Jarosław Krysiewicz: Można dostać białej gorączki

Jarosław Krysiewicz: Można dostać białej gorączki

Share on facebook
Share on twitter

– Częsty obraz: zawodnicy wchodzą do autokaru, od razu słuchawki na uszy, telefony w dłoni. Nie ma żadnej interakcji, oni ze sobą nie rozmawiają. To jest przerażające – mówi Jarosław Krysiewicz, trener pierwszoligowego Polfarmeksu Kutno.

fot. Polfarmex Kutno

PZBUK – DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >> 

Pamela Wrona: Udało Wam się utrzymać w lidze. Jakie są Pana odczucia po sezonie Polfarmeksu?

Jarosław Krysiewicz: Mieszane. Wydaje mi się, że była szansa na coś więcej, a skończyło się tak jak skończyło.

Z drugiej strony jestem zadowolony z tego, jak rozegraliśmy te play-outy. Udało się wyzwolić tę agresję i zaangażowanie na 100% z każdego zawodnika. Podobała mi się nasza gra przeciwko AGH Kraków, no ale patrząc na całokształt, nie do końca jestem zadowolony.

Jakie wnioski wyciągnie Pan po tym sezonie?

Ciężko mówić o wnioskach, gdy budżet ustawił nam budowanie drużyny. W dużej mierze w jej budowaniu, opieraliśmy się na informacjach od innych ludzi. Myślę, że obojętnie w jakim miejscu, gdziekolwiek udało by mi się trafić, budowałbym zespół pod względem charakterologicznym. To musiałaby być drużyna walczaków, bijąca się od pierwszej do ostatniej minuty. Tego, wydaje mi się, w naszej grze przez trzy czwarte sezonu było za mało. Pojawiło się to pod koniec rozgrywek, w play-outach.

To jest na pewno jakiś kierunek, że nie zawsze najważniejszy jest instynkt koszykarski. Ważny jest charakter, przede wszystkim ludzie, którzy chcą coś osiągnąć w pierwszej lidze i chcą iść dalej. Nie tylko zatrzymywać się na tym etapie, ale celować wyżej. Takich ludzi chętnie chciałbym mieć w swojej drużynie.

Po meczu w Kołobrzegu od drużyny z Kutna odsunięto Pana asystenta, Krzysztofa Szablowskiego – dlaczego?

Była to wspólna decyzja Krzyśka i zarządu klubu. Doszedł do wniosku, że praca, którą wykonuje po nocach i całe jego poświęcenie nie jest przez zawodników w 100 procentach, profesjonalnie odbierane. Dla dobra drużyny, postanowił coś zmienić. Coś się po prostu wyczerpało. Jaki miało to wpływ na dalsze granie? Ciężko to ocenić.

Jak ocenia Pan zakończony sezon w wykonaniu Polfarmeksu porównując do poprzednich lat?

Trudno to porównać, nawet do okresu sprzed ekstraklasy, bo zmieniło się nawet podejście kibiców. Ekstraklasa, później spadek, jakaś niechęć, ale to jest jak najbardziej naturalne w naszej polskiej rzeczywistości – kibice chodząc na mecze, oczekują wygranych i wysokiego poziomu rozgrywek. Obecny sezon nie był dla nas ciężki… Był koszmarny.

Raczej nie satysfakcjonowało Was 12 miejsce w tabeli i gra w play-outach. Z czego wynikał cały ten kryzys?

Ze względu chociażby na kontuzje Tomka Andrzejewskiego. Zaczęliśmy bez niego, bo wypadł na całą pierwszą rundę. W międzyczasie Gospodarek, Marek, Nowicki, Żmudzki… – wszystko szło jak po gruzie. Do tego doszły inne sytuacje, nie tylko czysto koszykarskie, które nie funkcjonowały tak jak powinny. Wiele rzeczy po prostu się nie sprawdziło.

Oczywiście, nie wszystko nas tłumaczy – parę spotkań przegraliśmy na własne życzenie, mogliśmy zrobić to lepiej. Nie szukałbym przyczyny wyłącznie poza boiskiem. Na pewno to, co robimy, jak pracujemy, to wszystko przekłada się na mecze.

