Isaiah Thomas – wielkie chwile małego Celta

Share on facebook
Share on twitter

– Wszędzie, gdzie się pojawiam, ludzi pytają mnie, czy moim ojcem jest Isiah Thomas – śmiał się obecny lider Boston Celtics, gdy spotkał się ze swoim imiennikiem. – No to pewnie wszyscy są skołowani, bo ja im mówię, że tak, jesteś moim synem – odpowiedział były gwiazdor Detroit Pistons.

(fot. Wikimedia)
(fot. Wikimedia)

NBA, PLK – znasz się na koszu, wygrywaj w zakładach! >> 

James Harden, Russell Westbrook, Isaiah Thomas – to trójka graczy, o których w NBA mówi się ostatnio najwięcej. Najmniej poważany i utytułowany z nich jest oczywiście ten ostatni – 28-letni, mierzący ledwie 175 cm wzrostu, rozgrywający Celtics.

„Killer”, jak sam się określił po serii znakomitych występów w końcówkach niedawnych spotkań.

44 punkty z Memphis Grizzlies. 34 i 10 asyst z Oklahoma City Thunder. 31 i 9 z Cleveland Cavaliers. 52 punkty z Miami Heat. 29 punktów i 15 asyst z Utah Jazz.

Isaiah Thomas jest znakomity, Boston Celtics wygrywają. Z ostatnich 10 meczów zwyciężyli aż w ośmiu.

Isiah i wiara

Tak, jego imię zostało zainspirowane Isiahem Thomasem, wielką gwiazdą przełomu lat 80. i 90., dwukrotnym mistrzem NBA z Detroit Pistons, mierzącym 185 cm wzrostu magikiem kozła i charyzmatycznym strzelcem.

Ojciec bohatera tego tekstu, James Thomas, wychowywał się w Los Angeles i jako wielki kibic Lakers założył się w 1988 roku z kumplem, że jego ulubiony zespół jeszcze raz pokona w finale Detroit Pistons. Lakers właśnie zwyciężyli ich 4-3 i zdobyli tytuł mistrzowski, więc na fali entuzjazmu James rzucił na szalę imię swojego pierwszego syna.

Tylko że dziecko płci męskiej urodziło się już 7 lutego 1989 roku, kilka miesięcy przed powtórką finału. James nie musiał, ale jednak nazwał syna Isaiah – po prostu spodobał mu się pomysł posiadania swojego Thomasa o tym imieniu. Jedyną różnicą było dodatkowe „a”, które wynegocjowała matka małego – żeby pisownia zgadzała się z biblijną.

To zaszczyt być nazwanym po kimś takim jak Isiah – mówił Isaiah, gdy grał w NCAA. Zresztą można sobie wyobrazić, że na takie pytania odpowiadał i będzie odpowiadał zawsze i wszędzie. – Na początku było to trochę dziwne, ale przywykłem. Staram się na boisku robić to, co on – dodawał młody koszykarz.

W tekście „Sports Illustrated” wspomniano nawet krótką konwersację Isaiaha z Isiahem, gdy ten pierwszy był na pierwszym roku studiów. – Isiah, jestem twoim największym fanem – wykrztusił podobno Thomas, gdy obaj panowie, po raz pierwszy w życiu, spotkali się w lutym 2009 roku, po porażce jego Washington Huskies z UCLA.

“Oryginalny” Thomas, wówczas pracownik New York Knicks, chwalił styl gry Isaiaha, podbudował jego pewność siebie, dał mu nawet swój numer telefonu, co było zaprzeczeniem reguł dotyczących kontaktów personelu klubów NBA z graczami NCAA.

Pierwsza rzecz, jaką mu powiedziałem, to że różnica między dobrym i złym graczem polega na tym, jak bardzo ten gracz w siebie wierzy – wspominał potem Isiah Thomas.

Droga do NBA to tylko początek

Nie była to rada jedyna. Były gwiazdor potrafił instruować kandydata na gwiazdę, by w lecie ćwiczył loby po wejściach, mając przed sobą obrońcę z wyciągniętą do góry miotłą. Albo by skoncentrował się na rzucaniu z półdystansu, gdy jego skuteczność rzutów spadała.

Statystyki i poziom gry rosły, pewność siebie też. Thomas potrafił nazwać się na Twitterze najsilniejszym rozgrywającym w kraju, a gdy mecze przegrywał, zachowywał twardą skórę. I tłumaczył, że łatwiej to robić patrząc na Isiaha, którego zwolnienia chce cała Madison Square Garden, a on robi swoje.

