Jerzy Piskun: W tamtych czasach istniał tylko sport

Share on facebook
Share on twitter

Srebrny i brązowy medalista mistrzostw Europy, dwukrotny olimpijczyk, 153 razy grał w reprezentacji Polski. Król ligowych strzelców, zawsze wierny jednemu klubowi – Polonii Warszawa. Jerzy Piskun zmarł 16 lipca 2018 roku.

Jerzy Piskun (uderza), z lewej Bohdan Likszo, z prawej Witold Zagórski

Retro – wyjątkowe buty do basketu tylko w Sklepie Koszykarza >>

Jerzy Piskun urodził się 4 czerwca 1938 roku w Pińsku na Polesiu. Kilka lat przed nim przyszedł tam na świat Ryszard Kapuściński, słynny reporter i pisarz, a także Andrzej Kondratiuk, reżyser i scenarzysta. Jako dziecko mieszkanką miasta na początku XX wieku była też m.in. Golda Meir, późniejsza premier Izraela.

Po wybuchu II wojny światowej Pińsk znalazł się na terytorium zajętym przez Związek Radziecki. Los rodziny Piskunów, jak większości polskiej inteligencji na wschodnich obszarach II Rzeczypospolitej, był przesądzony – czekała ją zsyłka w głąb Sowietów.

Ojciec Józef Piskun, absolwent szkoły realnej prowadzący biuro Związku Ziemian, trafił aż do Archangielska. Matka Paulina i troje dzieci: Ryszard, Irena i niespełna dwuletni Jerzy, pierwszym transportem w kwietniu 1940 roku zostali wywiezieni do północnego Kazachstanu. Po dwóch latach na mocy układu Sikorski – Majski ojcu udało się do nich dołączyć. Na zesłaniu przyszła na świat najmłodsza w rodzinie Barbara.

Wspomnienia przyszłego reprezentanta Polski z wczesnego dzieciństwa to głód i próby jego oszukiwania. – Pierwsze jabłko w życiu zjadłem dopiero po wojnie, po powrocie do kraju – opowiada. – W zapadłej wsi pod kazachskim lasem mieliśmy inne dziecięce smakołyki. Pierwszy polegał na znalezieniu gałązki w lesie, oberwaniu z niej liści i włożeniu takiej świeżej rózgi na chwilę do mrowiska. Po wyjęciu strząsało się mrówki z kija i lizało patyk. Miał mocno kwaśny smak – widocznie takich witamin było nam potrzeba.

– Sposobem na słodycz było obserwowanie kwiatów dyni. Gdy dostrzegliśmy, że pszczoła zanurzyła się w kielichu, szybko ściskaliśmy od góry jego płatki i zabijaliśmy uderzeniem uwięzionego wewnątrz owada. Mieszanka kwiatu i rozgniecionej pszczoły była słodko-gorzka.

***

Z Kazachstanu Piskunowie wrócili do Polski w maju 1946 roku. Osiedli w Łowiczu i właśnie tam rozwijał się talent przyszłego króla strzelców ekstraklasy. – W tamtych czasach istniał dla nas tylko sport – wspomina. – Pamiętam naszego nauczyciela wychowania fizycznego Stanisława Mroza, który dawał nam klucze do sali gimnastycznej. Korzystaliśmy z niej nie tylko na lekcjach, ale przy każdej sposobności.

– W niedzielę czy święto spotykaliśmy się w kościele w zakrystii, a po mszy cała paka szła na salę. Byłem także ministrantem, trzy razy w tygodniu służyłem do mszy przed pójściem do szkoły. Ale sport był jedyną rozrywką i największą pasją. Na sali było wszystko: stół do ping-ponga, rękawice bokserskie, piłki do siatkówki i koszykówki — co kto chciał. Miałem do niej klucz i otwierałem, kiedy tylko przyszła nam ochota. Latem z kolei całe dnie spędzaliśmy nad Bzurą, tuż obok rzeki było boisko.

Od czasów młodzieńczych rozgrywek w szkolnej sali przylgnął do niego przydomek „Szabelka”. Zrodził się przy okazji gry w siatkówkę. – Lubiłem serwować z dalszej odległości od linii końcowej, mocno podkręcając piłkę, która charakterystycznym łukiem opadała na pole rywali — opowiada. – „Zaraz was załatwię moją szabelką!”, ostrzegłem któregoś razu odbierających. I tak już ta „szabelka” przy mnie została.

