Kamil Zywert: Chcę spróbować sił w PLK

Share on facebook
Share on twitter

– To w Zielonej Górze skończyłem szkołę, zdałem maturę, czy egzamin na prawo jazdy. Dlatego nawet jeśli nie wszystko poszło zgodnie z planem, to Zielona Góra zawsze będzie moim drugim domem – mówi Kamil Zywert, rozgrywający pierwszoligowego Sokoła Rawlplug Łancut.

Kamil Zywert / fot. Rawlplug Sokół Łańcut

DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >>

Pamela Wrona: 24 lutego 1996 roku w Sierakowie na świat przyszły bliźniaki… Mówią, że to Ty urodziłeś się pierwszy od Marka. Można powiedzieć, że była między Wami jakaś rywalizacja od dziecka?

Kamil Zywert: Nie wiem czy mogę powiedzieć, że nasze relacje były dobre (śmiech). Często się kłóciliśmy, dochodziło do rękoczynów i rodzice musieli nas rozdzielać. Przekładało się to później na rywalizację na boisku. Pamiętam, jak chodziliśmy w wolnym czasie grać 1 na 1 na betonowe boisko przed szkołą. Mało który mecz miał rozstrzygnięcie, a częściej kończyło się na kłótni.

Oczywiście, z wiekiem zmieniliśmy podejście, rywalizacja została, ale zrozumieliśmy, że współpraca na boisku przynosi nam większe korzyści.

Z wyborami byliście zgodni – obaj postawiliście na koszykówkę! Gdzie i jak zaczął rozwijać się Wasz sportowy talent? Dlaczego koszykówka?

Wszystko zaczęło się, gdy w sierakowskim przedszkolu, do którego chodziliśmy, mama zauważyła informacje o treningach koszykówki chłopców, urodzonych w latach 95/96. Spodobał nam się pomysł spróbowania swoich sił w koszykówce i tak pojawiliśmy się na zajęciach u trenera Jarka Czekały. Myślę, że to jego zasługa, że to właśnie koszykówka stała się sportem numerem jeden w naszych życiach.

Zaczynaliśmy od kilku zajęć w tygodniu, zabawy z piłkami i nauki podstaw, a skończyliśmy na medalach młodzieżowych mistrzostw Polski.

Czyli tę miłość do sportu zapoczątkowali rodzice?

Dokładnie tak! Jesteśmy sportową rodziną. Od kiedy pamiętam, w naszym domu zawsze leciały mecze koszykówki. Siadaliśmy w salonie i oglądaliśmy mecze Śląska z Anwilem. Ciężko było nie spróbować sił w sporcie, który był od najmłodszych lat obecny na każdym kroku.

Dodam, że macie swój odpowiednik na koszykarskim parkiecie w wersji damskiej – Wasza młodsza siostra również czynnie gra w koszykówkę…

Zosia dopiero zaczyna swoją przygodę z koszykówką, ale już widać, że ma predyspozycje. Kto wie, może za jakiś czas ta przygoda przerodzi się w coś więcej.




Mieliście jakieś marzenia? Na przykład wymarzony klub do grania, dorównanie jakiemuś zawodnikowi?

Każdy młody koszykarz marzy o grze w NBA, Eurolidze, czy założeniu koszulki z orzełkiem na piersi. Kilka z tych małych marzeń sportowych udało się spełnić, ale mam nadzieję, że jeszcze wiele z nich jest dopiero przed nami.

Czy na liście marzeń jest to, aby dogonić Przemysława Zamojskiego w ilości medali PLK? W końcu trzy złote już masz!

(Śmiech) Myślę, że nie ma co porównywać moich medali do medali Przemka. On zawsze był ważną częścią swoich zespołów, nawet naszpikowanego gwiazdami, euroligowego Prokomu, podczas gdy ja odgrywałem marginalną rolę w Stelmecie.

Oczywiście, możliwość bycia częścią mistrzowskiej drużyny i to, że mogłem dołożyć swoją małą cegiełkę do tych sukcesów było niesamowitym doświadczeniem, ale nie można tego porównywać. Jeśli kiedyś wywalczę medale PLK grając regularne minuty, wtedy będziemy mogli wrócić do tego pytania (śmiech).

Jak dorastało Wam się w niewielkiej miejscowości, biorąc pod uwagę koszykarski rozwój?

Niczego nam nie brakowało i myślę, że wielkość miejscowości nie miała większego znaczenia dla naszego rozwoju. Bardziej liczyło się to, że w odpowiednim momencie mogliśmy „ruszyć w świat”. Tutaj też wielka zasługa naszego pierwszego trenera, który w odpowiednim momencie pozwolił nam rozwijać swoje talenty w innym miejscu.

Jak wyglądało Wasze życie jako nastolatków, którzy prędko wyjechali z rodzinnego domu?

