Knicks, Nuggets, Blazers – cuda i Game 7 po 0-3 się zdarzają

Share on facebook
Share on twitter

Doprowadzenie do siódmego starcia wciąż brzmi jak „mission impossible”, ale po tym, jak wreszcie udało im się przełamać rywala, Cavs z pewnością spróbują. Dotychczas podobna sztuka udała się tylko trzem drużynom.

Dikembe Mutombo (fot. Wikipedia)

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

Rok temu, gdy w drugiej z rzędu finałowej potyczce Golden State Warriors i Cleveland Cavaliers ci drudzy przegrywali 1-3, zdecydowana większość na LeBronie i spółce stawiała już krzyżyk. Co było potem, doskonale pamiętamy – heroiczny powrót, mistrzowski tytuł i historia pisana na naszych oczach.

Jest czerwiec 2017 i można powiedzieć, że mamy małą powtórkę z rozrywki. Tym razem zespół z Oakland prowadził już 3-0 i to po meczu, w którym genialne występy zaliczyli i LeBron James, i Kyrie Irving. Spotkanie nr 4 miał już być jedynie meczem o honor, ostatnią szansą, aby nie dopuścić do historycznego 16-0 w wykonaniu Warriors.

Plan minimum został wykonany, lecz styl, w jakim gospodarze rozstrzelali podopiecznych Steve’a Kerra, mógł rozbudzić nadzieje na to, że jeszcze będą w tym finale jakieś emocje. Sytuacja wciąż jest arcytrudna, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę talentu w przeciwnym obozie, ale jak się okazuje, nie jest ona beznadziejna. Historia zna przecież przypadki, w których po przegraniu trzech pierwszych meczów serii drużyny potrafiły się jeszcze podnieść i doprowadzić do decydującego starcia.

A ono byłoby już zupełnie odrębną historią.

Pierwszy mecz numer 7

Pierwszy z nich miał miejsce właśnie w finałach. Co prawda, trudno porównywać dzisiejsze realia z tymi panującymi w 1951 roku, ale piłka wciąż jest okrągła, a kosze są dwa. W decydującej o mistrzostwie serii naprzeciw siebie stanęli wówczas Rochester Royals (dzisiejsi Sacramento Kings) i New York Knicks. Puchar ostatecznie wznieśli ci pierwsi, ale zanim do tego doszło, rywale napędzili im porządnego stracha.

Pierwsze trzy spotkania Royals wygrali bardzo pewnie – średnio różnicą ponad 16 oczek. Wszystko szło zgodnie z planem aż do momentu, gdy nowojorczycy odgryźli się w czwartej potyczce i ewidentnie uwierzyli w siebie. Potem wygrali także mecze numer 5 i 6, przez co po raz pierwszy w historii w finałach doszło do siódmej, decydującej konfrontacji. Mistrzostwa ostatecznie nie zdobyli, ale byli bardzo blisko (75:79).

Sonics byli w szoku, Jazz prawie

Na kolejny taki powrót trzeba było czekać do rozgrywek 1993/94, czyli aż 53 lata. To wtedy dowodzeni przez Dikembe Mutombo Denver Nuggets jako pierwsza ekipa w historii, awansując do play-off z ósmego miejsca w konferencji, zdołali wyeliminować z rywalizacji rozstawionych z jedynką Seattle SuperSonics. I to mimo porażek w dwóch pierwszych spotkaniach (w pierwszej rundzie grało się wówczas do trzech zwycięstw).

Po tym, jak z Sonics wrócili od stanu 0-2 i ostatecznie wygrali całą serię, omal nie powtórzyli tego wyczynu w kolejnej rundzie, w której – już do czterech wygranych – mierzyli się z Utah Jazz. Choć przegrywali już 0-3, znów jakimś cudem udało im się podnieść z kolan i zmusić Karla Malone’a, Johna Stocktona oraz ich kolegów do rozegrania siódmego, decydującego spotkania. Tym razem jednak obyło się bez happy endu.

Jail Blazers też zaczęli od blowoutu

Ostatni na tej krótkiej liście figurują słynni „Jail Blazers”, którzy w 2003 roku o palpitację serca przyprawiali Marka Cubana i jego Dallas Mavericks. Mimo fatalnego startu i trzech kolejnych porażek, charakterni chłopcy Maurice’a Cheeksa nie załamali rąk i rozpoczynając od efektownego pogromu w czwartej potyczce (98:79), doprowadzili do wyrównania. W siódmym meczu mieli sześciu graczy z dwucyfrową zdobyczą punktową, a także zanotowali aż 26 asyst, ale na Dirka Nowitzkiego i Steve’a Nasha i tak było to mało.

Da się? Da się! Złośliwi pewnie powiedzą, że Cavs mogą sobie jedynie pomarzyć. Że już rok temu mieli sporo szczęścia, bo Draymond Green nie zagrał w piątym meczu, a Stephen Curry miał problemy zdrowotne. Teraz wszyscy są do dyspozycji, względnie zdrowi, na ławkę wrócił Steve Kerr, no i jest Kevin Durant.

Z drugiej strony naprzeciw nich wciąż stoi LeBron James, najlepszy obecnie koszykarz globu, coraz gorętszy Kyrie Irving, a i reszta pomagierów wreszcie zaczęła sypać tróje. Może i „Kawalerzystom” nie uda się obronić tytułu. Może to już rzeczywiście ponad ich siły, ale chyba żaden fan NBA nie miałby nic przeciwko temu, aby udało im się chociaż maksymalnie wydłużyć ten finał.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >

MO

POLECANE

Po ostatniej fali zwolnień, odejść i zawieszeń w składzie BM Slam Stali zostało 5 graczy na poziomie ekstraklasy. Już jutro, w sobotę, ostrowianie zagrają w Dąbrowie Górniczej. Debiut Łukasza Majewskiego w roli trenera zapowiada się więc dość egzotycznie.