Kevin Durant kontra 29 gniewnych ludzi

Share on facebook
Share on twitter

Kevin Durant w Warriors to najbardziej pasjonująca historia nadchodzącego sezonu NBA. Ale do historii może przejść szybciej niż się to wszystkim wydaje.

(Fot. Wikimedia Commons)
(Fot. Wikimedia Commons)

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>

Leniwy niedzielny poranek to idealny moment, by obejrzeć mecz NBA. Nawet przedsezonowy. Szczególnie, jeśli Pascal Siakam debiutuje w barwach Raptors.

15 lat po tym, gdy ziomkowie Elvisa Presleya podwędzili im Grizzlies, wielorybnicy i drwale z zachodniego wybrzeża Kanady wypełnili trybuny Rogers Arena do ostatniego miejsca. Co się dziwić? Kto nie chciałby ujrzeć jak Siakam, zmuszony do bronienia na obwodzie Kevina Duranta, najpierw uprzejmie puszcza go przodem, po czym średnio soczystym, ale jednak blokiem przybija jego rzut do tablicy? Cały koszykarski Kamerun wzruszył się jeszcze przed debiutem Joela Embiida w barwach Sixers.

Durant nie zachwycił, a buczeli na niego nawet wielorybnicy i drwale. Nie będzie miał chłop w tym sezonie życia usłanego różami. Ani świeżych truskawek z bitą śmietaną. A skoro do rozpoczęcia prawdziwego sezonu NBA pozostały jeszcze długie trzy tygodnie, czas najwyższy zastanowić się nad tym, jaka przyszłość czeka Duranta i jego nowy zespół po jego zakończeniu.

Racja, wiele będzie zależało od tego, czy Warriors obronią (momentami wciąż nie dowierzam, że LeBron w czerwcu zrobił to, co zrobił) odzyskają tytuł mistrzowski. Ale zdecydowanie więcej będzie zależało od tego czy, kiedy i – przede wszystkim – w jakim kształcie zostanie przyjęta nowa umowa zbiorowa między pracownikami NBA, czyli zawodnikami a ich pracodawcami, czyli klubów właścicielami.

Stawiam trzy dolary przeciwko dwóm orzechom, dorzucając 1000 odnalezionych niedawno na dnie szuflady mauretańskich ugiiji, że zdecydowana większość z 29 rywali Joe Lacoba i spółki będzie gotowa na spooore poświęcenia, by nowymi regułami finansowej rywalizacji skomplikować Warriors życie.

Zemsta za słynne słowa Lacoba z wiosennego wywiadu dla „New York Timesa”, gdy oświadczył wszem i wobec, że jego klub posiada tak niepowtarzalne know-how, iż konkurentów zdystansował „o lata świetlne”? Pewnie. Ale nie tylko. Superdrużyny nigdy nie były, nie są i nie będą w NBA mile widziane. Koniec, kropka.

To nie przypadek, że po przenosinach Duranta do Bay Area pracownicy biura prasowego NBA dzwonili do dziennikarzy z prośbą, by nie używali określenia „superteam”. Równie śmieszne, co prawdziwe. Gdy po raz ostatni właściciele klubów żarli się ze związkiem zawodowym graczy o nowe zasady CBA w 2011 roku, ich głównym celem byli Miami Heat. Nieprzypadkowo.

Efekt? Ktoś jeszcze pamięta o drużynie, która miała wygrać tytułów „…nie cztery, nie pięć, nie sześć”? Oczywiście, ostatecznie o rozpadzie Heat zadecydowała decyzja LeBrona o powrocie do Cleveland. Ale nowe zasady salary cap, które szczególnie dotkliwie karały drużyny rok w rok przekraczające dozwolony poziom wydatków odegrały – wyjątkowo łagodnie mówiąc – niebagatelną rolę. Ich głównym orędownikiem był Dan Gilbert.

Właściciel Cavaliers dorobił się fortuny na szybkich pożyczkach w internecie. Jeszcze w 2010 roku, wylewając na LeBrona wiadro pomyj po jego przenosinach do Miami, zachowywał się jak w gorącej wodzie kąpany nastolatek. W 2011 roku wywalczył nowe zasady CBA, a z czasem pojął też znaczenie słowa „cierpliwość”.

Cierpliwych właścicieli klubów NBA nie brakuje. Ostatnio nawet Michaił Prochorow przynajmniej zaczął sprawiać pozory… Tych 29 ludzi dysponuje łącznym majątkiem znacznie przekraczającym 100 miliardów dolarów. Naprawdę ktoś sądzi, ze uknucie planu zniweczenia superplanu Lacoba miałoby ich przerosnąć?

Prawdopodobnie Warriors zdobędą w nadchodzącym sezonie tytuł mistrzowski. Z nie mniejszą dozą prawdopodobieństwa można jednak przyjąć, że gdy sportowy kurz opadnie i rozpocznie się kolejny sezon – transferowy – jego reguły nie będą do końca znane.

Praktycznie (bo technicznie Durant podpisał kontrakt 1+1) bezsporne w tej chwili pozostaje tylko jedno: Stephen Curry i Kevin Durant będą wówczas pozostawać bez przynależności klubowej. Czy jeśli w nowej CBA zniesiona zostanie np. granica maksymalnego kontraktu, Lacob zapłaci temu duetowi, powiedzmy, 120 milionów dolarów za kolejny rok gry?

Dan Gilbert już kombinuje. Nie ma nawet czasu, by podpisać nową umowę z JR Smithem.

Michał Tomasik*

*więcej tekstów autora możecie przeczytać na Dzień dobry, Portland.

Załóż konto w Unibet i zgarnij bonus >>