„Kosynierzy” ścięli „Kaktusy”, czyli finał wojska i milicji

Share on facebook
Share on twitter

Dariusz Zelig i Jerzy Binkowski, gwiazdy reprezentacji Polski, doprowadzili Śląsk i Gwardię do pierwszego derbowego finału w historii. Ale walka o złoto w 1987 roku była też pojedynkiem wojska z milicją.

Jerzy Binkowski i Dariusz Zelig / fot. Grzegorz Skrzypczak – Dziennik Dolnośląski

PLK, Euroliga, NBA – typuj wyniki i zgarniaj kasę >> 

Trudno powiedzieć, kiedy Wrocław został uznany stolicą polskiej koszykówki. Może w 1963 roku, gdy gościł mistrzostwa Europy, a Polacy zdobyli srebrne medale? A może na przełomie lat 70. i 80., gdy Śląsk – jako dopiero drugi zespół w historii po Wybrzeżu Gdańsk – wywalczył trzy tytuły mistrzowskie z rzędu?

Młodsi kibice odpowiedzą zapewne, że na przełomie wieków, gdy wielki Śląsk zdobył mistrzostwo przegrywając zaledwie jeden mecz w całym sezonie. Hasło „Cała Polska w cieniu Śląska” nigdy nie było tak prawdziwe, jak wtedy.

Ale może to w 1987 roku, dokładnie 30 lat temu, Wrocław stał się dla koszykówki miejscem wyjątkowym? To właśnie wtedy po raz pierwszy w historii play-off rozegrano derbowy finał Śląsk – Gwardia.

Przez okno do kariery

„Kosynierzy” w połowie lat 80. byli już uznaną marką. Sześciokrotnymi mistrzami Polski, choć akurat w niewielkim kryzysie – po trzech złotych medalach wywalczonych w latach 1979-81 nadeszły sezony chudsze, przez pięć lat Śląsk zdobył tylko trzy brązowe krążki, a w lidze dominowały Lech Poznań i Zagłębie Sosnowiec.

Gwardia – nazywana „Kaktusami”, bo podobno potrafiła każdego ukłuć – dopiero zaczynała większe popisy w lidze. Po awansie w 1980 roku wrocławskiej drużynie udało się zdobyć brąz w trzy lata później, ale przede wszystkim – ściągnąć klasowych graczy z Jerzym Binkowskim na czele.

Zresztą akurat o „Bimbaja” Gwardia walczyła właśnie ze Śląskiem. Obie wrocławskie drużyny czerpały graczy z dwóch grup – własnych wychowanków, ale też poborowych. Gwardia była klubem milicyjnym, a Śląsk, wiadomo, wojskowym. Powiedzmy, że ich możliwości transferowe były spore.

I w 1979 roku, gdy Binkowski, wychowanek Turowa Zgorzelec, zdawał maturę, pod drzwiami czekali przedstawiciele komisji poborowej. Natomiast gwardziści stali pod oknem – młody koszykarz do wielkiej kariery zdecydował się wyskoczyć przez okno i to właśnie w Gwardii spędził następne 13 sezonów wielkiej kariery.

Pobili faworytów

Dariusz Zelig

Do sezonu 1986/87 Śląsk startował jako trzeci, a Gwardia jako piąty zespół poprzednich rozgrywek. W rundzie zasadniczej wrocławskim drużynom nie szło jednak zbyt dobrze – „Kosynierzy” skończyli ją z bilansem 14-8 na czwartej pozycji za Górnikiem, Lechem i Wisłą, a „Kaktusy” (12-10) zajęły szóste miejsce. Od Śląska oddzielało je Zagłębie.

I to właśnie z broniącym tytułu zespołem z Sosnowca zmierzył się Śląsk w ćwierćfinale. Rozgrywano go do dwóch zwycięstw, ale pierwszy mecz odbywał się na parkiecie niżej rozstawionego zespołu. I wrocławianie, których prowadził wówczas Arkadiusz Koniecki z ławki i znakomity Dariusz Zelig na boisku, wygrali pierwszy mecz w Sosnowcu 90:82, a we Wrocławiu pokonali Zagłębie 88:84.

Gdy Śląsk toczył zacięte boje z ekipą Tomasza Służałka, Gwardia, której trenerem był już wtedy Krzysztof Walonis, nieoczekiwanie zwyciężyła u siebie Wisłę 90:82, a potem odniosła sukces w Krakowie wygrywając 86:83.

W półfinałach wrocławskie ekipy miały już za rywali najlepszych w sezonie Górnika (Śląsk) i Lecha (Gwardia). Znów grano do dwóch wygranych i zaczynano na boiskach niżej rozstawionych drużyn – scenariusze były podobne: po zwycięstwach we Wrocławiu Śląsk i Gwardia przegrywały w Wałbrzychu i Poznaniu. I właśnie tam miały odbywać się decydujące mecze.

