Jakub Zamojski: Aż chce się sędziować!

Share on facebook
Share on twitter

O samodoskonaleniu, sędziowaniu w okularach, życiu na walizkach oraz trikach trenerów euroligowych – rozmowa z Jakubem Zamojskim, polskim arbitrem międzynarodowym.

Andrea Trinchieri i Jakub Zamojski / fot. Euroleague

adidas Dame D.O.L.L.A.  – w takich butach szaleje Damian Lillard! >>

Cześć I rozmowy z sędzią Jakubem Zamojskim – TUTAJ >>

JD: Panie Jakubie, chciałbym zadać kilka pytań odnośnie samego campu sędziowskego w Radomiu. To już 15. edycja!

JZ: 15 rok leci, edycji było już jednak więcej, bo w niektórych latach robiliśmy po 2 campy. Idea była jedna i dalej jest ta sama – pomoc młodszym sędziom w doszkalaniu, przekazywaniu wiedzy od bardziej doświadczonych instruktorów i sędziów z najlepszych lig świata. Co roku próbujemy czegoś nowego i innego, ale zawsze cel jest ten sam. Chcemy, by młodzi sędziowie mieli szansę się dowiedzieć czegoś więcej, niż na co dzień.

JD: Z rozmów, które dotychczas przeprowadziłem wynika, że był bardzo zróżnicowany poziom chociażby w kwestii doświadczenia uczestników campu, prawda? Tam byli sędziowie zarówno mniej doświadczeni, nasi nowi sędziowie z ekstraklasy oraz młodzi sędziowie FIBA, także to zróżnicowanie było bardzo duże.

JZ: Jak co roku. Nasz camp jest dostępny dla wszystkich sędziów. Uważam, że każdy od każdego może się czegoś nauczyć, nie tylko młodszy od starszego, ale też na odwrót, bardziej doświadczony od mniej doświadczonego. Nie staramy się nigdy na nikogo zamykać.

Oczywiście, nie wszystkich sędziów obsadzamy na trudniejsze mecze. Nie wrzucamy na głęboką wodę arbitrów, którzy są jeszcze za mało doświadczeni. Praktycznie co roku mamy sędziów międzynarodowych oraz tych z kilkuletnim stażem sędziowskim, ale nigdy to źle nie wychodzi, wszyscy to raczej traktują jako atut.

Myślę, że taki klasowy sędzia, który musi poprowadzić na campie trudne zawody z kolegą niedoświadczonym, to też ma w tym jakieś wyzwanie i może się czegoś nowego nauczyć, np. jak prowadzić taki mecz z mniej doświadczonym partnerem.

JD: Ciekawa rzecz techniczna – zauważyłem, że w trakcie spotkań sędziowie często sędziują w okularach.

JZ: Tak, to jest rzecz, którą gdzieś tam wymyśliłem parę lat temu. Przekonałem się do tych okularów z kamerami. Udało się znaleźć takie, które są najmniej zawodne i bardzo dobrej jakości. Praktycznie pokazują, gdzie sędzia patrzy, co i jak widzi, czy dobrze się ustawia. To bardzo pomocna rzecz i staramy się z takiego sprzętu korzystać również podczas campu.

Osobiście, na wszystkich meczach sparingowych, gdy tylko można, też używam tych kamer w celach szkoleniowych. Po prostu jest to bardzo fajna rzecz do podnoszenia własnej techniki sędziowania, poruszania się, zajmowania pozycji, kontroli tego gdzie i jak się patrzy oraz sprawdzenia tego, co naprawdę widzieliśmy, a co nam się wydawało, że widzieliśmy i odgwizdaliśmy.

JD: Zaobserwowałem, że taka campowa forma szkolenia czy wspólnej pracy, ostatnio zyskała bardzo na popularności. Mieliśmy w Radomiu camp organizowany przez Pana, ostatnio widziałem też, że nasi sędziowie z PLK razem przygotowywali się do sezonu w Gliwicach.

JZ: Myślę, że to tylko świadczy o tym, że takie szkolenia są z jak największą korzyścią dla sędziów. Gdzieś musimy trenować i się szkolić, nie mamy innych możliwości w lecie, niż wykorzystywanie właśnie takich campów, na których sędziujemy, gdzie ktoś nas uczy, obserwuje, zwraca uwagę na jakieś nasze ułomności. W ten sam sposób szkoli NBA, Euroliga oraz szkolą się również inni sędziowie. Nie ma idealnego sposobu trenowania dla sędziów, ale jest to jedna z form.