Był to bardzo ciężki i stresujący sezon. Miałem cały czas nadzieję, że ostatnie spotkania ułożą się po naszej myśli i będziemy mieli szanse przynajmniej na miejsce 9. lub 10. Niestety, musieliśmy jednak skupić na play-outach. Zarówno dla mnie, jak i mojego asystenta Krzyśka było to zupełnie coś nowego. Mówią, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować (śmiech).

Przed sezonem, potencjał w tym zespole był na bicie się o dobre miejsce w pierwszej ósemce. Miałem świadomość, że będzie to ciężkie zadanie, ale jak najbardziej realne. W mojej karierze trenerskiej jeszcze się coś takiego nie przytrafiło – ten splot złych wydarzeń powoduje, że znaleźliśmy w tym miejscu. Staraliśmy się robić wszystko co w naszej mocy, aby na tej ostatniej prostej złapać to, co jeszcze jest w zasięgu. Powtarzałem: kto wie, może będziemy wygrywać i na koniec sezonu nie będzie tematu?

Co miało być kluczem do osiągnięcia lepszych wyników?

Myśleliśmy, że naszym kluczem będzie przede wszystkim głębokość składu. Jak popatrzymy na minuty, jak udaje nam się je rozkładać, powinno to być naszym atutem. Niestety nie było. Było to dla nas kłopotliwe.

Kombinowaliśmy na wszelkie sposoby, niekiedy ławka nie dawała tego co trzeba- może błąd tkwił w tej głębi składu, gdyż trzeba było wybrać 8-9 zawodników i bardziej na tym się skoncentrować?

Mieliśmy młody zespół, nie licząc Tomka Andrzejewskiego. Chcieliśmy dać każdemu szanse, aby zaistniał, poczuł pierwszą ligę. Może to był błąd i nie było to najlepsze dla zespołu, ale z drugiej strony, patrząc z perspektywy pojedynczych graczy, dla nich jest to fajna rzecz, bo zobaczyli, w którym miejscu są i nad czym muszą jeszcze pracować. Sądzę, że będzie to dla nich pomocne w przyszłości.




Dobrym ruchem było pozyskanie Jakuba Fiszera? Wpasował się w schematy zespołu?

Często jest tak, że zawodnik u jednego trenera, w innym układzie, kompletnie się nie odnajduje, a pójdzie do innego i daje dużo energii oraz wnosi same pozytywne rzeczy. Tak samo było z Kubą. Nie wnikałem dlaczego odszedł z Sokoła Łańcut, natomiast kiedy wracaliśmy autokarem z Tychów, Patryk Wieczorek powiedział, że chce szukać nowych wyzwań i prosi o rozwiązanie kontraktu – nie utrudniałem tego. Siedzieliśmy z Krzyśkiem i pomyśleliśmy wtedy o Kubie. Znaliśmy go dobrze z poprzedniego sezonu, kiedy grał przeciwko nam i na boisku wyrządził nam trochę krzywdy (śmiech).

Szybko udało nam się dogadać. Przyszedł, jednocześnie przynosząc fajne rzeczy do naszej drużyny, a przede wszystkim dużo dobrej energii – tego nam brakowało. Takim zawodnikiem miał być Patryk Wieczorek, ale nie do końca się to sprawdziło. Kolejny aspekt, który nie do końca nam się udał, ale to już jest wina nas, trenerów. Można powiedzieć żartobliwie, że Kuba wszedł do nas „z buta”. Naprawdę cieszymy się z tego, że był z nami, ponieważ wpasował się w naszą układankę.

Jaki był cel przed sezonem, czy zakładano w ogóle, że może nie być playoff?

Myślałem, że przed sezonem będziemy o te 3-4 zwycięstwa dalej, a w drugiej rundzie będziemy jedynie martwić się o to, na kogo trafimy w play-offach i z jakiego miejsca wystartujemy…

Taki jest sport. Odkąd jestem trenerem w Kutnie, byliśmy w różnych miejscach, większość czasu znajdowaliśmy się na górze. Raczej wszystko szło w dobrą stronę. Zdarzył się sezon jak ten, który wynika też z naszych możliwości finansowych, ze stylu budowania drużyny. Chciałbym pozyskiwać zawodników, może nie tych najdroższych i najlepszych, ale takich, których bym po prostu chciał. W tym sezonie udało się to w dużej mierze, chociaż małe korekty powinny być.

