Igor Milicić: Anwil gra ponad stan

Share on facebook
Share on twitter

– Mamy piąty, szósty budżet w lidze. A wy zamiast chwalić koszykarzy, którzy grają ponad poziom, którzy robiąc postępy stworzyli naprawdę przyzwoity zespół, posługujecie się stwierdzeniami „Musicie, muszą” – mówi trener Anwilu Włocławek.

Igor Milicić (fot. Andrzej Romański/Plk.pl)

Buty, w których wymiana Kyrie Irving – możesz je mieć! >>

Łukasz Cegliński: Kontuzja Szymona Szewczyka, to być może najważniejszy moment sezonu dla Anwilu – tracicie ważnego gracza rotacji, Polaka.

Igor Milicić: To na pewno jest moment, w którym musimy wszystko przemyśleć i zastanowić się, co dalej.

Podpiszecie nowego środkowego? Znajdziecie gracza z polskim paszportem?

– Mamy kilka koncepcji. Pytanie, którą z nich uda nam się wdrożyć w życie. Na pewno kibice mogą być spokojni, że wybierzemy tę, która będzie dla nas najlepsza.

Jeszcze mogę powiedzieć: całe szczęście, że podpisaliśmy kontrakt z Quintonem Hosleyem, który może grać na czwórce. Było to też w pewnym sensie zabezpieczenie na wypadek kontuzji, ale niestety ta kontuzja przydarzyła się nam bardzo szybko.

Jeśli nie sprowadzicie wysokiego gracza, to częściej na piątce będzie grał Paweł Leończyk. On już tam gra, ale jednak wasza największa siła pod koszem to jego duet z Josipem Sobinem.

– Na razie pewne jest, że mamy do zagospodarowania więcej minut na pozycjach pod koszem i każdy z tych graczy będzie musiał grać więcej. A takich sytuacji chciałem uniknąć. Koszykówka jest coraz bardziej intensywna, ciężko jest grać na maksa przez 30-35 minut.

Czuje pan jakieś fatum nad sobą we Włocławku? Mam na myśli kontuzje – dwa lata temu Bartosz Diduszko, rok temu Michał Chyliński, teraz Szymon Szewczyk. W ważnym momencie sezonu, przed play-off, wypada wam ważny Polak z rotacji.

– Dwa lata temu nie tylko Bartosz Diduszko, ale też Robert Skibniewski i Michał Chyliński. A Fiodor Dmitriew grał z anginą. Niemniej, to jest sport, zawsze musisz się liczyć z kontuzjami. Te, które nas spotykają, nie wynikają ze zmęczenia, złego przygotowania czy niedotrenowania – to przypadkowe, pechowe sytuacje. Michał zderzył się kolanami z rywalem, Szymon wykrzywił rękę w walce o piłkę. Ale mnie zeszły sezon nauczył, że niezależnie od pracy, jaką wykonasz, to nie do końca musi przełożyć się na wynik.




Ciężko wyobrazić sobie większą presję niż tę, pod którą jesteście Pan, cały Anwil. Po zeszłorocznej historii w play-off teraz po prostu musicie wygrać ćwierćfinał, a patrząc na Waszą formę i skład, to wszystko poniżej finału może być odebrane jako porażka

– Powiem wprost: dziennikarze niesprawiedliwie wrzucają nas w rolę faworyta, którym nie do końca jesteśmy. Nie byliśmy faworytem na papierze przed sezonem, ale jeśli już mamy nim być – bo tak wszyscy piszą – to tylko ze względu na naszą pracę. Tylko ze względu na 19 zwycięstw w 22 meczach. Swoją pracą doszliśmy do wysokiego poziomu, niestety większość uznaje, że to coś normalnego. A nie może być normalne to, że zespół z dziewiątym budżetem kończy sezon na czwartym miejscu – jak my dwa lata temu. Wszyscy ukrywają swoje budżety, ale my wiemy, kto ile ma, wiemy, za ile grają nasi zawodnicy.

To który macie teraz budżet na koszykarzy?

