Jakub Lewandowski: Spełnianie koszykarskich marzeń

Share on facebook
Share on twitter

Trenerskie studia w Anglii, a teraz koszykarski uniwersytet w Kownie, z wykładami wielkich europejskich legend. Jakub Lewandowski, 25-letni asystent trenera w Stelmecie Enei BC Zielona Góra, opowiada o swojej drodze do przyszłego sukcesu.

Jakub Lewandowski / fot. R. Lacelt

WINTER SALE – trwa sezon niezwykłych cen w Sklepie Koszykarza! >>

Koszykówka to pasja, emocje, umiejętności. Do tej układanki warto jednak dodać bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy element – inteligencję, wiedzę. Są na świecie miejsca, w których ludzie zajmują się sportem od strony naukowej. Warto wspomnieć, że jedno z nich jest bardzo blisko, w Kownie.

Właśnie tam studia magisterskie na kierunku European Basketball Coaching and Management Science odbywa Jakub Lewandowski, 25-latek, który od sezonu 2017/18 pełni funkcję asystenta trenera w Stelmecie Enei BC Zielona Góra.

Zapraszam na rozmowę o tym, jak wygląda nauczanie sportu i koszykówki w Wielkiej Brytanii i na Litwie, w jakim stopniu Synergy pomaga w skautingu zawodników, na co warto zwracać uwagę, rozpracowując rywala i wielu innych sprawach. Aha, i oczywiście o tym, że warto czasem postawić na jedną kartę, zaryzykować i pójść za marzeniem.

CHŁOPAK, KTÓRY CHCIAŁ WIĘCEJ

Piotr Alabrudziński: Jak zaczęła się Twoja przygoda z koszykówką?

Jakub Lewandowski: Zaczęło się od tego, że była moda na basket. Gdy byłem w 2, czy 3 klasie podstawówki koszykówka była popularna wśród dzieciaków i młodzieży, w nocy tato oglądał NBA. Właśnie w 2, albo 3 klasie poszedłem na pierwsze SKS-y, bo tak się to wtedy nazywało i trafiłem na fajnego nauczyciela, który potrafił zarazić koszykówką.

Po zmianie szkoły zdecydowałem się pójść na pierwszy trening do Górnika Wałbrzych, trafiłem do Mini Basketu. Zostałem tam do końca liceum, przeszedłem przez wszystkie możliwe dla mnie szczeble, bo już w wieku juniora starszego byłem poza granicami Polski – pojechałem na studia, bo o rok wcześniej poszedłem do szkoły. W Górniku cały czas byłem w składzie, przez kilka sezonów nawet byłem kapitanem w swoim roczniku. Zawsze byłem tym gościem, który chciał pracować, ale często myślał, że wie lepiej.

Nie oszukujmy się, nie byłem zawodnikiem łatwym do trenowania, o czym już teraz mogę śmiało powiedzieć. Nie przysparzałem może problemów wychowawczych, ale niejednokrotnie podważałem decyzje trenerów, bo wydawało mi się, że wiem lepiej.

Na szczęście w porę zorientowałem się jednak, że nic wielkiego z mojej gry nie będzie, nie zostanę kolejnym Andrzejem Plutą, czy Łukaszem Koszarkiem, i postanowiłem, że trzeba szukać ścieżki z innej strony, żeby pozostać w baskecie, bo pasja i miłość były ogromne. Stwierdziłem, że warto to wykorzystać i może jest szansa, żeby robić to, co się kocha, i zostać trenerem.

Grając w Górniku Wałbrzych miałeś okazję spotkać się po przeciwnych stronach parkietu z Filipem Matczakiem.

Jesteśmy w tym samym wieku i niejednokrotnie rywalizowaliśmy. Nie ma sensu komukolwiek mydlić oczu: Filip przyjeżdżał do Wałbrzycha, rzucał w 20 minut 30, albo 40 punktów, siadał na ławce, rozwiązywał buty i patrzył, co będzie dalej. On był przed nami o 2 lata jeśli chodzi o fizyczność, talent, rozumienie koszykówki.

My byliśmy naturszczykami, którzy próbowali coś zrobić, kochali basket i nigdy się nie poddawali, walczyli o swoje. Jeżeli wygrywaliśmy mecze to walecznością i zaangażowaniem, a Filip był już na kilku zgrupowaniach kadr młodzieżowych, po wizytach za granicą, miał okazję trenować pod okiem lepszych trenerów, brał udział w lepszych projektach, grał w starszych kategoriach.

