
PZBUK! Bonus powitalny 500 zł na start – podwajamy pierwszy depozyt!
Gdy kilka dni temu Shaq i Barkley stwierdzili w telewizji, że Joel Embiid wciąż nie gra na miarę swojego potencjału i że powinien dominować w tej lidze to sam zainteresowany wziął sobie te słowa do serca. W rozmowie z dziennikarzami przyznał, że to fantastyczna rzecz słyszeć to od członków Hall of Fame i stwierdził, że panowie eksperci mają rację.
W czwartek wieczorem nie marnował czasu, by pokazać wszystkim, że stać go na taką dominację. Od początku spotkania w Bostonie przeciwko Celtics – gdzie gospodarze wygrali 11 kolejnych spotkań – spisywał się znakomicie. Był bardziej agresywny, wykorzystując to, że nie zagrał kontuzjowany Al Horford, a w jego miejsce pojawił się Mike Scott i pięć razy trafił zza łuku.
Embiid wykorzystał także fakt, że Celtowie nie mieli za bardzo kogo na niego rzucić – wszak nie ma już w zespole Arona Baynesa, a wspomniany Horford to dziś kolega Kameruńczyka. 25-latek łatwo przepychał więc Daniela Theisa czy Enesa Kantera, a do tego popełnił tylko dwie straty i pomógł drużynie wyjść na wiele dobrych pozycji strzeleckich (Sixers trafili 14 z 28 trójek).
Zaliczył także bardzo efektowny blok w końcówce spotkania, niejako przypieczętowując bardzo ważne zwycięstwo Sixers w Bostonie – czyli tam, gdzie drużyna Bretta Browna od lat ma spore problemy z wygrywaniem. Ostateczny dorobek Embiida: 38 punktów (12/21 z gry, 2/3 za trzy, 12/14 z wolnych), 13 zbiórek, sześć asyst i najlepsze w drużynie +21 w 36 minut gry.
Zaraz po spotkaniu Embiid miał okazję porozmawiać z tymi, którzy tak go zmotywowali – mecz był bowiem transmitowany przez TNT, a więc to Shaq i Barkley przeprowadzali wywiad z najlepszym zawodnikiem spotkania. Kameruńczyk nawet po tak dobrym występie przyznał zresztą, że nadal może grać lepiej. „Muszę być tylko bardziej agresywny” – mówił.
Dla Szóstek to ważna wygrana, już druga w tym sezonie nad rywalami z dywizji. Bostończycy grali co prawda w back-to-back, a nieobecny był m.in. Marcus Smart, lecz zabrakło im przede wszystkim lepszej egzekucji w końcówce. To był zacięty mecz, w którym dziesięć razy mieliśmy remis, a jedenaście razy zmianę prowadzenia – ostatecznie to Sixers wygrali 115:109.
Tomek Kordylewski
.