Katarzyna Dulnik: Uwielbiałam trenować

Share on facebook
Share on twitter

O specyfice żeńskiego basketu, rodzinnych tradycjach, nietypowych początkach i bogatej sportowej karierze – rozmowa z Katarzyną Dulnik, legendą żeńskiej koszykówki w Polsce.

Katarzyna Dulnik / fot. arch. prywatne

adidas Dame D.O.L.L.A.  – w takich butach szaleje Damian Lillard! >>

LUDZIE BASKETU #14- Kasia Dulnik

Pamela Wrona: Jest Pani córką Haliny Beyer-Gruszczyńskiej, wielokrotnej reprezentantki Polski w koszykówce. Czy Pani przygoda z basketem zaczęła się dzięki niej?

Katarzyna Dulnik: Pochodzę z rodziny o silnych koszykarskich tradycjach. Jednak jako dziecko byłam bardzo chorowita i wrażliwa. Większość czasu spędzałam z moją ukochaną Babcią – Marcią
W wieku 10 lat przyszłam do domu i powiedziałam, że zapisałam się na treningi koszykówki. Chyba nigdy więcej nie udało mi się tak zaskoczyć mojej rodziny (śmiech). Nie mogli uwierzyć, że sama znalazłam miejsce, gdzie mogę trenować i na dodatek sama przeszłam przez ulicę. To były dziwne czasy…

W Pani rodzinie sport był chyba wpisany w genach…

To prawda! W basket grała moja mama i siostra taty, Romualda Gruszczyńska-Olesiewicz. Trenerami byli brat mamy Henryk Beyer oraz mąż mojej cioci, Zygmunt Olesiewicz. Kolejne pokolenie to ja i mój cioteczny brat Marek Olesiewicz.
Teraz tę tradycję kontynuuje trzecie pokolenie. Mój syn Wojtek gra w 2 lidze w zespole Hutnik Warszawa, a córka Hania poszła tą samą drogą co ja – gra w pierwszoligowej Polonii Warszawa. Z wielką radością obserwuję, jak rozwijają się sportowo i ogromnie im kibicuję.

Jak przebiegała Pani koszykarska kariera?

Jak wspominałam, moja przygoda rozpoczęła się w wieku 10 lat w szkole podstawowej, która miała podpisaną umowę szkoleniową z AWF Warszawa. Stamtąd bardzo szybko trafiłam do MDK Warszawa.  Potem, w wieku niespełna 18 lat do 1-ligowej Polonii Warszawa.

I ta historia jest bardzo długa bo ostatni raz wybiegłam na ligowy parkiet (jako grający trener) chyba 3 lata temu. Grałam w wielu klubach w Polsce. Zapraszam do Wikipedii, nie chcę nikogo zanudzić (śmiech).

Warto jednak wspomnieć, że miałam olbrzymie szczęście do trenerów, którzy wierzyli we mnie, poświęcali mi swój czas i cierpliwie pozwalali popełniać błędy oraz wyciągać z nich wnioski.

Patrząc na sukcesy i indywidualne wyniki, raczej nie można mówić o słabszych momentach w Pani karierze zawodowej. W każdym sezonie, w którym Pani grała była jedną z najlepszych. W 1994/95 oraz 2003/04 została Pani MVP całej ligi!

Moja kariera przebiegała rzeczywiście dość równo, chociaż na ten poziom ciężko zawsze pracowałam. Kluczowe było to, że uwielbiałam zawsze trenować. Z treningów i meczów czerpałam prawdziwą radość. Równocześnie w pełni korzystałam z  życia, co było świetną odskocznią od rygoru, jaki narzuca życie sportowca.

Do dziś basket jest moją pasją i prawdziwą miłością. Teraz, prowadząc Fundację staram się zarażać  ludzi sportem i sprawia mi to wielką frajdę.

W takich butach w NBA błyszczy Kyrie Irving >> 

W Liderze Pruszków ustanowiła Pani swój życiowy rekord, rzucając aż 48 punktów w jednym meczu. To naprawdę robi wrażenie i potwierdza, że kobieta też potrafi grać w koszykówkę!

Te 48 punktów to było naprawdę coś! Nie każdemu sportowcowi udaje się przeżyć taki dzień, gdzie wychodzi dosłownie wszystko. W ekstraklasie kilkanaście razy udało mi się zdobyć powyżej 30 punktów.

Zawsze miałam łatwość zdobywania punktów, a piłka sama wpadała w ręce. Jest to związane z cechami wolicjonalnymi, które odziedziczyły po mnie dzieci – Hania i Wojtek. Tym przyjemniej jest mi patrzeć, jak grają na boisku. Mam wrażenie, że jest tam też cząstka mojej mamy i mnie.




Między tymi sukcesami, znalazła Pani jeszcze czas na macierzyństwo  Jak udało się Pani pogodzić to z koszykówką?

Urodziłam syna w wieku 23 lat, a córkę 9 lat później. Wojtek wychował się praktycznie w hali Polonii Warszawa, a w opiece nad nim pomagała mi moja mama, która przeszła na wcześniejszą emeryturę.