Pamiętam, że niejednokrotnie jak go kryłem, zdobywał punkty, udowadniał swoją wartość. Kiedyś nie było to łatwe, ale teraz już się z tego śmiejemy razem. Nawet często sobie wspominamy z Filipem tamte czasy. Niejednokrotnie w jakiejś gorszej sytuacji ja czy on przychodzimy do siebie i mówimy: zobacz jak to było kiedyś, a jak jest teraz. Kiedyś rywalizowaliśmy, a teraz jesteśmy w jednym zespole i spełniamy troszeczkę inne, ale dalej koszykarskie marzenie.
Wróćmy zatem do wątku rozwoju Twojego koszykarskiego marzenia i początku studiów.

Zawsze interesowała mnie analityka, taktyka, śledziłem statystyki, to kto jakie ruchy wykonuje na parkiecie. W trakcie liceum miałem tak naprawdę 2 opcje: pójść na wrocławską Politechnikę, albo spróbować wyjechać za granicę, ponieważ moja siostra wcześniej wyjechała na studia do Anglii. Odwiedziłem ją w międzyczasie, bardzo mi się tam spodobało i wtedy stwierdziłem: hej, może jest jakaś opcja, żeby zrobić studia za granicą, żeby to mnie jakoś wyróżniało spośród innych kandydatów do pracy trenerskiej.

Rozpoczęcie kariery trenerskiej dla młodego człowieka, nie posiadającego doświadczenia jako koszykarz na wysokim poziomie nie należy do łatwych zadań. Brakowałoby mi argumentów, tym bardziej, że od zawsze marzyłem o pracy przy projektach na najwyższym seniorskim poziomie.

Szukałem możliwości, żeby zrobić coś więcej, albo może po prostu coś innego, dostać się na studia, która pozwolą mi zdobyć jakąś przewagę dzięki wiedzy, doświadczeniu, znajomości języka – to mnie przekonało. Oczywiście rodzice i rodzina nie byli największymi zwolennikami tego pomysłu. Wiadomo, że fajnie, gdy dziecko jest inżynierem i pracuje w konkretnym zawodzie, a nie próbuje zostać trenerem w koszykówce. Dostałem się jednak na te studia i postanowiłem wyjechać.




KOSZYKÓWKA W DOMU PIŁKI NOŻNEJ

Wybrałeś kierunek zatytułowany Sports Coaching na uniwersytecie w Wolverhampton. Czy wcześniej miałeś wyobrażenie tego, jak będą wyglądały Twoje studia?

Byłem w kontakcie z wykładowcami, bo proces rekrutacyjny wyglądał w ten sposób, że trzeba było z nimi porozmawiać, zaprezentować siebie. Wysłali kandydatom dość dużą ofertę tego, co będzie w programie studiów, w sumie kilkadziesiąt stron. Przejrzałem to i mniej więcej wiedziałem, ale miałem wtedy te 18 lat. Stwierdziłem, że chcę być coachem, a jeżeli oni mnie tam chcą, to wsiadam w samolot, biorę dużą walizkę i po prostu jadę, robię to.

Da się porównać Twoje studia z kierunkami dostępnymi w Polsce?

Szczerze powiem, że nie znam specyfiki studiów w Polsce, więc mógłbym się wygłupić, gdybym je porównywał. Mogę powiedzieć, jak to wyglądało u mnie. Dostałem się do filii uniwersytetu na wydział sportowy, na którym było kilka kierunków związanych właśnie ze sportem.

Jeżeli chodzi o przedmioty, które miałem, to była m.in. biomechanika, fizjologia, psychologia, filozofia sportowa, wysyłano nas na staże, badaliśmy rzeczy w laboratorium od strony biologiczno-chemicznej, był marketing, management. Chodziło o to, żeby wpoić nam podstawy tego, co później składa się na sport.

Powiem szczerze, że dopiero tutaj w Stelmecie zrozumiałem, jak ważne są te małe rzeczy i że wcale nie jest tak, że trener, który będzie wiedział, powiedzmy, jak ułożyć rękę do rzutu Filipowi Matczakowi, będzie świetnym trenerem. Praca trenera nie polega tylko na tym, żeby wyjść, rozpisać wszystko na desce i wtedy wszystko zadziała, ale jest w niej dużo psychologii, współpracy z biurem, ludźmi dookoła zespołu. Te aspekty fizjologii, biomechaniki, to ogromnie ważne sprawa.

Na szczęście, tutaj są ludzie, którzy się nimi zajmują, ale jest przecież wielu trenerów, którzy nie mają aż takiego zaplecza medycznego, nie mają trenerów od przygotowania motorycznego i są skazani tylko na siebie. Na studiach otrzymałem wiele cennych lekcji i wszystko, co na nich było dawało bardzo dobry start, żeby wejść w pracę w sporcie.