Początki mogły się wydawać trudne, ponieważ w wieku 15 lat, z malutkiego Sierakowa pojechaliśmy do Warszawy, żeby wziąć udział w projekcie Polonii 2011 Warszawa. Nowa szkoła, kompletnie nowe środowisko, bez rodziców. Trzeba było się dosyć szybko usamodzielnić, nie było czasu na głupoty, ale nie mieliśmy z tym większych problemów. Wcześniejsze lata wyjazdów, zgrupowań i obozów przyzwyczaiły nas do takiego stanu rzeczy.




W Warszawie spędziliśmy rok i przenieśliśmy się do SMS-u w Cetniewie. Po roku w Cetniewie była Zielona Góra, gdzie Marek spędził 2, a ja 4 lata.

Brat po dwóch latach w Zielonej Górze zdecydował się przejść do Czarnych Słupsk, z którymi udało mu się zdobyć brązowy medal, natomiast w następnym roku został wypożyczony do Sokoła Łańcut. W tym właśnie klubie spotkaliśmy się w sezonie 2017/2018 i wywalczyliśmy razem srebrny medal 1 ligi.

Gdybyście byli jedną postacią, mielibyście wszystkie zalety koszykarza idealnego – które Twoim zdaniem należą do Ciebie, a które do brata?

To prawda, że są w naszej grze elementy, które jednemu wychodzą lepiej niż drugiemu. Wydaje mi się, że Marek ma lepszy rzut, smykałkę do zdobywania punktów. Ja natomiast trochę lepiej kreuje grę i widzę więcej na boisku.

Czy któryś sezon był dla Ciebie przełomowy, miał jakieś większe znaczenie? Jak wspominasz te spędzone w Zielonej Górze?

Wydaje mi się, że ten przełomowy sezon jest jeszcze przede mną, ale największe znaczenie do tej pory miał ten poprzedni, w którym wywalczyliśmy finał 1 ligi. Mogłem odbudować się po kontuzjach i braku regularnego grania, a co ważniejsze, sprawdzić się na poziomie zaplecza ekstraklasy, w której jest wielu zawodników z doświadczeniem w PLK.

Co do 4 lat spędzonych w Zielonej Górze, nie był to na pewno idealny czas. Wiele moich planów pokrzyżowały kontuzje, które mocno spowolniły mój rozwój i nie pozwoliły na regularne granie. Z drugiej strony, miałem okazje rywalizować codziennie z najlepszymi zawodnikami w kraju, współpracować z wieloma świetnymi trenerami i zadebiutować w Eurolidze, czy Eurocupie.

To w Zielonej Górze skończyłem szkołę, zdałem maturę, czy egzamin na prawo jazdy. Dlatego nawet jeśli nie wszystko poszło zgodnie z planem, to Zielona Góra zawsze będzie moim drugim domem.

Jakie byłyby Twoje rady, wskazówki, szczególnie dla młodych sportowców, którym koszykarski świat wali się na głowę z powodu dwóch kolejnych kontuzji w najlepszym momencie?

Może to banał, ale nie można się poddawać. Wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Prawdą jest, co mówią bliscy, że na boisku masz psychikę „wiadra z betonem” – oczywiście w kontekście stoickiego spokoju w trudnych momentach?

Jako rozgrywający zawsze czuje obowiązek brania na siebie ciężaru gry w trudnym momencie. Dzięki grze w Łańcucie i kredytowi zaufania ze strony trenera Kaszowskiego, z każdym meczem wzrasta moja pewność siebie, a decyzje podejmowane w końcówkach spotkań są dzięki temu lepsze.

Po 22 kolejkach, Twoja obecna drużyna Rawlplug Sokół Łańcut jest na drugiej pozycji w tabeli. Wierzysz, że również w tym sezonie dołożysz kolejny medal do swojej kolekcji? Na kogo chciałbyś trafić w playoffach?

Ostatnio borykamy się z problemami kadrowymi, ale udało nam się wygrać dwa bardzo ważne spotkania, jeśli chodzi o układ sił przed playoffami. Chcemy wygrywać wszystkie mecze, nie będziemy kalkulować, na kogo możemy trafić. Wierzę, że możemy znowu powalczyć o finał, a w nim wszystko jest możliwe.

Przechadzki po łańcuckim parku spodobały Ci się na tyle, aby zostać w Sokole jeszcze na kolejny sezon? Myślisz o spróbowaniu swoich sił w ekstraklasie?

Każdy sportowiec chce grać w najwyższej możliwej klasie rozgrywkowej i tak też jest ze mną. Chciałbym spróbować swoich sił w PLK, w większej roli niż to miało miejsce wcześniej. Czy będę miał ku temu okazje? Zobaczymy. Teraz w pełni skupiam się na końcówce sezonu zasadniczego i playoffach!

Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >>