Kadra nad przepaścią

Share on facebook
Share on twitter

PZKosz nie ma żadnego planu na prowadzenie reprezentacji narodowej. Myśli się wyłącznie „na teraz” i kombinuje, aby jakoś przetrwać najbliższą imprezę. Nie ma też w związku nikogo, kto by za to odpowiadał.

fot. PolskiKosz.pl

W takich butach finały NBA wygrywa Kevin Durant! >>

– Janek, wiesz jak było! Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji, wiesz…
– Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, robię dwudziesty dziewiąty.
– No, to już z samych filmów wiesz jak było.

„Miś”, reż. Stanisław Bareja

O reprezentacji Polski koszykarzy napisano już tyle, że z samych tekstów wiadomo, jak jest. Czasem jednak sytuacja wymaga, żeby napisać następne. Na przykład przeczucie, że niedługo możemy stracić grunt pod nogami.

Już we wrześniu czekają nas mecze z Chorwacją i Włochami o awans do mistrzostw świata w 2019 roku. I pewnie wiara w awans, póki będą na to matematyczne szanse, nadal będzie się w nas tlić, ale optymizmu przed konfrontacjami z silniejszymi przeciwnikami niż Węgry czy Kosowo (nawet mimo problemów Chorwatów w pierwszej rundzie) wielkiego we mnie nie ma. Ale to nie kwestia awansu czy jego braku jest tu najistotniejsza.

Jest źle, ale będzie jeszcze gorzej

Jest także coś gorszego niż to, że kadra przegrała końcówkę z Finlandią czy mecz na Węgrzech. Niepokojącym jest, że zmierzamy w złym kierunku (bo tak – porażka z Węgrami jest jednak tego symptomem), ale wręcz przerażające jest to, że ta droga zaraz skończy się przepaścią, z której nie wiadomo, kiedy się wydostaniemy.
Kręcimy nosem na jakość obecnych reprezentantów, a chyba nie zauważyliśmy, że wkrótce sytuacja może wyglądać jeszcze gorzej.

Kto będzie w niedalekiej przyszłości rozgrywającym w polskiej kadrze? Wszystko wskazuje na to, że przy absencji A.J. Slaughtera i Łukasza Koszarka w najbliższych meczach będą to Kamil Łączyński i Marcel Ponitka. I przy całej mojej sympatii do nich, podsyconej resztką kibicowskiej wiary, nie jestem w stanie przekonać sam siebie, że coś tym zestawem w Europie zwojujemy. Za to jestem skory przypomnieć, że sami sobie zgotowaliśmy ten los.

Pięciu nie naturalizujesz

O problemach z kandydatami na rozgrywających kadry wiadomo od dawna, ale nic z tym nie zrobiono – albo przynajmniej zrobiono za mało. Prędzej czy później staniemy przed koniecznością wymiany pokoleniowej. Traf chciał, że zbliża się czas roczników, które opisywałem niegdyś z Rafałem Juciem w ramach projektu Polishhoops (‘92-’97).

Jak sięgnę pamięcią, to nie były to roczniki pozbawione jedynek. Z całego zestawu do kadry nadał się wprawdzie tylko Daniel Szymkiewicz (który wyglądał zresztą na naturalnego następcę Koszarka) jednak problemy ze zdrowiem wykluczyły go z kręgu zainteresowań kadry.

I tu pojawił się problem – wobec braku innych kandydatów, reprezentacja trafiła na wielką czarną dziurę, którą załatać będzie w stanie prawdopodobnie kolejny naturalizowany zawodnik. Oczywiście do czasu, gdy skończy mu się kontrakt.

A to tylko wierzchołek, a raczej jeden z wierzchołków góry lodowej. Wcale lepiej nie wygląda sytuacja wśród wysokich – z tą różnicą, że jeśli naturalizujemy rozgrywającego, to podkoszowego już nie będziemy mogli. Możemy narzekać na Adama Hrycaniuka, ale za chwilę może okazać się, że pod koszem po prostu nie będzie kim grać. I znów będziemy zaskoczeni – jak to jest możliwe?

Przyszłość nie istnieje

Fatalnym błędem PZKosz, który niebawem może zepchnąć nas w otchłań, jest krótkofalowe myślenie, tylko na teraz. Pokazuje to m.in. historia zakontraktowania Slaughtera. Skoro już kilka lat temu zdecydowano o dobraniu do kadry Amerykanina, który ma nam pomóc w rozgrywaniu, dlaczego równolegle nie pomyślano o dobraniu do niej młodego Polaka, który by się od niego uczył?

