Klasyka NBA (2004) – jak Nets postraszyli Detroit Pistons?

Klasyka NBA (2004) – jak Nets postraszyli Detroit Pistons?

Share on facebook
Share on twitter
Detroit Pistons w 2004 roku zostali mistrzami NBA, ale w drodze do finału byli bardzo bliscy odpadnięcia. Mnóstwo kłopotów sprawili im New Jersey Nets, prowadzeni przez Jasona Kidda. Zapraszamy na szczegółową analizę meczu numer 6 w tej rywalizacji.
Rasheed Wallace / fot. wikimedia commons

Nowa oferta powitalna PZBUK – darmowy zakład 50 zł.! >>

O czym będzie ten cykl? 

W związku z zawieszeniem sezonu regularnego w NBA postanowiłem przenieść się do przeszłości i przyjrzeć się wybranym klasycznym meczom, które z jakiegoś powodu uznałem za ważne, z naciskiem przede wszystkim na to, co dzieje się na parkiecie.

Postaram się odkurzyć spotkania mniej oczywiste, trochę zapomniane, ale nadal o najwyższą stawkę, szukając tych, o których z perspektywy czasu można by powiedzieć, że w play-offowej serii było właśnie tym decydującym. 

Na pierwszy ogień idzie właśnie taki mecz: starcie nr 6 między Detroit Pistons (2-3) a New Jersey Nets (3-2), z półfinałów Konferencji Wschodniej w sezonie 2003/04 (do obejrzenia w całości TUTAJ>>).  

Kontekst 

Nets na dwie porażki na wyjeździe odpowiedzieli Pistons trzema wygranymi z rzędu, w tym zwycięstwem po trzech dogrywkach w „The Palace”. Mecz u siebie – z drużyną, którą rok wcześniej pokonali w play-offach 4:0 – był doskonałą okazją, i jak się okazało jedyną, na zamknięcie serii i trzeci z rzędu awans do finałów Konferencji Wschodniej. 

Dlaczego wybrałem właśnie ten mecz?

Byłem ciekaw, jak będzie wyglądał pojedynek z siedmiomeczowej serii, w której trzy razy zdarzyło się, aby przegrana drużyna nie przekroczyła bariery… 70 punktów (56, 64, 69). Także trzy razy co najwyżej 82 „oczka” wystarczyły do zwycięstwa (78, 81, 82) i tylko w jednym spotkaniu Pistons oraz Nets przekroczyli barierę 100 punktów, (aczkolwiek ku temu potrzebna była dogrywka, a dokładniej trzy, i Prime Scalabrine).

.

Kiedyś a teraz 

Wydawać by się mogło, że za niskie zdobycze punktowe odpowiadała głównie znakomita obrona obu drużyn i po części tak rzeczywiście było, ale takie stwierdzenie byłoby krzywdzące dla tego, jak ze względu na wąskie ustawienie poszczególnych zawodników, trudno w ataku grało się Pistons i Nets. 

To właśnie tutaj – obok jakości obrazu – dało się zauważyć największą różnicę między obecną koszykówką a tą sprzed kilku, kilkunastu lat. Szerokie rozstawienie nieuczestniczących w akcji graczy otwiera miejsce do operowania dla zawodnika z piłką, dzięki czemu łatwiej jest przedostawać się bezpośrednio do kosza, gdzie nie czeka na ciebie gromada obrońców. 

Pistons decydowali się na podwojenia Jasona Kidda na bloku i kilka razy ekipie z New Jersey udawało się tę dodatkową pomoc skarcić. Niemniej nawet w sytuacjach, w których pojawiała się naturalna ścieżka w kierunku obręczy, przedostanie się do niej nie było łatwe – zawsze pojawiał się jakiś defensor, który mógł czekać nisko ze względu na to, że podkoszowi ustawiali się bezpośrednio pod koszem. 

Ciasne rozstawienie powodowało, że rozrzucenie piłki po podwojeniu częściej kończyło się w ten sposób: wycofaniem posiadania do punktu wyjścia i szukaniem punktów w pojedynku 1v1 przez zawodnika, którego – idąc wysoko – krył wybitny specjalista od defensywy jak Ben lub Rasheed Wallace. 

Jeżeli wszyscy operują na podobnych płaszczyznach (w tym przypadku bazując w dużej mierze na grze przez post), nie szukając jednocześnie niszy do kontry, to dysponowanie dwoma tak dobrymi defensorami dawało Pistons ogromną przewagę. 

