• Home
  • PLK
  • Kamil Łączyński: Nie zgadzam się z argumentami Mike’a Taylora

Kamil Łączyński: Nie zgadzam się z argumentami Mike’a Taylora

Share on facebook
Share on twitter

– Trener podejmuje decyzje, a ja muszę je akceptować. Przyzwyczaiłem się do tego, że Mike Taylor nie jest moim zwolennikiem – mówi rozgrywający Anwilu, który jest sezon zaczął bardzo dobrze, ale nie znalazł się w szerokiej kadrze.

Kamil Łączyński (fot. Paweł Skraba/Plk.pl)

PLK, NBA – obstawiaj i wygrywaj kasę! >>

9,3 punktu, 5,0 zbiórki oraz 7,3 asysty. 42 proc. skuteczności z dystansu. Ważne trójki ze Stelmetem w Superpucharze, ważne z AZS Koszalin, świetna gra w najważniejszym momencie wygranego spotkania z Rosą Radom – „Łączka” zaczął sezon bardzo dobrze, ale nie znalazł się w gronie 20 koszykarzy powołanych do szerokiej kadry reprezentacji na eliminacje mistrzostw świata.

Łukasz Cegliński: „Pozostań pokorny. Pracuj ciężko. Bądź miły”. Ciekawy był ten wtorkowy wpis na Twitterze.

Kamil Łączyński: Tak jakoś mnie naszło… Trzeba być pokornym, robić swoje, a może coś fajnego w życiu się trafi. Kropka.

Zabolał cię brak powołania do szerokiej kadry?

– Nie zdziwił mnie, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że na powołanie nie liczyłem. Jakaś cząstka mnie tego oczekiwała. No nic, jest jak jest. Widać, że trener trzyma się swoich wyborów sprzed kilku lat.

Grałeś u Mike’a Taylora w 2014 roku, w eliminacjach do EuroBasketu, w rundzie rewanżowej nawet po 18 minut. Zdziwiony jesteś, że potem trener cię odstawił?

– Nie, liczyłem się z tym, że trener zrobi wszystko, by w reprezentacji na jedynce grał Amerykanin. Wiedziałem też, że Mike Taylor dużo bardziej ceni ode mnie Łukasza Koszarka i, patrząc po tamtych eliminacjach, Roberta Skibniewskiego. Wiedziałem, że będzie się bardzo trudno załapać do kadry.

Ja robiłem i robię swoje, staram się grać jak najlepiej, a trener ma taką, a nie inną koncepcję. Trudno mi z nim polemizować, to on podejmuje decyzje, a ja muszę je akceptować. Przyzwyczaiłem się do tego, że Mike Taylor nie jest moim zwolennikiem.

Trener chce stawiać na graczy młodszych, wyższych, bardziej fizycznych. Zgadzasz się z jego argumentami – Kamil, grasz bardzo dobrze, ale masz braki, których na europejskim poziomie nie przeskoczysz.

– Nie, nie zgadzam. Wcale.

Gramy w koszykówkę, a nie futbol amerykański czy rugby, warunki fizyczne to nie wszystko. Poza tym ja nie dostałem ostatnio szansy, więc dlaczego ktoś ma wnioskować, że sobie nie poradzę? Gdybym ją dostał i nie dał rady, to moglibyśmy mówić, że tak, trener podjął dobrą decyzję.

Jesteś teraz w życiowej formie?

– Czuję się pewnie na boisku, bo dostaję duże zaufanie od trenerów, ale też dostaję je, bo moja gra z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, jest coraz lepsza. Dlatego trener Igor Milicić zdecydował, że w tej chwili jestem jedyną klasyczną jedynką w Anwilu.

A czy to życiowa forma? Mam nadzieję, że ona jest dopiero przede mną. Będę robił wszystko, by rosła. Ale ważniejsze od niej są wyniki zespołu. Mając 28 lat chcę coś w końcu wygrać.




Wracając do reprezentacji – na Twitterze jako główne zdjęcie masz ustawione to, na którym stoisz z zespołem podczas hymnu, masz rękę na sercu. Kadra jest dla ciebie bardzo ważna.