Jaka to była liga w tym sezonie? Zwykle zauważa się, że bardzo wyrównana…

Mam wrażenie, że ta liga, niestety, ale jest słabsza. Fakt, jest bardziej wyrównana, ale równa, w tę drugą stronę. Jest to niepokojące. Jak sobie przypomnę sezon sprzed 5 lat, kiedy udało nam się sportowo awansować do ekstraklasy… Nazwiska, które biegały wówczas po pierwszoligowych parkietach, zaczynając na przykład od braci Diduszko.

Poziom był zdecydowanie lepszy, natomiast teraz to powoli umiera. Jest coraz mniej młodych zawodników, którzy będą deptać po piętach tym starszym, bardziej doświadczonym. To jest przykre. Czasami ma się wrażenie, że niektórzy zawodnicy mają problem z wyznaczeniem sobie celu i dążeniem do niego.

Pierwsza liga jest tylko po to, aby później być w ekstraklasie. Idealnym przykładem człowieka, który tak do tego podszedł w naszym zespole jest Mateusz Zębski, który przyszedł i powiedział: „Ja trenerowi chcę pomóc w tym sezonie, ale za rok chcę grać w ekstraklasie”. Ja chciałem pomóc jemu, aby on w tej ekstraklasie się znalazł. I to było fajne. Chłopak wiedział czego chciał. Przyszedł po to, aby dać z siebie wszystko, wyciągnąć drużynę, jednocześnie robiąc progres w swojej karierze.

Teraz, jakoś mi czegoś takiego brakuje, takich ludzi jest coraz mniej. Niektórzy traktują to na zasadzie przyjścia na trening, zrobienia tego, co do mnie należy, pójścia do domu. Później wyjazd na mecz, 10. czy 30. dnia miesiąca odebranie wypłaty i na tym koniec.

Brak agresji, większego zaangażowania, tej determinacji, „team spirit”, jak za dawnych lat, chociażby za moich. Jeden za drugiego wskoczyłby w ogień. Wszystko zaczyna się rozmywać.

Mówią, że to wina technologi, Internetu, urządzeń… Jednak cały czas się bije z tym, że to nie tak, ale chyba w tym jest dużo prawdy (śmiech). Może różnica pokoleń, inna mentalność. Częsty obraz: zawodnicy wchodzą do autokaru, od razu słuchawki na uszy, telefony w dłoni. Nie ma żadnej interakcji, oni ze sobą nie rozmawiają. To jest przerażające. Staram się doprowadzać do tego, aby chociaż w czasie posiłku ich nie używać – wprowadziłem zakaz, naprawdę.

Zobaczyłem w ekstraklasie jak podczas obiadu 3-4 obcokrajowców siedziało obok siebie, w drugiej grupce 7-8 Polaków i nikt ze sobą nie rozmawiał, bo każdy trzymał telefon. Patrząc na to, można dostać białej gorączki.

Dziwna sprawa. Powtarzam swoim zawodnikom: „Panowie, przychodzicie na treningi i robicie to dla siebie”.

I jak jeden wpada na ostatnią chwilę, drugi jest w innym świecie. Mówimy coś do niego i mogłoby się wydawać, że to rozumie, a w rzeczywistości tak nie jest i nie realizuje tego podczas treningu czy meczu, a najgorzej, jeśli brakuje determinacji.

Zawsze mówię: „jeśli nie będziesz walczył na treningu – nie będziesz walczył podczas meczu”. Pewne cechy wolicjonalne należy kształtować już na treningu. Zawsze im daje przykład: Większość z Was chyba gra w koszykówkę po to, aby grać w ekstraklasie, prawda?

Wspomniany wcześniej Mateusz Zębski poszedł do ekstraklasy. Trener Jacek Winnicki wcześniej spotkał mnie i pytał się o niego. Dzwonił do asystenta, pyta „Jak On funkcjonuje? Jakim jest człowiekiem poza boiskiem? Jak trenuje?”. Jeżeli otrzymuje garść informacji i wie, że zawodnik jest dobrym człowiekiem, daje z siebie 100% na każdym treningu, dostaje pozytywny obraz tej osoby. A co mam powiedzieć, jeżeli zadzwoni do mnie trener z ekstraklasy A, zapyta o zawodnika B, który przychodzi na trening i ma wszystko w nosie, na piłkę się nie rzuci, nie angażuje się tak jak powinien?