Kontry a zbiórka w ataku 

Na początku spotkania Nets wykorzystywali nadarzające się okazje do zaskakująco łatwych punktów w kontrach: po stratach rywali i atakowaniu przez nich ofensywnej tablicy. Skutkiem tego były sytuacje, w których ponad połowa graczy Tłoków była za linią piłki, jako że wielu graczy tłoczyło się pod obręczą, co tylko napędzało szybkie kontry gospodarzy. 

Dość powiedzieć, że w pierwszej kwarcie Nets po kontrach zdobyli aż 9 punktów. W kolejnych trzech? Ledwie 8. Pytanie co się zmieniło. Najprostszym wytłumaczeniem byłoby to, że Pistons, cóż… zaczęli trafiać swoje rzuty. Zdołali również ograniczyć straty, powroty do obrony były szybsze i na wczesnym etapie do kozłującego doskakiwał najbliższy zawodnik, aby uniemożliwić błyskawiczne podanie do wyżej ustawionego kolegi. 

Jednak tą główną zmianą było zmniejszenie liczby zawodników pozostających na ofensywnej zbiórce, z dwóch (co przy trzecim graczu rzucającym np. z post-up otwierało przeciwnikom przewagę liczebną) do jednego i sporadycznie żadnego, co odbiło się wprawdzie na wywalczonych zbiórkach w ataku (6 w 1. kwarcie vs 9 w trzech ostatnich), ale pozwoliło wyeliminować większość łatwych punktów rywali.

Dzięki temu goście zmusili Nets – drużynę, która lubiła operować szybko (4. miejsce pod względem punktów z kontr) – do wolnej gry na swoich warunkach. 

Na podobny kompromis idzie większość współczesnych zespołów, faworyzując powrót do defensywy kosztem ewentualnej zbiórki w ataku. Dość powiedzieć, że obecnie % najczęściej zbierająca w ofensywie drużyna – New York Knicks – w sezonie 03/04 plasowałaby się w tym aspekcie na miejscu 25. (przy czym wtedy grała o jedna drużyna mniej). 

Flagowa akcja Tłoków

Zaskoczyło mnie, jak wiele posiadań w ataku pozycyjnym obu drużyn opierało się na zagrywkach – w tym do wyprowadzenia klasycznych izolacji – zważywszy przecież, że w siedmiomeczowej serii łatwiej o szczegółowe rozpracowanie danego rywala. 

Moją uwagę zwrócił zwłaszcza jeden schemat, do którego Pistons chętnie sięgali w chwilach, kiedy mieli trudności ze zdobywaniem punktów. Chodzi o akcję „Single/Double”, w której jeden ze strzelców – najczęściej zamaskowany Rip Hamilton, którego Chauncey Billups nazwał ówcześnie najlepszym graczem wychodzącym po zasłonach – obiegał zasłony, dwie po jednej stronie i jedną po drugiej, trzymając w niepewności obrońcę, z której strony tym razem wybiegnie.

W ostatnich latach tę zagrywkę mogliśmy oglądać w repertuarze m.in. Miami Heat dla Wayne’a Ellingtona lub Golden State Warriors dla Klaya Thompsona czy Stephena Curry’ego.

Rzecz w tym, że za pomocą pojedynczego schematu można było dostrzec pewną dojrzałość, jaką wyróżniała się wbrew pozorom ofensywa Tłoków. Takowa wychodziła w tych posiadaniach, w których nie udało się natychmiast znaleźć dogodnej pozycji dla strzelca. 

Pistons byli zwyczajnie przygotowani na takie rozwiązanie, mając wcześniej wyćwiczony plan A, plan B, plac C, itd., dzięki czemu też nie panikowali jeżeli pierwsza opcja nie wypaliła. Trener Larry Brown zasypywał rywali kolejnymi wariantami, w których jeden schemat mógł skończyć się np. wyprowadzeniem któregoś z graczy na blok, wyjściem do dwójkowej akcji…

… czy też niespodziewanym ścięciem jednego z zawodników. 

Piękno tego schematu polegało na tym, że dla przeciwnika był zupełnie nieprzewidywalny, bowiem tak naprawdę nigdy nie wiedziałeś, dla której jednostki akcja została przygotowana. Na powyższym przykładzie ruch Ripa Hamiltona ma jedynie na celu odwrócenie uwagi od głównego zagrożenia, czyli ścięcia po zmianie kierunku Tayshauna Prince’a, który chwilę wcześniej „funkcjonował” jako jedna z zasłon do obiegnięcia. 