Gdy urodziłam Hanię w 2000 roku, wróciłam do gry w Wołominie, gdzie wywalczyłyśmy awans do ekstraklasy. To był już mniej intensywny sportowo czas.

Przy wsparciu męża, rodziców i przyjaciół wszystko było w najlepszym porządku. Nigdy nie traktowałam wychowywania dzieci jak obowiązek, a raczej jak przyjemność. To najfajniejsza rzecz jaka spotkała mnie w życiu – miałam szczęście  wychować moich prawdziwych przyjaciół.

Czy jest jakiś sezon, który wspomina Pani szczególnie?

Najbardziej niezwykły był mój pierwszy sezon w Polonii. Od zawsze chodziłam z moją mamą na mecze koszykarek. Kibicowałam Dance Kopeć, Ewie Strejmer czy Oli Kowalik. Rok później zostałam zawodniczką Polonii i … koleżanką z drużyny moich idolek. Sprawa była o tyle trudna, że miałam niespełna 18 lat, a one były kilkanaście lat ode mnie starsze.  Ja, nauczona szacunku do starszych, miałam problem jak się do nich zwracać. „Pani Ewo, czy może mi pani podać piłkę!” brzmiałoby dość zabawnie (śmiech).

Na szczęście zaakceptowały mnie i mój styl gry. Do dziś się przyjaźnimy. Ja, natomiast, gdy stałam się starsza, dbałam o nowe młodsze koleżanki.

Wciąż jest Pani aktywna. Obecnie gra Pani w reprezentacji Polski +40…

Wciąż gram w koszykówkę i nieustannie sprawia mi to wielką przyjemność. W tym roku w kategorii +45 zdobyłyśmy na ME w Mariborze srebrny medal.

Od 2 lat nie jestem trenerem prowadzącym zespół. Jednak prowadzę treningi i szkolenia w ramach działań Fundacji  „Kasi Dulnik”. Dzięki temu mogę przekazywać swoją wiedzę i pasję, organizować eventy i turnieje propagując aktywność fizyczną. W działaniach Fundacji pomagają mi moje dzieci i przyjaciele.

Jak wyglądało bycie grającym trenerem i to w żeńskim zespole?

Bycie grającym trenerem jest wielkim wyzwaniem. Bardzo trudno jest o wszystkim myśleć, planować, przewidywać i obserwować, równocześnie biegając po boisku.

Jaka jest według Pani damska koszykówka z punktu widzenia trenera?

Dla mnie żeńska koszykówka jest bardziej zespołowa, przemyślana i finezyjna w porównaniu z męską. Wynika to, jak sądzę, z różnic siłowych i motorycznych płci. Kobiety bywają  też bardziej zadziorne i nieustępliwe na parkiecie.

Ludzie często kierują się stereotypami. Spotkała się Pani kiedyś z jakąś nieprzyjemną sytuacją jako zawodniczka?

Jeśli ktoś ma kompleksy i chce sprawić przykrość, to nie ma znaczenia jaki naprawdę jesteś. Nauczyłam się radzić z takimi sytuacjami. Dotyczą one nie tylko zagorzałych kibiców, ale również „zwykłych” ludzi. Wyrobiłam w sobie umiejętność „zapominania” o niemiłych zdarzeniach spowodowanych czyjąś frustracją. Wolę skupiać się na pięknych  rzeczach i zdarzeniach. Tak żyje się łatwiej.

Patrząc z perspektywy czasu, jakie dostrzega Pani różnice między koszykówką kiedyś i dziś?

Światowa koszykówka wciąż się rozwija. Gdy oglądam fragmenty meczów reprezentacji Polski z lat 60-tych mam poczucie, że dziś gra się tak w liceum. Niewiarygodne, jak olbrzymie zmiany nastąpiły zarówno w technice indywidualnej, jak i organizacji gry. Nie wspomnę już o motoryce.

Czy z biegiem czasu mogły zmieniać się warunki, podejście do sportu i samej istoty treningu? Świat wciąż się zmienia. Kiedyś sport był szansą na lepsze życie, dziś spełnia inna rolę.  Więcej w nim filozofii, medycyny i teorii, a mniej zwykłej radości z gry.

Jestem wielką fanką zarażania miłością do sportu. Wytrwałość w dążeniu do celu, odpowiedzialność, pokonywanie własnych słabości i kreatywność to wartości jakie daje sport. Koszykówka jako gra zespołowa, kształtuje również umiejętność pracy w grupie i przekładanie interesów zespołu ponad własne. Czy może być coś lepszego gdy się dorasta?

Było Pani dane grać w tym i w ubiegłym wieku. Jakby Pani porównała oba te okresy uwzględniając zarówno Pani osobisty rozwój, jak i samej koszykówki w naszym kraju?

To zabrzmiało strasznie poważnie (śmiech). Koszykówka światowa i mój rozwój osobisty mają się zupełnie dobrze. Wciąż się uczę nowych rzeczy, rozwijam, poznaję nowych ludzi. Znam też już siebie- znam swoje wady i zalety. Potrafię je wykorzystać w dobry sposób. A co najważniejsze, akceptuję rzeczy, których nie mogę zmienić.  Nauczyłam się nie być tak bardzo wymagająca wobec siebie i… sama ze sobą się polubiłam.