Dlatego powtarzam im, że muszą to robić, jeśli celują wyżej niż pierwsza liga. Ja, jako trener, w takiej sytuacji muszę wystawić im ocenę – a od Was będzie zależało, jaka ona będzie. Niektórzy kiwają głową, że wiedzą o co chodzi, ale nie widzę tego później na boisku. Niekiedy mam wrażenie, że część zawodników przychodząc na trening, spędziło pół nocy grając w gry na PlayStation, albo oglądając NBA do piątej rano.

Mieliśmy nazwiska takie jak Mateusz Bartosz, który cofnął się do pierwszej ligi, a teraz gra z powodzeniem w ekstraklasie; Jacek Jarecki, o którym wtedy raczej nikt nie myślał, żeby go wyciągnąć; Grzesiek Grochowski, któremu były trener zabraniał rzucać za 3… Oni mieli jasny cel. Wiedzieli czego chcą.




Jak stoi dziś koszykówka w Kutnie? Mówi się, że klub nadal ma problemy finansowe. Czy to mogło mieć wpływ na grę?

Myślę, że może mieć wpływ i nie jest tajemnicą, że klub ma problemy finansowe. Ma zaległości, i to jeszcze z czasów ekstraklasy. Były małe poślizgi w tym sezonie. Koszykarski świat jest mały. Zawodnicy, słysząc, że „wisimy” niektórym graczom za minione sezony, z pewnością mieli to z tyłu głowy i odczuwali pewien niepokój. Ale czy to aż tak przekładało się później na boisko?

Dąbrowa Górnicza jest idealnym przykładem, że można grać dobrą koszykówkę, mimo trudniej sytuacji w klubie. Pamiętam, jak grałem kiedyś w Agro Far Lublin i dostałem 2 albo 3 wypłaty do stycznia. Zasuwaliśmy i ciężko trenowaliśmy, mimo późniejszego wycofania się z rozgrywek.

Co dalej z Panem? Możemy spodziewać się tego, że pozostanie Pan w Kutnie, czy jednak w grę wchodzi zmiana otoczenia?

Na pewno biorę pod uwagę zmianę otoczenia. Ten sezon bardzo dużo kosztował zarówno mnie, jak i Krzyśka, od strony zdrowotnej i nie tylko. Nie było to dobre dla nas, dlatego myślę o tym, aby zmienić otoczenie. 8 lat w jednym klubie, trochę się tutaj zasiedziałem, ale chętnie spróbowałbym nowych wyzwań.

Zobaczymy, czy takie propozycje się pojawią. Mam taką nadzieję. Jeżeli nie, będę myślał, czy pozostać w Kutnie i jak do tego będzie pochodził zarząd, jak klub będzie funkcjonował, bo obecnie jest ciężki okres, kiedy trzeba zamknąć jeden sezon i myśleć o następnym. Ciężko to zrobić, gdy są zaległości.

Przeszło Panu przez myśl, aby powrócić do Leszna, w Pana rodzinne strony?

Oczywiście. Dla mnie, osobiście, byłaby to najlepsza opcja. Nie jest tajemnicą, że rozmawiałem z prezesem Kaszubą w trakcie sezonu, jak i bezpośrednio po nim. Z tego co wiem, Łukasz Grudniewski ma pozostać na stanowisku pierwszego trenera Jamelex Polonii Leszno.

Czy Pan, jako trener, czerpie wzorce od trenerów, z którymi współpracował Pan kiedyś jako zawodnik? Jest coś, co wykorzystuje Pan prowadząc zespoły?

Jest wiele rzeczy, z których korzystam. Miałem wielkie szczęście pracować z najlepszymi polskimi trenerami. Epizod z trenerem Urlepem też był dla mnie dobrą szkołą (śmiech). Trenerzy tacy jak Łopatka, Chudeusz, Koniecki, Kalwasiński, o którym trochę się zapomniało, a jest to jeden z najlepszych polskich trenerów. To są nazwiska topowe.