Zwycięskie rzuty

Choć zagrywki stanowiły wydatną pomoc dla obu zespołów, to na koniec dnia o wyniku spotkania (81:75 na korzyść Pistons) zadecydowały indywidualne umiejętności przyprawione odrobiną szczęścia. Dwa ostatnie trafione rzuty przez zwycięską drużynę (późniejsze punkty Tłoki zdobywały już tylko po rzutach wolnych) przyszły po niesamowicie trudnych próbach.

Najpierw Hamilton rozegrał pick and rolla na wyczyszczonej stronie z Rasheedem Wallace’em, po którym wysokiego Tłoków przez zmianę krycia pilnował niższy rywal.

Wallace miał wyraźną przewagę wzrostu, dzięki czemu przeciwnik nie zdołał w żaden sposób utrudniać jego rzutu, lecz to wciąż był rzut bardzo trudny, mając na uwadze, jak wysoko wcześniej złapał piłkę Sheed

Następny, przesądzający o wygranej gości, rzut sprawia wrażenie jeszcze trudniejszego. Pistons skorzystali z akcji „Single/Double”, aby po zasłonach wyprowadzić na dogodną pozycję Hamiltona. Jason Kidd wykonał dobrą pracę i podążając za strzelcem w masce, nie dał się zgubić. 

Jednak w tym miejscu talent bierze górę nad schematami (i solidną obroną): niezależnie od tego, jak dobrze będziesz przygotowany, musisz mieć w składzie zawodnika, który będzie w stanie trafiać po prostu trudne rzuty. Innymi słowy musisz mieć kogoś, kto zrobi coś z niczego. Tym kimś dla Tłoków okazał się Rip Hamilton. 

Najskuteczniejszy gracz drużyny z Detroit (24 punkty) zamroził mecz nieprawdopodobnie trudnym rzutem, dodatkowo ze szturchającym Kiddem przed sobą.

Podsumowanie

Pistons pewnie wygrali 7. mecz w tej serii 90:69, by następnie w sześciu spotkaniach odprawić Indiana Pacers. W finałach czekali na nich Los Angeles Lakers, z którymi rozprawili się w pięciu meczach, a jedyna porażka w serii przytrafiła się po dogrywce. Tak więc Nets okazali się jedyną drużyną, która doprowadziła nie tylko do siódmego meczu w mistrzowskim marszu Tłoków, ale też do starcia, w którym porażka oznaczałaby odpadnięcie podopiecznych Larry’ego Browna. 

NJN nie byli daleko od sprawienia niespodzianki: pudło Sheeda lub Hamiltona otworzyłoby furtkę do dogrywki. W niej mogło zdarzyć się wszystko. Zespół z New Jersey grał u siebie i z jednej strony wygrał 2. połowę 39:31, a z drugiej w ostatnich kilku minutach – poza ostatnią – miał ogromne problemy ze zdobywaniem punktów z gry. Straty i trudności z wykreowaniem własnej ofensywy dawały o sobie znać. 

Mimo wszystko Nets mogli ten mecz jeszcze wygrać. Ku temu potrzebowali pudła Sheeda czy Hamiltona. Jeden rzut mogli przyjąć. Ale dwa? Dwa to było już za dużo. 

Łukasz Woźny, @l_wozny, Blog Autora na Facebooku znajdziesz TUTAJ >>

.

POLECANE

tagi

Czterdziestka na karku, ale miłość do koszykówki wygrywa. Filip Dylewicz zagra jeszcze jeden sezon w koszykarskiej ekstraklasie. Podpisał kontrakt z Asseco Arką Gdynia i liczy na pobicie rekordu występów na parkietach PLK.
3 / 07 / 2020 15:39

NBA

Mnóstwo zmian, znani gracze i debiutanci, kluby ze zmienionym obliczem. Aktualizowane codziennie informacje o oficjalnych kontraktach w koszykarskiej ekstraklasie – niezbędnik kibica PLK w tym nietypowym sezonie ogórkowym.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami
Trwa tworzeniu planu na stworzenie ligi 3×3 już w czerwcu – w porannym programie w Polsat Sport zdradził prezes PZKosz, Radosław Piesiewicz. Przy braku sportu na żywo taka inicjatywa wydaje się być racjonalna i może przynieść wiele korzyści.
1 / 05 / 2020 11:53
Coraz więcej sygnałów mówi o tym, że igrzyska olimpijskie Tokio 2020 zostaną przełożone w związku z panującą epidemią koronawirusa. Nie będzie więc raczej turnieju reprezentacji Polski 5×5 w Kownie oraz eliminacji zespołu 3×3. Realny staje się scenariusz, że najbliższe mecze koszykówki zobaczymy dopiero jesienią.
23 / 03 / 2020 12:34