– W granicach piątego, szóstego miejsca. Ale bardzo ciężko pracujemy nad tym, by drużyna była czymś więcej niż tylko wartością przedsezonową zawodników. A wy zamiast chwalić koszykarzy, którzy grają ponad poziom, którzy robiąc postępy stworzyli naprawdę przyzwoity zespół, posługujecie się stwierdzeniami „Musicie, muszą”. Oni już wykonali kawał dobrej roboty. Ci, którzy w Anwilu są, ci którzy w Anwilu byli. Proszę prześledzić koszykarzy, którzy u nas grali i walczyli o medale – gdzie teraz są, o co grają.

Ale pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym rok temu i obecny bilans 19-3 nie wzięły się z niczego i nie można machnąć na nie ręką, nawet, jeśli nie są gwarancją sukcesu. Macie najlepszą obronę w lidze, macie reprezentantów krajów… Jak nie wymagać medalu od takiej drużyny?

– Ale ja nie powiedziałem, żeby nie wymagać medalu. Tylko przypominam, że przed sezonem nasz zespół np. nie miał reprezentantów kraju, a bilans 19:3 po 22 kolejkach większość mogłaby uznać za science fiction. Zespół powinien być doceniany za to, co robi, a nie za to, co ma zrobić. Nie jest dobrą rzeczą dawanie łatki na przyszłość. Koncentrujmy się na chwili obecnej i realnie rozliczajmy.

Jest jeszcze jedna kwestia – Anwil to jest Włocławek. Miasto, w którym koszykówka ma wyjątkowe miejsce, w którym po prostu gra się pod większą presją niż gdzie indziej.

– Ale nie utożsamiajmy Włocławka z Brzytwą, proszę pamiętać, że Włocławek i Brzytwa to są dwa różne środowiska. Kibice z Włocławka, którzy przychodzą na mecze, chcą zobaczyć coś pozytywnego, chcą się cieszyć z gry zespołu, z wygranych. Natomiast Brzytwa – w dużej mierze – skupia się na rzeczach negatywnych. Dziennikarze spoza Włocławka widzą obraz tego miasta, środowiska kibiców, przez pryzmat Brzytwy. Brzytwa nie oddaje rzeczywistości i proszę to napisać.

Napiszę, ale się nie zgadzam z takim postawieniem sprawy. Od trzech lat Anwil jest coraz mocniejszy, gra tak, że medal powinien być realny, zresztą sam klub mówi o głodzie zwycięstw i wyprawie po medal. Moim zdaniem uprawnione jest twierdzenie, że obok Stelmetu jesteście najpoważniejszym kandydatem do finału.

– Jeśli mówimy o dobrej grze, to się zgodzę. Ale nie zgadzam się z tym obarczaniem graczy presją, ze stwierdzeniami, że zawodnicy nie mają prawa przegrać, popełnić błędu. Powtórzę – oni już grają ponad swój poziom. Owszem, na halę przychodzi te 3 tys. osób, wypełniamy trybuny niemal w 100 proc., od nich czujemy duże wsparcie. Ale na Anwil narzucana jest niesprawiedliwie duża presja.

I inaczej nie będzie. Prezes Arkadiusz Lewandowski mówił o tym na początku sezonu – tak po prostu jest, że we Włocławku czasem łatwiej gra się rywalom, bo gospodarze wiedzą, że muszą wygrywać. Jak się zaczyna grę w ekstraklasie od kolejnych finałów, jak się walczy o złoto, to inaczej być nie może,

– Każdy, kto przyjeżdża do Włocławka, nie ma nic do stracenia. Staramy się na to nie zwracać uwagi, tak jak pewnie nie zwraca na to uwagi Stelmet, który ma podobnie w Zielonej Górze. Cieszymy się, że urośliśmy na tyle, że nas tak respektują. To fajna rzecz, dobra dla całej polskiej koszykówki – że jest takie miasto, w którym kibice kochają koszykówkę, wypełniają halę, a klub chce się rozwijać, osiągać dobre wyniki, myśli o europejskich pucharach. I z tego trzeba się cieszyć, chwalić, a nie patrzeć tylko na negatywy.