Są też różnego rodzaju campy. Mamy też„Survival camp”, który dwa razy udało się nam zorganizować w Jezierzycach. Jest on zupełnie innym szkoleniem, niż te w Radomiu, gdzie jest praca z bardzo małą grupą, mocno indywidualna, która znowu nastawiona jest na podniesienie indywidualnych technik każdego z sędziów. Oczywiście, przy okazji, poprawy jego walorów fizycznych i kondycji. Kluczem do tego jest to, że pracujemy nad indywidualnymi technikami każdego sędziego.

Ci sędziowie po 5 dniach po prostu wyglądają zupełnie inaczej, niż w pierwszym dniu campu. Zmienia się ich zachowanie i poruszanie się. To zauważają trenerzy, którzy tam pracują, też i zawodnicy mówią, że „w piątek” są to zupełnie inni ludzie niż „w poniedziałek”. Taka forma jest jeszcze bardziej przydatna.

W tym roku organizowałem ten camp, ale też byłem jednym z jego uczestników, ponieważ uważam, że potrzebuję takiego treningu. To się sprawdza po prostu. Szkolimy się jak możemy, musimy znajdować jak najlepsze, różnego rodzaju sposoby, żeby ćwiczyć, by stawać się coraz lepszymi.

W tych butach Stephen Curry trafia wielkie rzuty >>

JD: Odbiegając powoli od samego campu. Biorąc pod uwagę Pański przebieg kariery i to, jakie mecze już się udało sędziować i co osiągnąć – jaki jest cel sędziego Jakuba Zamojskiego na nowy sezon?

JZ: Jak to powiada jeden z moich przyjaciół z NBA, „moim celem jest mieć pierwszy idealny mecz”. Oczywiście jest to niewykonalne, ponieważ takiego meczu nikt nigdy nie ma i jest to nie do osiągnięcia, ale taki sobie stawiam cel.

A tak na poważnie, to sędziować jak najlepiej, jak najczęściej i otrzymywać jak najwięcej dobrych nominacji w Eurolidze, w PLK i VTB oraz starać się po prostu, mimo że nie mam 25 lat, podnosić swój poziom sędziowania, bo kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Znam swoje problemy oraz słabe strony i pracuję nad nimi.

JD: Wymienił Pan kilka rodzajów rozgrywek, m. in. Euroligę, PLK, VTB. Jak wygląda taki tydzień z życia w trakcie sezonu, tak zajętego sędziego koszykówki jak Pan?

JZ: W domu, w którym mieszkam, spadają rachunki za prąd i wodę. Jesteśmy mało w domu. Ten tydzień, jeżeli w każdej z tych 3 wymienionych rozgrywek mam 1 mecz w tygodniu, to znaczy, że mam 3 mecze, czyli 5-6 dni mnie nie ma.

Czasami cały tydzień mnie nie ma i to może być fascynujące dla tych, którzy wyjazdy kojarzą z przyjemnymi podróżami, że jestem w ciągu kilku dni w 3 różnych krajach i stolicach. My na to patrzymy trochę inaczej, bo tak naprawdę czasu na zwiedzanie, oglądanie i cieszenie się danym miejscem nie ma. Są to przeloty, hotele, mecze oraz przygotowanie do nich.

Jeszcze musimy znaleźć czas na to, żeby trenować, oglądać i analizować spotkania, znajdować swoje słabe strony, wyłapywać błędy i poprawiać je. Do tego jeszcze, od czasu do czasu, warto by się było wyspać.

Szczególnie ta część sezonu do stycznia, kiedy te wszystkie rozgrywki działają na pełnych obrotach jest trudna, ale w przyjemny sposób. To jest tak, jak po bieganiu człowiek się czuje przyjemnie zmęczony, tak samo tutaj. Chcę to robić jak najlepiej i jak najwięcej, ponieważ to lubię. Jeśli chcę, żeby tak było, to muszę nad tym pracować.




JD: Bardzo często młodym sędziom zdarza się popełnić błąd w trakcie meczu, jak każdemu arbitrowi, nawet na wysokim poziomie. Natomiast oni przeżywają to na bieżąco i kilka kolejnych akcji rozmyślają nad tamtą sytuacją, co skutkuje popełnianiem kolejnych pomyłek. W jaki sposób, jak najszybciej pozbyć się tego z głowy?

