Igor Milicić – trener, który wygrał

Share on facebook
Share on twitter

Mistrzostwo Polski Anwilu 2018 to nie tylko hollywoodzka historia o zwycięstwie, które przyszło po wielkiej porażce. To też bardzo racjonalny przykład, że w sporcie można wygrywać, mając dobre pomysły, wierząc w siebie i dostając czas na realizację planów.

Igor Milicić / fot. A. Romański, plk.pl

Super nowości w Sklepie Koszykarza – nie przegap okazji! >> 

To sukces był możliwy, nie tylko dlatego, że Anwil Włocławek odważnie raz jeszcze zaufał Igorowi Miliciciowi, ale także ponieważ sam trener po pierwszym upadku nie zrezygnował, tylko z jeszcze większym zacięciem zaczął się wspinać się na szczyt ponownie. I nie zabrakło mu wytrwałości, by ten szczyt osiągnąć.

O szczegółach taktyki i prowadzenia zespołu będzie trochę później. Jaką największą zmianę można było bowiem zaobserwować w ostatnim playoff włocławian w porównaniu z „demonami” rywalizacji z Czarnymi Słupsk i w ogóle poprzednimi sezonami? Otóż Anwil stał się drużyną, która się nie poddaje i nie pęka bez względu na wynik.

Jeszcze rok temu, gdy coś przestawało iść jak z nut, domek z kart błyskawicznie się rozsypywał. „Nie było przewagi, której nie dałoby się roztrwonić”. Teraz – półfinał, czy finał, zespół przy kilkunastopunktowej stracie nie tracił wiary, walczył do końca i zgarnął za to wielką premię. Come back z meczu 5 ze Stelmetem przeszedł do historii polskiej koszykówki, ale takich sytuacji, także w finale, było więcej. Igor Milicić stworzył zespół twardy psychicznie, który poradził sobie z rywalami, sobą i ze słynną presją Włocławka – to pierwszy sukces.

Drugi? Wygrał konkretny, autorski pomysł. Drużyna Milicicia była „jakaś”. Dwukrotne zwycięstwo w sezonie zasadniczym i w końcu mistrzostwo Polski nie nastąpiły, ponieważ Anwil wykupił najlepszych zawodników. Sztabowi trenerskiemu udało się np. zbudować zdecydowanie najlepszą defensywę w lidze z graczy, którzy wcale nie mieli reputacji wybitnych obrońców. Żartów i narzekań na różne odmiany włocławskiej strefy było sporo, ale jak przyszło co do czego – na boisku nikt sobie z nią przecież nie poradził.

Podobnie z decyzjami personalnymi, czasem nawet ryzykownymi – od twardego postawienia na Kamila Łączyńskiego w roli pierwszej jedynki, przez, na papierze wcale nie oczywiste, transfery przedsezonowe Ivana Almeidy i Jaylina Airingtona czy decyzję o ściągnięciu Quintona Hosleya, kosztem dodatkowego rozgrywającego. Ktoś miał pomysł i ten pomysł zwyciężył.

Igor Milicić, jak każdy ambitny trener wie, że były w tym playoff niedociągnięcia, ale ma też świadomość, że niezależnie od jakichkolwiek koncepcji, pomysłów i decyzji, szkoleniowców i drużyny rozlicza się po prostu ze sportowych wyników. I on ten wynik z zrobił – zarówno z Anwilem, jak i własny – osobiście. Z „obiecującego trenera, który jeszcze nic nie wygrał”, od teraz już na zawsze będzie „trenerem, który potrafi odnieść wielki sukces”.

Tomasz Sobiech

Super nowości w Sklepie Koszykarza – nie przegap okazji! >> 




POLECANE