Od każdego można nauczyć się czegoś dobrego. W domu, mam gdzieś bardzo głęboko schowany taki zeszyt… Nawet moja żona nie wie, że go mam. Teraz już się dowie (śmiech). Często do niego wracam, jest tam wiele ciekawych rzeczy, z których mogę korzystać. Czasami, gdy są trudne momenty, a w tym sezonie było ich sporo – cofam się pamięcią, jak to inni trenerzy reagowali na podobne rzeczy. A pamięć jednak często zawodzi, dlatego z chęcią robię takie notatki.

Jest wiele rzeczy, które staram się u siebie praktykować. Najwięcej takich rzeczy udało mi się wprowadzić w sezonie, kiedy awansowaliśmy do ekstraklasy. Mieliśmy fajnych chłopców, dużo z tego czerpali. Bartosz, Jakóbczyk, Kulon, Dłuski… To tylko niektórzy z wielu tych inteligentnych zawodników, którzy wiedzieli na czym stoją. Można było robić z nimi naprawdę wiele – w tym „cwane” zagrywki. Ci co grają, będą wiedzieli, co mam na myśli.

Pamiętam mecz w Krośnie, w którym wykorzystaliśmy mnóstwo takich tajników – nie wyłapania dla normalnego kibica, aczkolwiek wynikających z doświadczenia i z zawodników, jakich miałem do dyspozycji. I wiedziałem, że oni to zrobią i to było super. Później, wracając z meczu dużo o tym rozmawialiśmy. To tak zwane cwaniactwo wynikające z tego, że grało się w koszykówkę i miało się trenerów, którzy umieli takie rzeczy podrzucić.

Staram się pokazać im dużo rzeczy. Na przykład Dariusz Zelig – według mnie najlepszy polski koszykarz w historii. Jak on grał, potrafił zawisnąć w powietrzu… Potrafił po prostu wszystko. I pokazuje im takie rzeczy, zagrania innych świetnych zawodników – wiele rzeczy można powtórzyć. Jedni chcą z tego korzystać, a drudzy mają własną teorie i chcą iść swoją ścieżką.

Jak duża jest różnica między koszykówką dziś a koszykówką z dawnych lat?

Cały czas twierdzę, że byłem szczęściarzem – większość swojej kariery grałem w Śląsku Wrocław. Uważam, że najlepszą rzeczą, która daje energię, tworzy zespół i jest dobra dla kibica to ludzie z jednego miasta, którzy grają w tym samym klubie. To było wielką siłą Śląska. Praktycznie cały Polski skład opierał się na wychowankach lub zawodnikach typu Maciej Zieliński, którzy dostali szanse w wieku 16 czy 17 lat. Byliśmy tu i teraz, na dobre i na złe, zawsze z tymi kibicami. Dla mnie, była to ogromna zaleta.

Zaczynając od samej myśli trenerskiej, kończąc na fizyczności – naprawdę wiele się zmieniło. Jak patrzę na swoje zdjęcia z lat 80-tych i widzę siebie w tych specyficznych spodenkach i koszulkach… Mam wrażenie, jakbym ważył wtedy 70 kilogramów razem z łóżkiem (śmiech). Zawodnicy wyglądają zupełnie inaczej. Rozwinęły się możliwości taktyczne.

Gdy zdobywaliśmy mistrzostwo 4 razy z rzędu, tak naprawdę bazowaliśmy jedynie na 4-5 zagrywkach. Proszę mi wierzyć – to było wszystko. Nikt nie musiał uczyć się niczego więcej. To dawało mądrych graczy i proste zagrywki. Teraz wydaje się to trudne, chociaż trenerzy dążą do minimalizowania tej taktyki – nie tak jak było jeszcze kilka lat temu, gdzie miało się po kilkadziesiąt różnych zagrywek. Trener Winnicki czy Gronek pokazują, że mało zagrywek, wszystko dobrze wytrenowane – zmniejszamy ilość, ale zwiększamy intensywność, fizykę.