Fajne jest to, że część z nas poszła w kierunku analityki sportowej, część poczuła smykałkę do przygotowania motorycznego, są ludzie, którzy poczuli, że podoba im się badanie w laboratorium, lubią maszyny, lubią analizować organizm sportowca podłączonego do wielu kabli. Poszli na magisterki i podejmują pracę w wybranym kierunku. To był start, który nam wszystkim pozwolił odnaleźć siebie trenersko i zdecydować, jaki kierunek wybrać, gdzie chcemy dalej iść.

Oprócz nauki udało Ci się jednak znaleźć w Wielkiej Brytanii czas na granie w koszykówkę.

Na uniwersytecie od razu załapałem się do drużyny. Trener mnie polubił, załapałem z nim dobry kontakt. On też pomógł mi się zaklimatyzować, bo byłem jedynym Polakiem zarówno na całym wydziale, jak i w zespole. Nie ukrywam, że to nie jest łatwa sprawa. Tak jak wcześniej powiedziałem, poszedłem do szkoły rok wcześniej i w wieku 18 lat musiałem odnaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Nie mieszkałem z siostrą, tylko w akademiku w innym mieście, mieliśmy do siebie autem jakieś 45 minut drogi, więc nie miałem kontaktu z bliskimi czy znajomymi.

Trzeba było poświęcić całe swoje życie prywatne na to wszystko, ale to właśnie postawiłem sobie za cel, dać sobie kilka lat, zbudować jakieś CV, wykształcić się, zdobyć jak najwięcej wiedzy. Etap studiów to była masa zarwanych nocek na oglądanie wszystkiego, co tylko się dało obejrzeć na YouTube, czy innych stronach związanych z coachingiem, basketem.

W ramach przechodzenia pierwszego roku, poznawania całej kultury i trenowania z bliska, załapałem się do West Bromwich Albion, do sekcji koszykówki. Wielka Brytania to kraj skoncentrowany na piłce nożnej i ciężko się tam przebić z jakimkolwiek pomysłem na basket, ale to było super doświadczenie, bo zobaczyłem, jak wygląda taki ogromny klub, jakim jest West Brom. Byliśmy małą odnogą, ale mieliśmy też kontakt z biurem, piłkarzami, stadionem. Wszystko było spójne i składało się na super doświadczenie.

Kolekcja Mitchell & Ness – NBA za jakim tęsknisz! >>

Z tego, co wiem, to również nauka szła Ci świetnie, bo ten etap studiów ukończyłeś z najwyższym wynikiem na roku.

Tak. Ogólnie miałem tam dobre 3 lata. Byłem niesamowicie zmotywowany do tego, żeby coś z tego wyszło, bo zdawałem sobie sprawę, w jakiej sytuacji jestem. Zostawiłem całe życie prywatne, wszystkich znajomych i miałem 3 lata na to, żeby coś ze sobą zrobić, a jeżeli nic z tego nie będzie, to po prostu pogodzić się z poddaniem swoich koszykarskich marzeń.

Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego po co wyjechałem i że moją ambicją było pracować na jak najwyższym poziomie. Miałem ogromne wsparcie ze strony bliskich. Za to, że grałem na uniwersytecie dostałem stypendium sportowe. Byłem też kapitanem tej drużyny.

Udało mi się ukończyć studia z najwyższym wynikiem i jeszcze dostałem nagrodę specjalną. Wybrali moją pracę licencjacką na najlepszą na całym sportowym oddziale uniwersytetu. Później zresztą, głównie ze względu na te naukowe osiągnięcia, dostałem ofertę pracy z jednej z uczelni. Była przy niej drużyna koszykówki kobiet z ekstraklasy i miałem tam zostać asystentem przy okazji podjęcia kolejnych studiów, ale jednak zdecydowałem się na Zieloną Górę.

PODGLĄDAJĄC STELMET

Opowiedz więcej, jak do tego doszło.

Po tych 3 latach wróciłem do Polski ze względu na to, że odwołali mój kierunek studiów magisterskich, na które pierwotnie chciałem iść. Stwierdziłem, że to dobry moment, żeby wrócić do kraju, zobaczyć się ze znajomymi, rodziną, odetchnąć i spróbować szukać w Polsce możliwości do rozwoju.

Wszystko zgrało się w czasie tak, że moi rodzice przeprowadzili się w okolice Zielonej Góry, Stelmet był wtedy na wysokim poziomie, a pierwszym trenerem był akurat pochodzący podobnie jak ja z Wałbrzycha Andrzej Adamek. Wykonałem do niego telefon, trener Adamek mniej więcej wiedział, kim jestem ze względu na to, że Wałbrzych to nie jest jakieś duże miasto i rodzina koszykarska tam trzyma się razem. Zapytałem, czy jest szansa, żebym mógł przyjechać, podpatrzeć jak prowadzone są treningi, na czym to wszystko polega, porozmawiać, popytać, przydać się w jakiś sposób, bo byłem niesamowicie podekscytowany tym, że taki projekt jest tak blisko mnie. Musiałem to wykorzystać.

