

Prudnik jest trudnym terenem, będziemy gościć różnych rywali, wobec tego musimy u siebie mieć taką małą wojnę, aby wyrwać te 2 punkty z każdego spotkania. Jeżeli kontuzje będą nas omijały, wszystko będzie na dobrej drodze.

Na razie wypadł nam tylko Tomek Nowakowski. Jeśli zespół jest kompletny, zdecydowanie łatwiej się gra. Dobrze byłoby utrzymać lub polepszyć swoją sytuację i być na bezpiecznym miejscu – playoffy rządzą się swoimi prawami i niczego nie da się przewidzieć.

Naszym celem było to, aby grać jak najlepiej, a co byśmy ugrali, byłoby nasze. Na pewno chcemy uniknąć gry o utrzymanie. Powiem szczerze, kilka razy miałem przyjemność walczyć o awans i towarzyszą temu mniejsze emocje, niż wtedy, kiedy gra się o utrzymanie. Miałem 2 razy taką sytuację.

W playoutach jest zupełnie inny stres – jest większe napięcie psychiczne, dlatego wolałbym zdecydowanie walczyć w playoffach. W sporcie jest wszystko realne i wierzę, że nam się uda.

To już Twój czwarty sezon na Opolszczyźnie. Możliwe jest to, że Twoja kariera zakończy się właśnie tam?

Byłem ostatnio u spowiedzi, więc nie będę kłamał, ale na 99% mogę powiedzieć, że całkiem możliwe, że moje buty zawisną na kołku właśnie w hali Obuwnik. Chłopacy się ze mnie śmieją, bo już 7 lat lat powtarzam, że „to ten ostatni sezon” i jak widać, nie mogę skończyć (śmiech).

Zawsze jest ten 1%. Zobaczymy jak moje zdrowie, bo organizmu nie da się oszukać, chociaż czasami próbuję wszystkimi możliwymi sposobami – bezskutecznie.

Co Grzegorz Mordzak planuje robić po skończeniu kariery?

Kiedyś mówiłem, że chciałbym otworzyć własny warzywniak… Ale to nie będzie raczej opłacalne, zwłaszcza, że musiałbym wstawać o 4 nad ranem i jeździć po te warzywa. Później koło mojego domu wybudowali Carrefour, więc pomyślałem, że chyba jedynie odprowadzałbym te wózki sklepowe i pomagał w noszeniu zakupów (śmiech).

Tak na poważnie, w poprzednim sezonie próbowałem pracować, aczkolwiek wbrew pozorom nie było to łatwe. Niedawno na świat przyszło moje drugie dziecko, jeszcze nie zszedłem z boiska, także ciężko wszystko ze sobą pogodzić.

Postawiłem na koszykówkę, nie wiem czy dobrze, ale nie zastanawiałem się nad tym, czym chciałbym zająć się po zakończeniu tej przygody. Sądzę, że jeśli pół życia to robiłem, to byłoby najrozsądniej przy niej pozostać. Gdyby była taka okazja, może spróbowałbym swoich sił w trenerce, bo skończyłem akurat szkołę w tym kierunku. Na ten moment nie mam zatem określonych i sprecyzowanych planów.

Pamela Wrona

Nike Kyrie 5 „Bred” –  w takich butach się teraz gra! >>




POLECANE