Natomiast koszykówka w naszym kraju od lat przechodzi kryzys. Niewykorzystanie naszego sukcesu z 1999 roku czy 7. miejsca wywalczonego przez koszykarzy wciąż pokutuje. Jestem optymistką i wierzę, że jest szansa na wyjście z impasu. Do tego jednak, potrzebne są poważne zmiany w myśleniu i działaniu. Ponieważ nie lubię siedzieć bezczynnie i narzekać, robię co mogę, aby chociaż troszkę poprawić wizerunek mojej ukochanej dyscypliny.

Co Pani zdaniem może wpływać na małe zainteresowanie koszykówką w Polsce? Z czego to wynika?

Z braku zabezpieczenia medialnego i złego marketingu. Dzisiejsze czasy zmuszają do mówienia o tym, co się robi. Organizacja dobrej inicjatywy, o której wiedzą tylko uczestnicy jest poważnym błędem. Ja będąc no co dzień blisko basketu, o niektórych rzeczach wcale nie wiem lub dowiaduję się po czasie.

Należy mówić i pisać o naszej dyscyplinie. Zaangażować byłych reprezentantów Polski do promowania dyscypliny. Może zatrudnić ich jako trenerów, menadżerów, konsultantów? Część z nas jest naprawdę dobrze wykształcona. Mamy dużą wiedzę, a koszykówka to nasze życie. Tak robią inne koszykarskie federacje na świecie.

Zdobycie przez Ewelinę Kobryn mistrzostwa WNBA przeszło prawie bez echa. Promocja  Marcina Gortata wygląda lepiej bo… on sam o to dba. Musimy lepiej patrzeć jak robią to mądrzejsi od nas i wykorzystać wszystkie możliwości do promocji.

Kiedyś ta organizacja działała nieco prężniej?

Polska stała dużo wyżej w światowym rankingu. Były czasy, że byliśmy koszykarską potęgą. Odnoszone sukcesy przenosiły się na zainteresowanie dyscypliną. Mecze transmitowane w TV, boom na NBA – to wszystko pomagało. Ostatnie kilkanaście lat to czas spadku zainteresowania basketem.

Przegrywamy walkę o dzieciaki i zainteresowanie kibiców z piłką siatkową i ręczną. O piłce nożnej nie mówię, bo nie mamy punktu zaczepienia. Równocześnie nasz system edukacji nie pomaga w kształtowaniu przyszłych sportowców i wyłapywania talentów.

Nawiązując do tematu cyklu, Pani związek z koszykówką opiera się również na fundacji, sygnowanej Pani nazwiskiem. Jaka jest jej idea przewodnia?

Jestem fundatorem Fundacji i jej prezesem. Głównym celem jest promocja sportu. Kładziemy nacisk na sport rodzinny, masowy ale również organizujemy turnieje i eventy koszykarskie. W ramach promocji dyscypliny odwiedzam szkoły, przeprowadzając treningi dla młodych koszykarzy. Prowadzę również treningi indywidualne.

Robimy wszystko, aby ludzie uwierzyli, że sport to doskonały sposób na życie.

Pamela Wrona, @PulsBasketu

adidas Dame D.O.L.L.A.  – w takich butach szaleje Damian Lillard! >>




Drugie pod względem renomy w Europie międzynarodowe koszykarskie rozgrywki klubowe, 7DAYS EuroCup ogłosiły wczoraj listę drużyn, które powalczą o trofeum w sezonie 2021/2022. Wśród 20 zaprezentowanych klubów znalazł się brązowy medalista PLK, WKS Śląsk Wrocław.
19 / 06 / 2021 14:02

NBA

To była prawdziwa wojna w meczu numer siedem między Bucks a Nets. Nie starczyło 48 punktów Kevina Duranta. Do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, a w niej lepsi okazali się gracze z Milwaukee, którzy wygrali 115:111 i wyrzucili zawodników Brooklynu za burtę w play-off.
20 / 06 / 2021 11:48
Mnóstwo zmian, znani gracze i debiutanci, kluby ze zmienionym obliczem. Aktualizowane codziennie informacje o oficjalnych kontraktach w koszykarskiej ekstraklasie – niezbędnik kibica PLK w tym nietypowym sezonie ogórkowym.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
To była prawdziwa wojna w meczu numer siedem między Bucks a Nets. Nie starczyło 48 punktów Kevina Duranta. Do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka, a w niej lepsi okazali się gracze z Milwaukee, którzy wygrali 115:111 i wyrzucili zawodników Brooklynu za burtę w play-off.
20 / 06 / 2021 11:48
Hapoel Holon, w którym od niedawna z powodzeniem występuje Michał Sokołowski, pokonał w trzecim meczu ćwierćfinału play-off izraelskiej Winner League 85:76 Ironi Ness Ziona. Wygrana w serii do dwóch zwycięstw dała drużynie “Sokoła” awans do strefy medalowej, a skrzydłowy znów był jedną z ważniejszych postaci na parkiecie.