JZ: Gdyby było idealne rozwiązanie, to myślę, że byśmy o tym w ogóle nie rozmawiali. Nie ma takiego sposobu, jest to bardzo trudna kwestia psychologii i bardzo poważny temat dla sędziów.

Wszyscy się z tym nieustannie borykają. Jest to rzecz, którą każdy z nas indywidualnie musi się nauczyć. Inne rozwiązanie będzie dla Pana, inne dla mnie, a jeszcze inne dla kolejnej osoby. Jest to związane z charakterem, z podejściem do życia i z pewnością siebie.

Najlepsi sędziowie potrafią tak zrobić, by nie myśleć o błędzie, który popełnili. Zostawić to sobie na po meczu, na analizę i sędziować dalej najlepiej, jak potrafią. To, że rozmyślamy i rozpatrujemy, to jedna z najgorszych rzeczy, jaką możemy zrobić.

Po pierwsze, wiąże się to z tym, że tracimy koncentrację na następne sytuacje, a po drugie podświadomość ma niesamowitą siłę. Jeżeli wmawiamy sobie, ze kogoś skrzywdziliśmy, to nie specjalnie, jak to trenerzy myślą, ale podświadomie, tej drugiej drużynie zaczynamy oddawać. Po prostu myląc się na ich korzyść. To jest rzecz, która może nie powinna padać w tak brutalnych słowach, ale tak jest. I żeby była jasność, to nie są działania świadome i specjalne, tak jak myślą trenerzy. To jest podświadomość, więc im mniej o tym myślimy i gdzieś tam się obwiniamy, tym jest to łatwiejsze.

Mogę podać pewien przykład. W Eurolidze jest troszeczkę inny przepis odnośnie składania protestu. Tam jest tak, że jeżeli drużyna chce zgłosić protest, to musi to zrobić w najbliższej martwej piłce, czyli powiedzmy jest sytuacja, że się coś nie spodobało, mamy martwą piłkę, oni muszą zgłosić, że chcą złożyć protest i podpisać protokół elektroniczny przy stoliku.
Odkąd ten przepis wszedł, trenerzy zaczęli tego używać. Na meczu w Belgradzie, przy ponad 20 tys. kibiców, trener drużyny hiszpańskiej postanowił złożyć protest w 30, może 40 sekundzie meczu (o to, że nie zaliczyliśmy punktów, jego zdaniem po nielegalnie zbitej piłki przy dobitce).

On składa protest na samym początku meczu. Sędziowałem wtedy z dwoma młodszymi kolegami. Przez 39 minut i 30s gry, partnerzy dopytywali mnie przy każdej możliwej okazji, czy na pewno zrobiliśmy dobrze. Mają to w głowie, że jest protest i sędziują z bardzo dużym obciążeniem.

Myśmy się dopiero po meczu dowiedzieli, ze tamta sytuacja była przez nas dobrze oceniona. Znaczy upewnili, bo mimo własnej pewności siebie podczas decyzji zawsze wkrada się niepewność, że może jednak trener ma racje, ponieważ był bardzo duży protest i było to bardzo przekonywujące. Jest protest, który może zostać uznany, możemy mieć z tego powodu problemy, że popełniliśmy tak duży błąd już na samym początku meczu itd.

Była to zagrywka, moim zdaniem, tego szkoleniowca świadoma i bardzo nie fair. To forma wywarcia presji, a wszystko właśnie na podstawie tego, że my, jeżeli czujemy się winni, podświadomie „poprawiamy”. On tym po prostu zagrał.

W następnym meczu, jak mu sędziowałem to przed pierwszym gwizdkiem zadałem mu pytanie, w której sekundzie spotkania tym razem będzie chciał złożyć protest. Oczywiście odpowiedź spotkała się z obustronnym uśmiechem i nigdy więcej to się nie powtórzyło, ale jest to pewna forma wywierania presji na sędziach. Jesteśmy tylko ludźmi i też czujemy się winni za swoje błędy, to nam bardzo przeszkadza. Oczywiście, ci najlepsi mają największą odporność i potrafią to po prostu wrzucić do tzw. wora i zapomnieć, a zastanawiać się nad tym dopiero po meczu.