– Jest, oczywiście. Oglądam mecze, przeżywam je bardzo mocno, chcę jak najlepiej dla polskiej koszykówki, znam chłopaków, którzy walczą w reprezentacji. Mam nadzieję, że coraz większe grono naszych graczy będzie wyjeżdżało za granicę, pokazywało się w silnych ligach i że to będzie się przekładało na wyniki reprezentacji.

Myślę, że reprezentowanie swojego kraju to dla każdego sportowca sytuacja wyjątkowa, że każdy by tego chciał. Dlatego jeśli dane mi będzie tego doświadczyć, jeśli ktoś mnie do kadry zaprosi, to na pewno się na niej stawię.

Ale czujesz, że u Taylora to już się raczej nie wydarzy?

– Tak, na to już nie liczę. Bardziej przeżywałem to dwa lata temu, rok temu trochę mniej, teraz mam jeszcze większy dystans. Zależy mi na reprezentacji, ale widzę, że trener trzyma się swoich postanowień. To on odpowiada za wyniki i on jest za nie rozliczany. Albo i nie.

Czy trener rozmawiał z tobą o tej koncepcji, tłumaczył swoje wybory?

– Nie, zresztą wcale nie uważam, że powinien to robić. Trener podejmuje decyzje, nie musi się z nich tłumaczyć. Ma swoje koncepcje i pomysły, kropka.

W lecie, w wywiadzie dla TVP, powiedziałeś: „Jeśli mam jechać tylko po to, żeby zasuwać na obozach i treningach, a mecze oglądać z boku, to na coś takiego się nie piszę.”

– Bo tak jest. Chciałbym przyjechać na kadrę wiedząc, że walczę o miejsce w składzie, w rotacji, na boisku. Chciałbym grać, a nie tylko siedzieć na końcu ławki z góry wiedząc, że na mistrzostwa czy eliminacje i tak pojadą inni.

Ale żeby było jasne – mi siedzenie na ławce nie przeszkadza. Jestem osobą, która żyje grą, żyje meczem, potrafię wspierać zespół jako rezerwowy. Myślę jednak, że mając 28 lat, będąc w szczytowym okresie koszykarskich możliwości, wciąż mogę dać więcej. Jako 12. zawodnik mógłbym wspierać drużynę w wieku 34-35 lat, jeśli jakiś trener by mnie zaprosił. Teraz na to za wcześnie.

Przenieśmy się do Włocławkapięknie się podnieśliście po traumie z wiosny – początek wyśmienity: zdobyliście Superpuchar, macie 3-0 w lidze. Co trzeba było zrobić, by się podnieść?

– Odciąć się od wszystkiego, starać się zapomnieć. Przynajmniej ja tak zrobiłem – po porażce z Czarnymi, dzień po dniu, zajmowałem głowę czym innym. Skoncentrowałem się na rodzinie, kilka miesięcy wcześniej urodził mi się syn, miałem czym się zająć. Szukałem wszystkiego, by odciąć się od koszykówki i to mi się udało.

Potem zaczął się okres szukania klubu, bo nie miałem ważnego kontraktu z Anwilem, głowa znów była zajęta. A potem treningi, przygotowania… Udało mi się zapomnieć o tej porażce, myślę, że na boisku to widać. Zresztą po Josipie i „Leonie” też. Tych złych doświadczeń już w nas nie ma, oby nie wróciły w najważniejszych momentach.

Jakie wnioski wyciągnęliście po poprzednim sezonie? Jak planować ten – mentalnie, fizycznie, taktycznie – by zdobyć ten medal?

– To już pytanie do trenera, ja bardzo ufam Igorowi. Mam nadzieję, wierzę w to, że to, co się stało w ćwierćfinale, bardzo dało mu do myślenia, że w wakacje nauczył się czegoś nowego wyciągając wnioski.

Od siebie powiem tylko, że jestem podwójnie, potrójnie, a może i poczwórnie zmobilizowany, by grać jeszcze lepiej. Na razie wszystko się pozytywnie układa i jeśli utrzymamy to nastawienie mentalne na treningach i meczach, to myślę, że wszyscy we Włocławku szybko zapomną to, co stało się wiosną.