Nie wyszło z Szymkiewiczem – trudno spróbujmy Ponitkę. Marcel nie jest typową jedynką? Miejmy odwagę wprowadzić – na początek nawet tylko do treningów z kadrą – robiącego stałe postępy Łukasza Kolendę.

Pomysłem Taylora był… Robert Skibniewski. Bo tu i teraz było ważniejsze. I nikt nie przekonał go do innej opcji.




„Łapanka B”

Niestety, potrafimy patrzeć najdalej do końca najbliższych eliminacji, następnej imprezy. Temat „reprezentacja Polski za 5 lat” nie istnieje. Próbowano sklecić coś na kształt zaplecza pt. „Kadra B”, ale jej tegoroczną działalność można traktować w kategoriach śmieszno-strasznych.

Dość powiedzieć, że zamiast zrobić porządne rozeznanie, kto powinien w niej się znaleźć (domyślnie: kto trafi do pierwszej kadry w najbliższych latach), na wariata dzwoniono po koszykarzach od A do Z na 10 dni przed zgrupowaniem z pytaniem, czy nie przyjechaliby potrenować. O ile pomysł zaplecza był niezły, to zabrakło kogoś, kto potrafiłby go porządnie zrealizować.

Pozostaje oczywiście problem wyszkolenia graczy. Bardzo mała ilość świeżej krwi w reprezentacji (tylko Dominik Olejniczak i Marcel Ponitka mają mniej niż 22 lata, to jedyni reprezentanci roczników 1994-1997, z tym że 94-95 są całkowicie pominięte) może świadczyć o tym, że poziom sportowy kandydatów jest niezadowalający.

Z faktem, że Europa nam odjechała dyskutować nie zamierzam, ale pytam – co w związku z tym? Za 5 lat wycofamy się z rozgrywek, bo trener uzna, że mamy tylko 8 weteranów na poziomie? Czy przez ostatnie lata w ogóle o tym pomyślano?

Gdzie ta świetna generacja?

To nie jest tak, że w ogóle nie mamy talentów koszykarskich. Problem w tym, że nie potrafimy dbać o te, które już się pojawią. Z genialnej srebrnej drużyny z 2010 roku w kadrze grają tylko Mateusz Ponitka i Tomasz Gielo.

Coś tu strasznie poszło nie tak – nie wykorzystaliśmy najlepszej szansy od lat, żeby zapewnić sobie większej liczby graczy na europejskim poziomie na lata, co pozwoliłoby myśleć o wybiciu się ze średniego poziomu do np. pierwszej ósemki w Europie.

O ile jestem w stanie uwierzyć w postęp Michała Michalaka, to straszący niegdyś Europę i nie tylko, duet Karnowski – Niedźwiedzki jest już tylko wspomnieniem.

Nie mamy już tak utalentowanego jednego rocznika, ale pojedyncze nazwiska z możliwościami wskoczenia na poziom co najmniej europejski co jakiś czas się pojawiają. Tylko niech polska koszykówka zacznie w końcu o nich dbać, interesować się nimi. Samo wysłanie powołania na kadrę to teraz trochę za mało.

Myślicie, że Lauri Markkanen wyskoczył Finom nagle z kapelusza? Nie, jemu od fińskiego SMS-u do NCAA doradzał Henrik Dettmann. I taka filozofia, forma współpracy na linii związek-zawodnik marzy mi się w Polsce – to naprawdę nie jest skomplikowane, nie wymaga wielkich środków. Tymczasem u nas nawet przyjazd młodego zawodnika na kadrę wiąże się nie z rozmowami, lecz negocjacjami.

Nie ma planu, nie ma winnych

Polski Związek Koszykówki w kontekście prowadzenia reprezentacji narodowej i jej celów długoterminowych nie ma żadnego planu – to doprowadziło nas już niebezpiecznie blisko przepaści. Jednak z drugiej strony nie ma też osoby, która by za tę sytuację odpowiadała – więc nikt nie jest winien i nikt nie widzi problemu.

Jeśli w porę nie zdarzy się cud i w związku nie znajdzie się osoba, która to zrozumie, za kilka lat będziemy zwycięstwo z Węgrami (przy całym szacunku do nich) traktować jako iskierkę optymizmu. Ale dopóki przy ul. Ciołka będą działać ludzie nieczujący koszykówki, kierujący się zwykłą polityką i chęcią przetrwania, nikt nawet nie zauważy momentu, w którym przebijemy barierki ochronne i zaczniemy spadać.

Michał Świderski, @miswid

W takich butach finały NBA wygrywa Kevin Durant! >>