Jerzy Piskun (z piłką) w ligowym meczu z AZS AWF Warszawa. Obok Tadeusz Blauth i Zdzisław Adamczyk (z prawej).
Fot. Mieczysław Szymkowski

Od początku jednak najwięcej uwagi poświęcał koszykówce. Był małym, drobnym chłopcem, ale miał dryg do tej gry. Nagle, w wakacje między IX a X klasą, urósł 12 centymetrów i przybrał na wadze 10 kilogramów. – Technika i spryt mi pozostały, a doszedł jakże istotny czynnik – wzrost. W dodatku moje zdolności dostrzegł wówczas Janusz Mróz, syn naszego nauczyciela, który jako student i asystent na AWF w Warszawie specjalizował się w koszykówce. To on, później znany szkoleniowiec, udzielał mi pierwszych fachowych porad – mówi Piskun.

W jego młodości w Łowiczu odbywały się różne rozgrywki międzyszkolne, którymi uczniowie, a nawet profesorowie żyli niczym ligowymi meczami. – Zdarzyło się, że reprezentacja mojego ogólniaka w mistrzostwach Polski liceów zajęła drugie miejsce, pokonując po drodze drużynę z Warszawy, w której grał m.in. Marcin Herbst. Niedługo potem przyszło mi występować z nim w drużynie Polonii – tłumaczy swoją drogę do stolicy pan Jerzy.

Wysoki, szczupły, ale bardzo zaawansowany technicznie młody koszykarz z Łowicza nie potrzebował dużo czasu, aby przekonać do siebie trenerów w stolicy. Gdy w sezonie 1955/56 trafił do pierwszej drużyny „Czarnych Koszul”, miał zaledwie 17 lat. A już w 1958 roku zadebiutował w reprezentacji i od razu wywalczył sobie w niej stałe miejsce. Wystąpił potem w czterech mistrzostwach Europy (1959, 1961, 1963, 1965) i na dwóch igrzyskach olimpijskich (1960, 1964).

***

Lubi wspominać jeden ze swoich pierwszych wyjazdów zagranicznych z reprezentacją. – Kazimierz Nowak z „Trybuny Ludu” robił kiedyś ze mną wywiad w ramach cyklu „Co słychać” – opowiada Piskun. – Pyta, który wyjazd mi się najbardziej podobał. Ja na to, że ten do Izraela, i relacjonuję jego przebieg, ale on mówi: „Tego nie napiszę, bo to niepolitycznie”. Ale wy napisać możecie, przecież to nic takiego – śmieje się pan Jerzy.

– Do Izraela wyjechało wiele osób z Polski. Jedną z nich był koszykarz Jerzy Gotlieb, który grał ze mną w 1956 roku w juniorach Polonii. W 1958 roku pojechaliśmy z reprezentacją na mecze do Turcji, a potem do Izraela. I on tam przyszedł się z nami spotkać. Było zresztą mnóstwo Polaków, studentów. Akurat obchodzono żydowskiego sylwestra. Po polsku świetnie mówili, zaczęli opowiadać swoje kawały. Było sympatycznie, bo jak chodziliśmy po Tel Awiwie, to język polski się słyszało, z każdym można było się dogadać. Mercedesami nas obwozili po całym kraju. Czuliśmy się jak dyplomaci.

W 1962 roku, w sezonie poprzedzającym mistrzostwa we Wrocławiu, został królem ligowych strzelców. W 22 meczach zdobył dla Polonii 606 punktów. Wyprzedził Langiewicza z Gwardii Wrocław, Ryszarda Olszewskiego z AZS Toruń i Wichowskiego z Legii. Pisano o nim wówczas: „Piskun, jedyny jasny punkt drużyny”. Polonia zajęła wtedy dziewiąte miejsce, najniższe w 16-letnim okresie występów wyborowego strzelca w stołecznym klubie.

– Byliśmy bardzo osłabieni — tłumaczy. – Już bez Wichowskiego, Zagórskiego, Bugaja — trzech czołowych zawodników. Na mnie też szykował się wtedy Śląsk Wrocław. Prowadziliśmy rozmowy, ale w końcu tam nie poszedłem. Polonii bardzo na mnie zależało, bo beze mnie pewnie by spadła z ligi i się nie podniosła.