Próbka jest jeszcze mała, ale widać, że nie tylko gracie szybko i ofensywnie, ale także bardzo dobrze w obronie. Po tych kilku meczach macie najwyższą efektywność defensywy w PLK.

– Igor nadal przykłada ogromną wagę do obrony, a w tym roku mamy bardziej atletyczny zespół niż ostatnio. Warunki fizyczne, zasięg ramion, te aktywne ręce w obronie – tego jest więcej. Ivan, Ante, „Zyzio”, także Jaylin – oni wszyscy mogą przecinać linie podań, przechwytywać piłki. Są wysocy, silni, skoczni.

Z tego też, z aktywności rąk i nóg, wynika lepsza obrona. A jeśli ona jest dobra, jeśli jest sporo wymuszonych niecelnych rzutów lub przechwytów, to łatwo o szybkie ataki – takie jest przynajmniej założenie. Chcemy je kończyć, zanim obrona się ustawi, bo wtedy łatwiej o punkty.

Z drugiej strony nie możemy bazować tylko na szybkim ataku, musimy wiedzieć, kiedy przyspieszać, a kiedy zwolnić. A jak biegamy, to żeby nie biegać z klapkami na oczach. Najważniejsza jest dostosowanie tempa do meczu, trzeba pamiętać, że czasem lepiej jest mądrze stać niż głupio biegać. Do gry pięciu na pięciu też przykładamy bardzo dużą wagę.

Wspomniałeś już o tym, że jesteś jedynym klasycznym rozgrywającym. Zmienników ma ze znakami zapytania – Ante Delas najbardziej chyba lubi rzucać, a Jaylin Airngton na razie nic nie pokazuje. Nie masz obaw, że to może być problem? Z Rosą, gdy siedziałeś na ławce w trzeciej kwarcie, roztrwoniliście wysoką przewagę.

– Na treningach widać u Ante łatwość podania, widać, że długo w karierze grał na piłce. Potrafi wykorzystywać pick and rolle właśnie podaniami, bo ma długie ręce, co czasem ułatwia sprawę.

I nie zapominajmy też o Ivanie Almeidzie, który też ma łatwość grania z piłką. To może nie jest kreator, ale przeprowadzić piłkę i ustawić akcję potrafi bez problemu. Wiadomo, sezon jest długi, ale na razie nie sądzę, by moja ewentualna absencja była jakimś zagrożeniem. Umówmy się, nie układamy nie wiadomo jakich szachów, gra ma być przyspieszana, potrzeba posiadania klasycznego rozgrywającego trochę zanika.

Najbliższy mecz gracie na wyjeździe z Turowem, łatwo nie będzie, ale potem macie Czarnych, Start i Legię u siebie. Wiem, że się ze mną nie zgodzisz, ale to trochę pachnie 7-0.

– No pachnie, pachnie, natomiast wszystko zaczyna się od następnego meczu. My sobie tak powtarzamy i tak jest. Nie chcę pompować balonika, niech każdy sobie ocenia naszą grę na swój sposób. Tak samo szykujemy się na mecz ze Stelmetem na wyjeździe, tak samo na spotkanie z beniaminkiem u siebie. Każde zwycięstwo jest na wagę złota, walczymy o jak najlepsze rozstawienie przed play-off.

Pierwsze miejsce, pozycja lidera, którą już macie, nie uwiera? Bo pewnie zaczną się głosy: „O, Anwil jest pierwszy, znów odpadnie w ćwierćfinale”.

– A niech się takie głosy pojawiają, jesteśmy zawodowcami, musimy radzić sobie z presją. Ja bym chciał po rundzie zasadniczej być na pierwszym miejscu, wolę grać w play-off u siebie i z teoretycznie najsłabszym zespołem. Wiemy już, że to nie zawsze się sprawdza, oczywiście, ale obyśmy byli na czele.

A kibice nigdy nie będą w 100 proc. zadowoleni, zawsze będą coś gadać. Jak wygramy różnicą 30 punktów, to będą wyrzuty, że nie 40. Jak przegramy mecz, to będą głosy, że trzeba kilku graczy zwolnić. My po prostu nie możemy na to zwracać uwagi.

PLK, NBA – obstawiaj i wygrywaj kasę! >>