Wróćmy jednak do poprzedniego sezonu, w którym graliśmy fajnie, ale zamiast budować drużynę wsparciem i pochwałami, że grają dobrze, ponad stan, my obarczyliśmy ich presją gęstą jak mgła. „Musicie, musicie, musicie”.

Ale nawet jeśli to pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej było ponad stan, to i tak byliście zdecydowanym faworytem serii z Czarnymi.

– Jak najbardziej, nie ma wątpliwości.




Kto w obecnej pańskiej drużynie gra ponad stan?

– Biorąc rzeczywisty poziom i wartość zawodników przed sezonem, porównując je do obecnych – ponad stan grają wszyscy. Każdy jest dużo bardziej wartościowy przez to, że uwierzył w to, co chcemy robić, że ciężko pracuje, że „kliknął” w zespole.

Co ma obecny Anwil, czego brakowało zeszłorocznemu?

– Przede wszystkim atletyzm. W zeszłym roku mieliśmy zawodników inaczej zbudowanych fizycznie, w tym roku udało nam się wreszcie podpisać takich, dzięki którym możemy grać szybciej. Próbowaliśmy robić to już dwa lata temu, próbowaliśmy w poprzednim sezonie. W tym roku ma to miejsce w większym stopniu – dzięki fizycznym predyspozycjom większości graczy i ich dopasowaniu się do systemu. Z lekką zmianą reguł koszykarskich, to scaliło się w ten styl, który prezentujemy.

Często mówi się, że niepowodzenie może być siłą, jeśli traktuje się ją jako lekcję, z której można wyciągnąć wnioski. Czego pan się nauczył przegrywając z Czarnymi, jeśli chodzi o warsztat trenerski, podejście do drużyny, do sezonu?

– Mam do siebie żal, że przed ostatnim meczem serii nie zabrałem drużyny do kina czy na karty. Że nie spróbowałem rozluźnić ich mentalnie. Widziałem, jaka jest wokół nas atmosfera, że w zespole jest mocne napięcie. Powinienem wziąć chłopaków na kręgle, gdziekolwiek, by w wieczór przed decydującym meczem nie myśleli tylko o tym, co będzie na boisku.

Żeby uciekli na chwilę od koszykówki?

– Nie, raczej by dać im do zrozumienia, że życie będzie się toczyło niezależnie od wyniku, by uzmysłowić, że daliśmy z siebie wszystko, jesteśmy dobrze przygotowani, że wiemy, co mamy robić. Pod tym względem na pewno wiele się nauczyłem.

Przed zeszłorocznym play-off mówił Pan w wywiadzie dla Sport.pl: „Mamy pewne założenia w obronie, do których koszykarze muszą się dostosować. To są takie żelazne reguły, od których nie ma odstępstw. W ataku też nie ma momentów, w których jeden zawodnik może mocno wychodzić poza nasze schematy. Oprócz kontrataków wszystko musi być wykonane tak, jak mamy zaplanowane”. Tymczasem w serii z Czarnymi można było mieć wrażenie, że oni grę upraszczają i improwizują, a wy gracie przekombinowaną koszykówkę.

– To jest wrażenie i opinia ludzi, którzy płasko patrzą na koszykówkę. Bo trzeba wiedzieć, jakich zawodników się ma, trzeba znać ich umiejętności. Mówimy o żelaznych zasadach w ataku i w obronie, ale przecież wszystkie zagrywki czemuś służą – w uproszczeniu, jeśli chodzi o atak: do doprowadzenia graczy do takich pozycji i sytuacji na boisku, w których oni mogą wykorzystać swoje atuty.

Kto w naszym zespole w poprzednim sezonie mógł grać jeden na jednego? Tak, żeby wygrać pojedynek i zrobić przewagę, żeby skończyć akcję z pola trzech sekund po wejściu, żeby wziąć piłkę i samemu skończyć akcję pick and roll?