Zacząłem jeździć na treningi, zadawać miliony pytań, obserwować wszystko, robić własne notatki. W pewnym momencie Andrzej Adamek zapytał się, czy nie chciałbym bliżej poznać się z Arkiem Miłoszewskim, który prowadził drugi zespół i może tam bym się bardziej przydał do pracy niż do obserwacji. Trener Miłoszewski od razu zaprosił mnie do współpracy, z wielką chęcią przyjął osobę do pomocy, bo w tym momencie był sam jeżeli chodzi o pracę trenera. Marcin Chodkiewicz był wtedy grającym asystentem trenera, ale wiadomo, że to nie jest to samo.

Arek Miłoszewski już do dziś został moim mentorem. Nie ukrywam, że bardzo dużo mu zawdzięczam, bo to on wprowadził mnie w koszykówkę, pokazując wszystko od podstaw. Przebrnęliśmy razem przez dwa sezony w 2. Lidze. Po pierwszym sezonie, w którym dojeżdżałem na treningi na własną rękę i próbowałem być jak najbliżej tego wszystkiego, Zielona Góra zaproponowała mi pozycję asystenta w drugiej lidze. Miałem do wyboru jechać na Wyspy i próbować szczęścia idąc dalej w edukację i być przy brytyjskim baskecie, albo zostać tutaj i próbować uczyć się od najlepszych w mojej ojczyźnie.

Podjąłem decyzję, że zostaję w Zielonej Górze. Tutaj miałem możliwość oglądania najlepszego basketu w Polsce, podglądania Euroligi i najlepszych zawodników. Tak zostało do dziś. Nie wiedziałem wtedy na co dokładnie się piszę na takiej zasadzie, że zostanę w Zielonej Górze rok, 2, czy 5. W tym momencie siedzę już 5 sezon. Czas zleciał szybko a mi udało się z tego chłopaka który przychodził oglądać treningi i zadawać pytania, przejść do sztabu trenerskiego pierwszego zespołu.




Na ile w tym odnalezieniu się w Zielonej Górze pomogły Ci studia?

Mój kierunek nie był związany bezpośrednio z koszykówką, było to ogólnie trenerstwo sportowe. Dopiero później, w rozmowach, np. z Jure Drakslarem, dowiadywałem się, że materiały, które były nam przekazywane były z najwyższej półki. Wykładowcy musieli być na czasie z wszystkimi źródłami i informacjami. To nie była wiedza z książek sprzed 20 lat, ale jeżeli cokolwiek się pojawiało w najnowszych sportowych publikacjach, to oni już o tym wiedzieli i podsyłali nam.

Bazowaliśmy na rzeczach ze Stanów Zjednoczonych, z największych, najważniejszych uczelni na świecie. Było dużo ciekawych rzeczy, wiedzy typowo książkowej na początku, to na pewno, bo trzeba było wejść w komórki ciała, kości, stawy. Jeżeli chodzi o poziom studiów, to byłem bardzo zadowolony.

Zaczynałeś od bycia człowiekiem, który przychodził na treningi, obserwował, dopytywał, potem przyszły obowiązki przy drugim zespole. Mógłbyś podać więcej szczegółów odnośnie tego, jak wzrastały Twoje obowiązki w Zielonej Górze?

Któregoś razu w trakcie pierwszego sezonu z własnej inicjatywy przyniosłem parę analiz. Wtedy trener Gronek był asystentem, więc uderzałem do niego. Do kogo zresztą bym nie poszedł, każdy mówił: gadaj z Arturem, Artur się na tym najlepiej zna, on szybko zweryfikuje Twoją wiedzę i wszystko ci podpowie, co, jak, gdzie i kiedy. Z nim też odbyłem wiele rozmów na temat skautingu i koszykówki.

Później dostałem pierwsze, można powiedzieć małe obowiązki, żeby opisać zawodników, czy coś zobaczyć, sprawdzić. Wiadomo, że przy 2 meczach w tygodniu tych obowiązków jest na tyle dużo, że jeżeli tylko jest możliwość, żeby ktoś oddał 2 godziny, to trenerzy z chęcią z tego korzystali, a ja z przyjemnością brałem w takich przygotowaniach udział. Dla mnie to był duży zaszczyt i niesamowita radość, że mogłem dostać telefon o 22:00: Kuba, musisz sprawdzić to, to i tamto, wyślij mi maila i zdzwonimy się za 2 godziny.