– Mnie podniecało, jak szedłem ulicą Warszawy i słyszałem za sobą głosy małych dzieci: „Patrz, Piskun idzie!”. To była dla nas radocha – tak też tłumaczył przywiązanie do Polonii, do stolicy.




Pozostał wierny jednemu klubowi aż do końca kariery w kraju. W 1962 roku był najlepszym strzelcem ligi, w innych latach był w czołówce. Pewny w obronie, z dobrym rzutem, wyróżniał się pod koszem i na skrzydle. W klubie często grał na pozycji środkowego, co w tamtych czasach dla zawodnika o jego wzroście nie było czymś wyjątkowym. W 1961 roku był drugi w klasyfikacji strzelców za Łopatką oraz drugi za Olszewskim w plebiscycie na najlepszego zawodnika ligi. Czwartym strzelcem był w 1963 i 1964, ósmym w 1960, 1966 i 1967, dziesiątym w 1969.

– Nie chwaląc się, rzut miałem kapitalny. Rzadko na dziesięć nie trafiałem jednego — wspomina. – Specjalizowałem się w próbach z wyskoku i z dystansu. Najlepiej mi to wychodziło. To rzadko spotykane, bo przy moim wzroście rzucałem z bardzo daleka. Koledzy z drużyny często ustawiali dla mnie podwójną zasłonę. Ja wychodziłem na pozycję, nawet jeszcze się oddalałem w wyskoku, żeby obrońca nie zdążył, i rzucałem. Piłka jeszcze leciała, a kibice już krzyczeli: „Pisać!”. Było prawie pewne, że trafię. W związku z tą łatwością rzutu i skutecznością, jeśli jakiś rywal mnie krył, udawałem, że niby zrezygnowałem z próby, i odchodziłem. Miałem piłkę, kozłowałem ją do tyłu, przeciwnik myślał, że będę podawał do partnera, a ja wyskakiwałem i rzucałem.

***

Największa radość z występów w stołecznym klubie wiąże się z pierwszym i dotychczas jedynym w historii klubu mistrzostwem Polski w 1959 roku. Złoto zdobyte ze słynnymi „Czarnymi Koszulami” pod wodzą Maleszewskiego, u boku takich zawodników jak Zagórski czy Wichowski, to było coś niesamowitego. Polonia, ukochany klub warszawiaków, do tamtego sezonu osiem razy zajmowała w lidze drugie miejsce. Teraz spełniło się marzenie o najwyższym podium.

W domowym archiwum Piskun przechowuje fotografię z klubowej uroczystości, gdzie stoi obok naszej najlepszej w historii lekkoatletki Ireny Szewińskiej, przedwojennego reprezentanta Polski w piłce nożnej, kapitana drużyny w słynnym meczu z Brazylią na MŚ 1938 Władysława Szczepaniaka oraz reprezentanta Polski w piłce nożnej, koszykówce i mistrza kraju w siatkówce Henryka Jaźnickiego. To najbardziej zasłużeni sportowcy Polonii.

Oprócz srebra we Wrocławiu Piskun z reprezentacją zdobył jeszcze brązowy medal na mistrzostwach Europy w 1965 roku. Uczestniczył także w dwóch igrzyskach olimpijskich.

Jak na strzelca z łatwością rzutu przystało, Piskun doskonale pamięta niuanse, które pozwalały – bądź przeszkadzały – mu trafiać. – W sezonie 1960/61 w polskiej lidze zmieniły się piłki. Ze skórzanych przeszliśmy na plastikowe. To była istotna zmiana na lepsze. Pamiętam, że wcześniej jeszcze bywały mecze na otwartych boiskach. Gdy zdarzył się deszcz i te skórzane piłki namokły, to rzucało się jak kamieniem. Te nowe inaczej w ręku się czuło. Z tym że też przed olimpiadą w Tokio przysłali piłki do testowania, które były inaczej wykonane. Z plastiku z ostrymi wypustkami, więc aż się ręce zdzierały.

Marek i Łukasz Cegliński, fragment książki „Srebrni chłopcy Zagórskiego”

Retro – wyjątkowe buty do basketu tylko w Sklepie Koszykarza >>




POLECANE