Nemanja Jaramaz i James Washington – te dwa nazwiska przychodzą mi do głowy.

– Ale jeśli się zastanowimy nad tym, co najlepiej potrafi Nemanja, to jednak nie jest to gra jeden na jednego. To bardzo dobry strzelec, trafia za trzy po koźle, po odrzuceniu, ale raczej nie mija. Próbowaliśmy z nim grać inaczej, by wykorzystywał przewagę wzrostu tyłem do kosza.

Washington? Proszę przypomnieć sobie piąty mecz z Czarnymi – były akcje, w których wjeżdżał pod kosz. Drużyna rozstawiała się na skrzydłach, robiła mu miejsce, a on wchodził i pudłował – raz, drugi. A potem zaczął w takich sytuacjach nerwowo odrzucać piłkę na obwód i popełniał straty.

Po prostu nam nie szło nawet w sytuacjach, które w sezonie były jak bułka z masłem. Byliśmy zablokowani.

To chyba kolejna lekcja z tamtej serii – zatrudnić graczy, którzy potrafią kończyć akcje jeden na jednego. W obecnym zespole są Ivan Almeida, Jarosław Zyskowski, teraz Quinton Hosley.

– Gra jeden na jednego jest połączona z fizycznością. Ja przede wszystkim chciałem mieć więcej graczy, którzy mogą grać z piłką – to mogą być akcje jeden na jednego, ale też dwóch na dwóch.

Czy zeszłoroczny zespół był źle zbudowany? Odpowiem w ten sposób – na pewno pomyliłem się co do jednego zawodnika – Tylera Hawsa, to mój błąd. Pomimo skautingu, godzin spędzonych na oglądaniu jego meczów, na analizie materiały w Synergy, na dzwonieniu do ludzi, którzy z nim pracowali. Po prostu nie udało się wyciągnąć więcej z niego, a miał być jedną z głównych broni zespołu. Ale to nie jego wina, to ja się pomyliłem.




Przejdźmy do obrony, do tej strefy 1-3-1, którą uznaje się za wyróżnik waszej dobrej defensywy. Jak pan ją wymyślił dla Anwilu?

– Przede wszystkim większość ludzi nie odróżnia strefy 1-3-1 od obrony match up. My gramy stosunkowo rzadko strefą, a poza tym pojawia się pytanie – o którą strefę chodzi? Nie mam przed sobą dokładnych statystyk, ale w tym sezonie strefą 1-3-1, taką prawdziwą, ustawiliśmy dopiero w meczu z Toruniem. We wszystkich spotkaniach tych rozgrywek, sumując posiadania rywali, zagraliśmy nią 20-30 razy.

Kamil Łączyński wychodzi wyżej do rozgrywającego, dwójka ustawia się w linii ze skrzydłowymi, środkowy jest pod koszem…

– To jest ustawienie 1-3-1, ale niekoniecznie strefa. To jest obrona match up, w której jednak każdy odpowiada za swojego gracza.

Skąd to się wzięło? Byłem rozgrywającym, pewne rzeczy, które widziałem z tej pozycji na boisku, mocno utkwiły mi w głowie. Mówiłem sobie, że jak będę trenerem, to będę je wykorzystywał. I jedną z tych rzeczy jest zmienność obrony, która wymusza na rywalu większe przygotowanie na mecz z nami – od trenera, od rozgrywającego, od całej drużyny. W tym sensie nasza kombinowana obrona służy rozbijaniu rytmu gry przeciwnika.

Ale to wstęp, potem jest proces rozbudowywania tej defensywy. W dwóch zdaniach tego nie wytłumaczę, to wciąż trwa. Wiadomo jednak, że w PLK wielu graczy lubi grać na piłce, większość trenerów ma rozgrywającego, któremu można dać piłkę i odpowiedzialność za kreowanie akcji. Nasza obrona przyszykowana jest właśnie na takich samograjów – ona odbiera im ich ulubioną grę.