JD: Wspomniał Pan, że to jest kwestia indywidualna i charakteru. Podczas ostatniej rozmowy z Luigim Lamonicą, zapytałem go o to, czy jest świadomy tego, że przez lata wypracował coś takiego, jak swój własny styl sędziowania, że jest bardzo charakterystycznym sędzią. I tu mam podobne pytanie do Pana – czy powstało już coś takiego, jak styl Kuby Zamojskiego?

JZ: To nie jest pytanie do mnie. Myślę, że każdy z nas jest inny i każdy powinien być przede wszystkim sobą. Nie wiem, czy są sędziowie naturalnie urodzeni, ale uważam, że dobry arbiter to taki, który to czuje, zna swoją rolę na boisku i chce prowadzić zawody mając na to pomysł. To powoduje, że każdy jest troszeczkę inny i ma odmienne sposoby na to.

Sędziowie mają też swoje ułomności, więc nie możemy być tacy sami. To, co jest dobre dla Pana, niekoniecznie musi być takie dla mnie lub na odwrót. Luigi ma pewne rzeczy, które on może zrobić i jemu to super wychodzi, ale jak będzie chciał powtórzyć je Sasa Pukl, to będzie to źle wyglądało lub nie wyjdzie tak, jak to wychodzi Luigiemu. Ale Sasa ma znowu rzeczy, których Luigi nigdy nie zrobi.

Są sędziowie, którzy wyróżniają się naturalnym spokojem na boisku i w ten sposób sobie kontrolują zawody. Są też tacy, którzy wyglądają na groźnych i wkurzonych, i to jest ich sposób na prowadzenie meczu. Naprawdę każdy jest inny, szczególnie w Europie mamy sędziów z różnych krajów oraz kultur. Inaczej zachowuje się Rosjanin, inaczej Hiszpan, jeszcze inaczej Niemiec, a zupełnie inaczej Francuz.

Nam się to może podobać lub nie, ale liczy się efekt końcowy, jak mu to wychodzi. I myślę, że każdy z nas powinien być inny. Możemy sobie coś czerpać z innych sędziów, coś od nich zapożyczać, jeżeli nam się to sprawdza, ale na pewno nie powinniśmy nikogo kopiować. Nie damy rady być jednakowi. Więc czy jest styl sędziowania Kuby Zamojskiego? Na pewno jakiś jest, ale tak jak mówiłem, to już nie do mnie pytanie.

JD: Niedawno wystartowaliśmy z nowym sezonem Euroligi. Z punktu widzenia sędziego, jaka jest najgorętsza i najtrudniejsza hala w tych rozgrywkach?

JZ: Chyba Belgrad, ale oni teraz nie grają w Eurolidze. Dzisiaj? To Tel Aviv i Baskonia Vitoria, chyba te dwie hale są najgorętsze. Zapomniałem jeszcze dodać Panathinaikos w Grecji, tam jest dużo kibiców, takich „wariatów”, którzy będą tą drużynę wspierać na dobre i na złe, nie cofną się przed niczym. W Belgradzie jest właśnie podobnie.

Mówimy tu o bardzo dużych halach, a nie o małych i ciasnych, gdzie kibice siedzą blisko parkietu i dlatego jest tak gorąco. Wszystkie te hale, które wymieniłem są ogromne. Są to miejsca, gdzie kibic zna się na koszykówce. Tam nie jest tak, że osoby na trybunach nie mają pojęcia, o co chodzi w tej dyscyplinie. Może dlatego są tacy krytyczni, ponieważ się na tym znają. Wiedzą, w którym momencie trzeba krytykować sędziów i jak atakować drużynę przeciwną. Chyba właśnie Panathinaikos jest taką najmniej przyjemną halą, ale z drugiej strony aż chce się tam sędziować!

Jan Delmanowski, @PulsBasketu

W tych butach Stephen Curry trafia wielkie rzuty >>




POLECANE

Rozgrywki najlepszej ligi świata znów zapowiadają się rewelacyjnie – wielu faworytów do tytułu, stare i nowe gwiazdy, dziesiątki intrygujących historii. Już pierwszej nocy 74. sezonu NBA zobaczymy derby LA – Lakers zagrają z Clippers.
Znów w roli strażaka przyjdzie Markowi Łukomskiemu poprowadzić zespół w PLK. Według nieoficjalnych doniesień, były szkoleniowiec m.in. Kinga Szczecin i Czarnych Słupsk zastąpi w Starogardzie Gdańskim Marcina Lichtańskiego.