To były początki przy pierwszym zespole, a do tego tak jak wspomniałem zacząłem jeździć na mecze 2 Ligi i asystować trenerowi Miłoszewskiemu. Tam też było jakieś wideo do zrobienia, dużo rozmów o koszykówce, dużo słuchania trenera Miłoszewskiego, bo to na szczęście człowiek uwielbiający rozmawiać o baskecie, a dla chłopaka, który chciał się uczyć, był to dar z nieba. Opowiadał mi o koszykówce, gdy spędzaliśmy na hali kilka godzin po, albo przed treningami, a ja chłonąłem tę wiedzę i mógłbym pisać o tym wszystkim książki.

Z czasem moje rozumienie basketu wzrastało i można było mi dać coraz więcej obowiązków. Podczas drugiego i trzeciego sezonu pomagałem również przy treningach pierwszego zespołu, aż w końcu zdecydowano się na mnie postawić. Trener Gronek zaproponował mi bliższą współpracę oraz poważniejsze zadania, chciał mnie w sztabie i klub się na to zgodził.

Masz jakieś wydarzenie z tamtego czasu, które Cię najbardziej ucieszyło?

Myślę, że nie. Cały ten przełomowy sezon, kiedy pierwszy raz byłem na ławce pierwszego zespołu, gdy zacząłem jeździć na wyjazdy w playoff, to było największe przeżycie. Dla człowieka takiego jak ja nie może zresztą być innego lepszego momentu spełnienia koszykarskich marzeń, niż kiedy dostałem pierwszy medal w swoim życiu i to od razu złoto za pierwsze miejsce na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Kiedy tak naprawdę dopiero zaczynasz swoją drogę, moim zdaniem, nie można sobie tego lepiej wyobrazić. Gdyby kilka lat wcześniej ktoś mi o tym powiedział, to bym sobie pomyślał że to żart.

LITWA, UNIWERSYTET KOSZYKÓWKI

Praca asystenta w Stelmecie nie zamknęła jednak Tobie drogi do dalszej edukacji.

Tak, bardzo mi na tym zależało. Stwierdziłem, że pierwsze studia dały mi bardzo dużo. To nie był przypadek, że ludzie w Zielonej Górze coś we mnie zobaczyli i postanowili mi dać szansę. Zdaję sobie sprawę z tego, że jakaś wstępna wiedza, wykształcenie oraz pasja mogą nie wystarczyć, tym bardziej w tak poważnym zespole.

Sam fakt, że zdecydowałem się na wyjazd niejednokrotnie ludziom w jakiś sposób imponował i dawał do zrozumienia, że hej, jeśli chłopak w wieku 18 lat wyjechał, to może jest coś wart zawodowo. Do tego jeszcze doszedł biegły język angielski, który jest głównym warunkiem dobrej komunikacji z zespołem. Po licencjacie postanowiłem zatem rozpocząć studia magisterskie na Lithuanian Sports University na kierunku European Basketball Coaching and Management Science.

Kolekcja Mitchell & Ness – NBA za jakim tęsknisz! >>

Tutaj już na pewno miałeś typowo koszykarskie przedmioty. Możesz je wymienić i pokrótce opisać?

Na pierwszy ogień przedmiot, który mnie najbardziej interesował, czyli Performance Analysis and Technological Support in Basketball. Dużo o komputerach, nagrywaniu wideo, najnowszych trendach w NBA. Było też typowo o skautingu: o tym jak zbierać informacje, jak zbudować profil informacji i na końcu jak przekazać to zawodnikom, żeby zrobili to, co chcemy, bo nie zawsze to, że jest wiedza spowoduje, że końcowy wynik będzie dobry.

Graczy trzeba odpowiednio zmotywować, dać odpowiednią ilość informacji, trafić we właściwy dzień, zobaczyć w jakim cyklu meczowym jest drużyna, wiedzieć, co nam dobrze szło, a co źle. Tutaj jest też dużo intuicji, bo nikt nie będzie siedział godzinami i się zastanawiał, ile czego, co i jak, ale jest wiele aspektów, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę.

Kolejnym przedmiotem było Applied Physiology, Nutrition and Neurobiology to Basketball Training – rzeczy związane z przygotowaniem motorycznym. Myślę, że to ważne, żeby każdy z nas miała jakieś podstawy tego, bo jeżeli chce się brać udział w koszykówce, czy w ogóle w sporcie, to powinno się wiedzieć, jak wygląda organizm człowieka od środka i co się z nim dzieje podczas uprawiania sportu.

Następny przedmiot to Basic Technical and Tactical Performance. Tutaj mieliśmy ludzi z Zalgirisu, którzy przyszli nam opowiadać na temat taktyki, budowania systemu w ataku, obronie, sami oglądaliśmy mecze, dyskutowaliśmy na ten temat, przedstawialiśmy rzeczy z własnego doświadczenia.