Ale wróćmy zatem do serii z Czarnymi – Chavaughn Lewis był w niej samograjem, który z tą waszą obroną świetnie sobie radził.

– Uważam, że w pewnych sytuacjach nasza defensywa działała wtedy bardzo dobrze – w jednym z meczów Lewis do przerwy nie zdobył przecież żadnego punktu, obrona funkcjonowała tak, jak trzeba. Ale oczywiście – niezrozumiałe dla mnie było, w jaki sposób mógł w tym samym spotkaniu rzucić 20 punktów w drugiej części… Chodziło o to, że podłamały nas pojedyncze błędy – jeden zawodnik się pomylił, potem drugi, pojawiło się zwątpienie, a Czarni zdobyli osiem kolejnych punktów trafiając m.in. z wejścia pod kosz, które absolutnie nie mogą się zdarzać oraz trudne trójki z narożników.

Pękaliśmy, pojawiało się zawahanie, choć generalnie, patrząc na to, ile punktów zdobywali w tej serii Czarni, to nasza obrona nie była taka zła. Mieliśmy problem z atakiem.

Pierwsze, co widzi rywal grając przeciwko wam w ataku, to odcięcie pierwszego podania w tym sensie, że trudno jest podać tam, gdzie się chce. Na podanie trzeba zapracować, rzucić piłkę trochę dalej od pożądanego miejsca, wymusić na koledze zmianę pozycji.

– To jedno z wielu założeń. Ale też nie demonizujmy tej obrony – tak się gra na całym świecie: w NCAA, w Hiszpanii, w najróżniejszych ligach. To żaden wynalazek, po prostu zmodyfikowałem pewne rzeczy pod kątem mojego zespołu. Teraz najważniejsze jest wyegzekwowanie jej założeń na boisku, w żywej grze. Inni trenerzy widzą, co gramy, ale też nie znają do końca naszych założeń, nie mogą w 100 proc. przygotować się na to, co prezentujemy.

Wasza obrona jest w tej chwili najlepsza w lidze, więc co jest w niej najważniejsze – założenia taktyczne, zgranie, zaangażowanie?

– Każdy z tych elementów jest istotny, a kluczowa są konsekwencja i wytrenowanie szczegółów, które robią różnicę.

I pewnie atletyzm, bo macie kilku graczy o wzroście ok. 200 cm, z długimi rękami, mobilnych, dynamicznych, wszechstronnych.

– Bez wątpienia. My, szukając graczy, analizując ich grę, kierujemy się przecież także takimi wskaźnikami, jak rozpiętość ramion, długość nóg, powierzchnia, jaką dany gracz jest w stanie sobą „pokryć”. Od trzech lat dążymy do budowania zespołu w oparciu o takich graczy, natomiast ze względu na ograniczone możliwości finansowe musimy iść czasem na kompromis. Ale w tym roku mamy zdecydowanie więcej takich graczy, jakich chcemy. Dzięki im możliwościom fizycznym, nasza obrona jest lepsza.




Ivan Almeida to był gracz obserwowany od miesięcy, starannie wyszukany i wymarzony czy trochę szczęśliwy traf?

– Ivan Almeida konkretnie nie był przez nas oglądany od lat, natomiast od dawna rozglądaliśmy się za graczem o takiej charakterystyce. David Jelinek, Nemanja Jaramaz – to byli jego poprzednicy, to były nasze próby znalezienia gracza wysokiego, wszechstronnego, mogącego grać z piłką. Szukaliśmy pewnego profilu gracza, Ivana nam zaproponowano, przeprowadziliśmy dogłębny skauting.

Co się panu w nim najbardziej spodobało?

– Atletyzm. I to, że jest pracusiem. Wiadomo, każdy ma swoje mankamenty, ale wydaje mi się, że Ivan jeszcze nie pokazał, na co naprawdę go stać. Wszyscy chcemy podnosić jego umiejętności, myślę, że on w tym sezonie jeszcze zaskoczy.