Jak grałem w koszykówkę, w lidze seniorskiej nie było jeszcze linii rzutów za 3 punkty, a na rozegranie akcji było 30 sekund… To są lata świetne. Jakby to się miało odbyć z dnia na dzień, to tak jakby przesiąść się z malucha do Mercedesa (śmiech). Jest to niewiarygodny postęp. Wszystkie zmiany, które nastąpiły dążą do tego przyspieszenia, ludzie chcą przychodzić na mecze i oglądać widowiskowe spotkania.

Są rzeczy, które bym zmienił w przepisach, ale chyba nie ma takiego ośrodka, gdzie wszyscy byliby zadowoleni. Co bym zmienił? Na pewno popracowałabym nad interpretacją faulu niesportowego. Jest to duże pole do popisu dla sędziów, co przerobiliśmy niejednokrotnie na własnej skórze.

Z jednej strony FIBA dąży do tego przyspieszenia, a z drugiej te faule niesportowe powodują, że stanie przed tym telewizorkiem w ostatnich minutach po 2 czy 3 razy powoduje, że jedno z drugim nie idzie w parze.

Co do młodzieżowców, należałoby usiąść z mądrymi ludźmi z PZKosz i zobaczyć, ilu mamy młodzieżowców i kto to jest w ogóle młodzieżowiec? To pojęcie jest zupełnie inne na przykład w Serbii czy Chorwacji. Zobaczymy jeszcze, co będzie w przyszłym sezonie, po zmianach w przepisach „7+5”.

Nawiązując do żeńskiej koszykówki, wydaje mi się, że granie jedną Polką spowodowało to, że nie mamy w ogóle reprezentacji. Jak to będzie w męskiej? Nie powinno być takiej tragedii, ponieważ mamy kilku zawodników, którzy z powodzeniem grają za granicą, może będzie ich więcej – na wszystko przyjdzie czas. Nad pewnymi rzeczami trzeba byłoby trochę dłużej się zastanowić.

Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

PZBUK – DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >> 




POLECANE

tagi

NBA

Mnóstwo zmian, znani gracze i debiutanci, kluby ze zmienionym obliczem. Aktualizowane codziennie informacje o oficjalnych kontraktach w koszykarskiej ekstraklasie – niezbędnik kibica PLK w tym nietypowym sezonie ogórkowym.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
W Europie jest dziś prawdopodobnie najpopularniejszym celebrytą promującym koszykówkę. Darko Perić, jedna z gwiazd serialu “Dom z papieru” robi ostatnio furorę także jako dziennikarz. Jest częstym gościem na meczach, rozpoczął współpracę z Euroligą.
26 / 05 / 2020 10:03
Najlepiej czuł się na prowincji, miał duszę farmera, który po prostu musi porządnie skończyć swoją robotę. Jerry Sloan (1942-2020) był legendą Utah Jazz, ale i Chicago Bulls, jednym z najwybitniejszych i charyzmatycznych trenerów NBA.
23 / 05 / 2020 10:14
Jednej z najlepszych strzelców w historii koszykówki w dzieciństwie bliżej był kalectwa niż zawodowego sportu. Wybitna siostra i twarde wychowanie pomogły mu dotrzeć na szczyt. Dzięki temu, na boisku Reggie Miller nie bał się nikogo i niczego.
20 / 05 / 2020 11:38
Reprezentanci Polski w koszykówce 3×3 budowali formę przed turniejem kwalifikacyjnym do igrzysk w Tokio, ale wybuch epidemii pokrzyżował także te plany. FIBA poinformowała, że nasza drużyna zagra o awans olimpijski dopiero za rok.
22 / 05 / 2020 9:23
Trwa tworzeniu planu na stworzenie ligi 3×3 już w czerwcu – w porannym programie w Polsat Sport zdradził prezes PZKosz, Radosław Piesiewicz. Przy braku sportu na żywo taka inicjatywa wydaje się być racjonalna i może przynieść wiele korzyści.
1 / 05 / 2020 11:53
Coraz więcej sygnałów mówi o tym, że igrzyska olimpijskie Tokio 2020 zostaną przełożone w związku z panującą epidemią koronawirusa. Nie będzie więc raczej turnieju reprezentacji Polski 5×5 w Kownie oraz eliminacji zespołu 3×3. Realny staje się scenariusz, że najbliższe mecze koszykówki zobaczymy dopiero jesienią.
23 / 03 / 2020 12:34