Fajne jest to, że na tych studiach magisterskich jest mniej siedzenia w książkach, a o wiele więcej rozmów. Poznałem gościa z Estudiantes, ludzi z Norwegii, z Litwy.

Wracając jednak do przedmiotów, było też Skill Acquisition and Applied Psychology in Basketball, czyli rozmowy o tym jaką drogę przechodzi impuls nerwowy w naszym organizmie, ile razy mu się powtórzyć, żeby czegoś człowieka nauczyć. Dużo psychologii, rozmów typowo praktycznych na temat sytuacji meczowych, czy treningowych, budowania nawyków, motywacji, budowania drużyny i zespołu od środka.

Ciekawą sprawą, z którą miałem do czynienia pierwszy raz było to, że wiele mówiliśmy o naukowcach w koszykówce. Pierwszy raz skupiłem się na tym, jak koszykówka wygląda od strony naukowej, od strony laboratorium. Są na świecie laboratoria, które badają basket. Wiadomo, że są programy jak choćby Synergy, ale są też ludzie, którzy bardzo głęboko zaglądają do koszykówki i mają to wszystko potwierdzone od strony uniwersytetu, czyli nie wchodzi tu już w grę żadne błędy ludzkie.

Niestety, nie jest to na tyle rozwinięte, choć myślę, że w ciągu najbliższych kilku lat ta dziedzina badań się rozwinie i będzie mniej intuicyjna. Oczywiście, wiedzy przekazywanej w świecie koszykówki z pokolenia na pokolenie jest dużo, doświadczenia, praktyki, ale tutaj można na nią zerknąć od innej, laboratoryjnej strony.

Podejrzewam, że trenerzy z większym doświadczeniem mniej się na tym skupiają, bo lepiej czują koszykówkę, lepiej rozumieją wszystkie schematy, które są w tej dyscyplinie zarówno na boisku, jak i poza nim, ale szczególnie dla młodych ludzi dobrze by było, gdyby wiedza, którą mogą zdobyć była czymś poparta, żeby na początku było jak najmniej intuicji, a dużo wiedzy popartej rzetelnymi, naukowymi argumentami.

Oprócz wspomnianych przedmiotów była też taka typowa klinika trenerska. Przyjechał Zmago Sagadin, którego można kojarzyć z polskich parkietów, przyjechał Arvydas Sabonis na wizytację, porozmawiać z nami, poopowiadać o starszych czasach, był Milos Grigorievic, który blisko 10 lat spędził w Partizanie. Poznaliśmy ludzi z Zalgirisu.

Żalgiris to najwyższa europejska półka, co potwierdza chociażby fakt, że przy pierwszym zespole jest gość, który zajmuje się wyłącznie rozwojem technicznym zawodników, indywidualnie pracuje z zawodnikami. Jego praca na pełen etat polega na tym, że weźmie każdego dnia jednego czy kilku graczy i będzie szlifował z nimi dany element gry.

Brzmi imponująco. A czy da się powiedzieć, jakiej koszykówki uczą przyszłych trenerów?

Myślę, że najważniejsze, czego uczą, to żebyśmy mieli wiedzę, ale też byli tej wiedzy głodni i cały czas ją poszerzali, bo koszykówka to jest nieskończony temat. Zawsze będzie można zrobić więcej, lepiej, nigdy nie ma wyników 100 do 0 i to starają się nam wpoić wykładowcy.

Nie tłumaczą nam, nie narzucają jakiegoś stylu gry, bo jesteśmy grupą stworzoną z ludzi na różnych poziomach. Jeden gość prowadzi seniorów, inny jest asystentem U16, kolejny ma 20 lat doświadczenia jako koordynator grup młodzieżowych, inny chciałby dopiero zacząć być analitykiem w przyszłym roku.

Prowadziliśmy wiele dyskusji na temat tego, jak wygląda koszykówka w Europie, w Eurolidze, jak w Stanach, czym różnią się te style, w jakim kierunku to wszystko będzie dążyło: czy Europa pójdzie za Ameryką, czy może to Ameryka zaczerpnie coś z Europy. Wszystko szło raczej w kierunku przekazywania wiedzy i budzenia chęci jej dalszego zdobywania, a nie narzucenia jednej właściwej odpowiedzi.

Sam fakt, że tych przedmiotów było dużo i to dość różnorodnych zobowiązuje do tego, żebyśmy kształcili się wielokierunkowo, żeby nie było tak, że student A zna się tylko na skautingu, a student B tylko na przygotowaniu motorycznym, a już poza swoimi kategoriami nie wiedzą, co się dzieje na boisku.