Z ręką na sercu – spodziewał się pan, że on może być aż tak dobry, że będzie kandydatem do nagrody MVP ligi?

– Tak. Wiedziałem, że ma bardzo duży talent. Ale wiadomo, w dopasowaniu gracza do roli, do zespołu, trzeba mieć też trochę szczęścia.

Quinton Hosley bardziej pomoże wam w ataku czy w obronie?

– On na pewno pomoże nam w kreowaniu pozycji dla innych. W kontrze, ale też ułożonej grze, znajdzie dodatkowe podanie, znajdzie rozwiązanie, które da dobrą pozycję koledze, a to jest część obowiązków rozgrywającego. Ale patrząc na nasz zespół, na to jak wyglądamy, chcieliśmy też poprawić zbiórkę w obronie, no i oczywiście warunki fizyczne Quintona pozwolą nam podnieść poziom obrony. Hosley to prawdziwy point forward.

I kolejny gracz Anwilu – po Almeidzie – który może zebrać piłkę, wyprowadzić kontrę i efektownie ją skończyć.

– Dokładnie, ale ja namawiam do tego także Josipa Sobina i Pawła Leończyka. Chcę, żeby cały zespół czytał grę i wykorzystywał okazje do szybszej gry. Zawodnicy się do tego dostosowują, ale zaznaczam – to wszystko jest kontrolowana forma, a nie bieganie dla samego biegania.

Co z tym drugim rozgrywającym? Poza Kamilem Łączyńskim nie macie typowego gracza na tę pozycję.

– Mamy swoje pomysły. Koszykówka się rozwija, moim zdaniem pozycja klasycznej jedynki jest przeszacowana. Widzimy, że piłkę przeprowadzają gracze występujący na czwórce, że oni kreują grę, czasami zdarza się to nawet piątkom. Oczywiście, do tego jest potrzebny ogromny talent, my do wybitnych jednostek nie możemy się porównywać, ale koszykówka idzie w kierunku takiej bezpozycyjności.

Mike Taylor przed EuroBasketem też tak mówił, wziął tylko dwie jedynki, powtarzał, że Mateusz Ponitka czy Adam Waczyński mogą być takimi rozgrywającymi na skrzydłach. I przegrał.

– To już są pytania do Mike’a Taylora.

Ja wiem, że dwa lata temu w Anwilu nie mógłbym sobie pozwolić na rozegranie sezonu z jednym typowym rozgrywającym, ale teraz mogę to zrobić. Także poprzez uniwersalność m.in. Quintona, Ivana czy Delasa.

Decydujący mecz play-off, Łączyński popełnia piąty faul, do końca zaciętego meczu osiem minut. Kto będzie odpowiadał za organizację gry?

– Mam paru zawodników, którzy mogą to robić.

Ale kto będzie opcją nr 1 – Almeida, Hosley, Delas, Airington? Który z nich ma najlepsze pana zdaniem panowanie nad piłką, odporność psychiczną, umiejętność organizacji gry?

– Piłkę przeprowadzi ten, na którego najmniej będą naciskać rywale, dużo ważniejszy będzie gracz, który wykona tę kluczową akcję. A koszykarzy do tego zdolnych mamy bardzo dużo.

Czy podpisanie Hosleya nie jest w pewnym sensie symbolicznym sygnałem dla Stelmetu – mamy waszą gwiazdę, naprawdę chcemy was zdetronizować?

– Nie, my walczymy ze wszystkimi, a nie tylko ze Stelmetem. Mamy wielu silnych przeciwników, ale naszym celem jest medal. Jednak tylko dzięki swojej pracy zasługujemy, żeby tak mówić.

Stelmet z sezonu na sezon przegrywa coraz więcej spotkań w rundzie zasadniczej – czy pana zdaniem jest do ruszenia w serii play-off?

– Każdy jest do ruszenia, co pokazał nasz ćwierćfinał z zeszłego roku. Nie ma rzeczy niemożliwych.

Rozmawiał Łukasz Cegliński

Buty, w których wymiana Kyrie Irving – możesz je mieć! >>