Na marginesie – wiele osób naprawdę myśli, że Isaiah to syn Isiaha. Meksykański reporter zapytał o to, jak grał jego ojciec w latach 80., gdy w 2015 roku Celtics odwiedzili Mexico City…

Po trzech sezonach z Washington Huskies, gdzie Thomas nosił koszulkę z nr. 2, bo zachęcił go do tego inny błyskotliwy mikrus i absolwent uczelni Nate Robinson, 22-letni koszykarz zgłosił się do draftu. Przed nim kręcił film dokumentalny ze swoich przygotowań – „Isaiah Thomas – Droga do NBA”. Ostatecznie ukazał się tylko zwiastun, pełnej wersji nie opublikowano.

https://www.youtube.com/watch?v=yewS7BduuOk&feature=related

Może dlatego, że to był dopiero początek tej prawdziwej drogi Thomasa?

Wybrali go – z ostatnim, 60. numerem draftu – Sacramento Kings. Koszykarz oglądał ceremonię w wynajętym apartamencie z rodziną, ale patrząc, jak mijają kolejne wybory, rozczarowany pojechał do domu. O tym, że jednak został wybrany, dowiedział się wsiadając do windy, gdy zadzwonił jego agent.

Szybki, skuteczny, silny i leworęczny rozgrywający pod koniec pierwszego sezonu zgarnął dwie nagrody dla najlepszego debiutanta miesiąca Konferencji Zachodniej, został wybrany do drugiej piątki pierwszoroczniaków, skończył rozgrywki ze średnimi 11,5 punktu oraz 4,1 asysty.

A potem je tylko poprawiał, w Sacramento doszedł do 20,3 punktu oraz 6,3 asysty w sezonie 2013/14. I rzeczywiście, z racji zachwiania proporcji na korzyść punktów, przypominał Isiaha Thomasa. Bezczelny, choć zwykle najmniejszy na boisku – zdobywając 24 punkty, 10 zbiórek i 11 asyst zaliczył triple-double jako najniższy gracz w historii ligi.

Prowadzi Celtics w górę

W 2014 roku trafił do Phoenix Suns na przeładowany obwód z Goranem Dragiciem i Erikiem Bledsoe. Na szczęście dla siebie – tylko na chwilę. Po transferze do Bostonu szybko odżył, jako rezerwowy został wybrany najlepszym graczem jednego z marcowych tygodni na Wschodzie. Zadebiutował w play-off, zajął drugie miejsce w głosowaniu na najlepszego rezerwowego.

A potem przejął kontrolę nad Celtics. Stał się podstawowym rozgrywającym i najlepszym strzelcem, jego średnie wzrosły do 22,2 punktu oraz 6,2 asysty. Słowem – stał się liderem ekipy trenera Brada Stevensa.

Trenerzy wybrali go jako rezerwowego do Meczu Gwiazd, w play-off Thomas potrafił rzucić 42 punkty w meczu nr 3 z Atlanta Hawks, a potem błysnąć w zakończonym dogrywką spotkaniu, które dało remis 2-2. Ostatecznie Celtics w tej rywalizacji meczu już nie wygrali, ale zrobili kolejny krok do przodu.

W tym sezonie, dzięki Thomasowi, z bilansem 21-14 są w tej chwili na trzecim miejscu Konferencji Wschodniej. I mają szansę na kolejny postęp. Z Isaiahem w takiej formie (27,8 punktu na mecz, do tego 6,4 asysty!) to naprawdę możliwe.

Ciężko za nim nadążyć, to taki mały cwaniak. Potrafi zdobywać punkty na wiele sposobów, robi to mądrze, ale umie też znaleźć kolegę, jeśli tego wymaga sytuacja. Po prostu ciężko go zatrzymać – mówił już wcześniej Gregg Popovich.

Teraz przekonują się o tym kolejni rywale.

Isaiah Thomas wymiata w takich butach – sprawdź >>

https://www.youtube.com/watch?v=CU2h1vENNE0

Łukasz Cegliński

POLECANE

Pozycja Anwilu Włocławek na czele listy jest na początku sezonu niezagrożona. Na drugim miejscu widzimy Arkę Gdynia, nieco dalej Polski Cukier. Najsłabiej w tym momencie wyglądają zespoły z Gliwic, Radomia i Starogardu Gdańskiego.