Nie było nauczania, jak powinniśmy grać w koszykówkę od przyszłego roku, ale analizowaliśmy zasady, które wchodzą z roku na rok jeżeli chodzi o sędziowanie, dynamikę, zmiany jeżeli chodzi o pozycje na boisku, bo te, które były wcześniej przyjęte coraz bardziej się zacierają.




CODZIENNOŚĆ SKAUTA

Obecnie Twój chleb powszedni w Stelmecie to skauting zawodników. Chciałem zapytać, jak wielką rolę odgrywa w tym system Synergy? Czy komputer, program wystarcza do dobrej pracy?

Na pewno nie. Trzeba obejrzeć 2, a najlepiej 3 całe mecze. Zobaczyć, kto ma jakie role w zespole. Dobrze wiedzieć też, kto ile czasu gra w tej drużynie, przeprowadzić taką analizę psychologiczną ról, kiedy jaki zawodnik jest na parkiecie, a kiedy go nie ma, w jakiej sytuacji korzysta z niego trener, jak wygląda cała rotacja: czy jest ona podporządkowana pod przeciwnika, czy może stała i trener wierzy w swój zespół, nie koncentrując się na tym, co robi przeciwnik. Czy zawodnik jest bardziej efektywny na taki rodzaj obrony, czy na inny, kiedy ma zwyżkę formy, kiedy dół. Jeżeli zagrał słabszy mecz 4 kolejki temu, to dlaczego to się wydarzyło, a jeżeli grał niesamowicie, to co z tym można zrobić.

Synergy oczywiście ułatwia nam sprawę jeżeli chodzi o prezentowanie materiału, bo klipy są już gotowe, ale to tylko mała część tego wszystkiego. Musimy mieć wiedzę na temat zawodników, ale to że wiemy, że ktoś jest strzelcem po lewym koźle, albo po 2 lewych kozłach w akcji pnr, to jest bardzo mała informacja. Musimy wiedzieć, kiedy on z tego korzysta.

Są zawodnicy, którzy się włączą pod koniec meczu, w kluczowych momentach, i tacy, którzy będą dobrze grali przeciwko słabszym rywalom. Tę wiedzę trzeba dostosować, przyswoić i znaleźć pomysł na to, jak ją wykorzystać.

To nie jest tak, że sprawdzimy mocne, czy słabe strony jakiegoś gościa i wszystko, ale musimy poznać, dlaczego te strony funkcjonują w takim środowisku i jak na nie zareagować, poszukać dziur, luk u przeciwnika. Wiedzieć jak dany gracz funkcjonuje po drugiej stronie parkietu, w obronie, jak współpracuje, broniąc pnr, czy jest leniwym obrońcą, czy wykazuje cechy zaangażowania, czy zespół dużo traci, kiedy ten zawodnik jest atakowany, albo musi pomagać w obronie.

Jakim składem gra trener i w jakich sytuacjach, czy lubi grać small ball, czy w ogóle jest na niego przygotowany: z niższą 4, czy z 4 grającą na 5, czy dużo kombinuje, rotuje – to są te wszystkie małe rzeczy.

Synergy jest gdzieś na końcu, żeby przekazać naszym zawodnikom finalny element, żebyśmy nie musieli kolejny raz ciąć meczu, wybierać plików, ale tak naprawdę te statystyki mało mówią. Trzeba obejrzeć, poczuć i wyciągnąć własne wnioski, bo niejednokrotnie bywało tak, że ja sobie sprawdzałem rzeczy związane z naszym zespołem w trakcie sezonu, bo to jest jakieś źródło informacji dla nas, i powiem szczerze, że byliśmy zaskoczeni, widząc, że gość lubi robić coś innego niż wskazywałoby Synergy. Na to trzeba brać poprawkę i budować własne wnioski tak, żeby później być pewnym tego, co się mówi.

Czy duża jest różnica pomiędzy skautingiem zawodników grających w EBL i VTB?

Tak. Powiem szczerze, że w fazie grupowej BCL nie było aż takiej różnicy, ale po przeskautowaniu paru drużyn VTB było wielu zawodników, którzy potrafią zrobić naprawdę dużo na boisku. To są gracze, którzy na pozycji 3 nie tylko czasem zagrają tyłem do kosza, ale są w stanie grać przodem do kosza, tyłem i jeszcze rzucić za 3 punkty, a my musimy być mądrzy w tym, żeby wybrać te cechy i przedstawić je zawodnikom w taki sposób, żeby oni nie zgłupieli, bo np. Michał Sokołowski stanie przed Tobą i powie: halo, halo, to czego wy ode mnie oczekujecie? On ma nie rzucić, nie zebrać, nie zagrać tyłem do kosza?

Zawodnicy też są ludźmi i tym bardziej w tak silnej lidze jak VTB zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy underdogiem, który będzie walczył o zwycięstwo w każdym meczu, ale nikt nie spodziewa się, że będziemy faworytem w meczu przeciwko CSKA, czy Zenitowi.

Właśnie, wspomniałeś o tym, że z jednej strony jest wiedza, którą gromadzi skauting, a z drugiej kwestia tego, ile i jak ją przekazać. Może być tak, że nadmiar, albo niewłaściwa forma przekazu może blokować zawodnika?

Zbyt długi meeting może niestety oznaczać gorszy trening, bo zawodnicy są na tyle zmęczeni tym siedzeniem i wpatrywaniem się w ekran, że z automatu ucina im to pół godziny dobrego treningu. Jeżeli grasz 80 spotkań w sezonie, na każdej pozycji w drużynie przeciwnej gra 2, 3 zawodników, do tego dobrze by było znać jakieś szczegóły na temat reszty zespołu, a u swoich zawodników zapamiętać co kilka dni 5, czy 10 cech, to jest to praktycznie niemożliwe.

Czasami też potrafi się to sprowadzić do tego, żeby zawodnik po prostu wiedział, czy przeciwnik rzuca za 3, czy nie, i czy jest dobry w grze 1 na 1, a jeśli tak, to jakiej gry szuka.

Bardzo dużo tutaj zależy od trenerów. To oni decydują o tym co tak naprawdę mają robić asystenci. My musimy się dostosować, zebrać informacje do kupy i przekazać je w pierwszej kolejności głównemu trenerowi, który podejmie ostateczną decyzję o naszej adaptacji do przeciwnika.

Każdy trener ma swoje preferencje odnośnie skautingu rywali. To co dostają od nas zawodnicy to tylko część wykonanej przez nas pracy, element końcowy. Trener Urlep robił to inaczej, czego innego wymagał od asystentów, Saso Filipovski wymagał czego innego, Artur Gronek również miał zupełnie indywidualne podejście. Chodzi tutaj głównie o czas poświęcany na wykładanie informacji, o formę oraz o to czego tak naprawdę szukamy.

Tuż po przyjściu do Zielonej Góry Igora Jovovica, spotkaliśmy się z trenerami i odbyliśmy długą rozmowę na temat podziału ról, obowiązków oraz całej filozofii Trenera Jovovica.

Na marginesie tego pytania, a raczej Twojej odpowiedzi – czy meeting, wideo może w jakiś sposób zastąpić trening?

To jest ciężkie pytanie na zero-jedynkową odpowiedź. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie jest zespół. Na początku sezonu niektórzy lubią oglądać bardzo dużo wideo, inni wcale. Niektórzy chcą przedstawić swoją filozofię, pokazać, co chcą grać, itd, inni stwierdzą, że bez sensu oglądać wideo, będziemy analizować jak popełnimy błędy, albo co zrobiliśmy dobrego w meczu.

Tak naprawdę najważniejsze jest pytanie, dlaczego to się robi, bo myślę, że trening nigdy nie zastąpi wideo i odwrotnie. Jedno i drugie jest pod inne sytuacje, ma swoje plusy i minusy, zależne od tego, czego potrzebujesz w danym momencie.

Jesteś młodym człowiekiem i na koniec naszej rozmowy muszę Cię o to zapytać: jakie masz plany na przyszłość? Gdzie siebie widzisz za kilka lat? Myślisz w ogóle w takich kategoriach o sobie?

Obecnie bardzo bym chciał skończyć studia, a do końca sezonu mam ważny kontrakt ze Stelmetem i na tym się skupiam. Środowisko koszykarskie funkcjonuje tak, że czego byś sobie nie zaplanował, jutrzejszy dzień może ci to wszystko pozmieniać.

Jak do tej pory, moja zielonogórska przygoda z basketem to bez dwóch zdań spełnienie koszykarskich marzeń. Oczywiście mam w głowie różne pomysły na siebie, jednak priorytetem jest to, że mamy teraz do wykonania ogrom pracy, który chciałbym aby poprowadził nas do powrotu mistrzostwa do Zielonej Góry i na tym się teraz skupiam.

Piotr Alabrudziński, @PulsBasketu

WINTER SALE – trwa sezon niezwykłych cen w Sklepie Koszykarza! >>




POLECANE

Po ostatniej fali zwolnień, odejść i zawieszeń w składzie BM Slam Stali zostało 5 graczy na poziomie ekstraklasy. Już jutro, w sobotę, ostrowianie zagrają w Dąbrowie Górniczej. Debiut Łukasza Majewskiego w roli trenera zapowiada się więc dość egzotycznie.