Sensacyjnie i po sporych emocjach – górą byli goście! Śląsk wygrał w Wałbrzychu 79:75, a Gwardia zwyciężyła w Poznaniu 105:100. Finał miał być zatem wewnętrzną sprawą Wrocławia. Wcześniej zdarzało się, że mistrzem i wicemistrzem były w tym samym sezonie drużyny z Warszawy (Legia i Polonia w takiej kolejności w latach 1957 i 1960), ale to były czasy przed play-off, który po raz pierwszy rozegrano w 1984 roku.

„Pały” bez mundurów

Rywalizacja Śląska z Gwardią była oczywiście czymś więcej niż derbami Wrocławia, to było także starcie resortowe – wojsko grało z milicją. Zdecydowanie bardziej negatywnie odbierana w czasach komuny była ta druga, przez co koszykarzom Gwardii obrywało się od kibiców – nazywano ich „Pałami”, a o Binkowskim tylko fani „Kaktusów” skandowali, że jest „najlepszym koszykarzem Polski”. Większość miała inne określenie – „największy zomowiec Polski”.

Co oczywiście nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. – Grając w Gwardii, wojsko odrobiłem. A czasy były jakie były. Przecież funkcjonowały wówczas tylko kluby wojskowe, milicyjne, górnicze i społemowskie – wspominał w rozmowie z „Gazetą Wrocławską” Binkowski.

Z kolei Adam Wójcik, wychowanek Gwardii, wspominał w książce „Rzut bardzo osobisty”, że munduru zakładać raczej nie musiał. – Mieliśmy jeden, dyżurny, na całą drużynę. Trzeba go było założyć, żeby zrobić zdjęcie do legitymacji. Chyba ani razu nie byłem też w jednostce, w której służyłem, bo żołd przynosili nam do kasy klubu.

Rzeczywistość PRL to jedno, ale odbiór fanów – drugie. Gwardii po prostu nie lubiano. Zdecydowanie większą popularnością cieszył się Śląsk, pierwszy, najważniejszy, a nawet jedyny klub dla wielu mieszkańców Wrocławia. Różnica w liczbie kibiców była szczególnie widoczna na niektórych meczach „Kaktusów” w Hali Ludowej, gdzie grali na co dzień – trybuny ziały pustkami.

Śląsk brutalny, Śląsk zwycięski

W „Kosynierce”, kultowej hali Śląska przy ul. Mieszczańskiej pustych miejsc być nie mogło, bo w ogóle było ich niewiele. I to właśnie tam odbył się pierwszy mecz finału 1987 roku – gospodarze rozbili Gwardię aż 106:73, jakby byli podrażnieni faktem, że w rundzie zasadniczej to rywale dwukrotnie byli górą: 86:65 w Hali Ludowej oraz 83:81 w „Kosynierce”.

Finał rozgrywano już do trzech zwycięstw i na początku drugiej połowy meczu nr 2 wydawało się, że to będzie długa rywalizacja – Gwardia w wypełnionej Hali Ludowej wygrywała już 62:41. Ale stanęła, kompletnie. Śląsk odrobił straty, wygrał minimalnie, 92:91, i objął w finale prowadzenie 2-0.

Co się stało z Gwardią? Pamięć się zatarła, jej ówcześni koszykarze nie pamiętają wiele z tego meczu. – To był chyba ten mecz, w którym Dariusz Rekun do przerwy grał koncert, ale potem trener Walonis, nie wiedząc czemu, długo trzymał go na ławce – wspomina Jerzy Binkowski.

Zagraliśmy po prostu twardo, na granicy faulu, a może nawet poza nią. Nie mieliśmy nic do stracenia, sędziowie nie reagowali, a nam dopisało szczęście – mówi z kolei Dariusz Zelig, symbol tamtego Śląska, jego lider i najlepszy strzelec sezonu 1986/87. On rzucał średnio po 26,4 punktu, a drugi w klasyfikacji Binkowski – po 24,6.

Ciąg dalszy nastąpił

W trzecim meczu, znów w „Kosynierce”, Śląsk już kontrolował przebieg gry i miał Zeliga w znakomitej dyspozycji – „Profesor” zdobył aż 39 punktów, jego zespół wygrał 88:82 i zdobył kolejny, siódmy już tytuł.

Silnymi punktami drużyny Konieckiego byli też Stanisław Kiełbik, Ryszard Prostak czy Jerzy Kołodziejczak, w zespole byli także m.in. Andrzej Wierzgacz i Jarosław Krysiewicz. Z kolei w Gwardii obok Binkowskiego wyróżniali się Mirosław Boryca, 23-letni wówczas Jarosław Zyskowski, Marek Olesiewicz, czy 18-letni Robert Kościuk.

W następnych sezonach najlepsi gracze Gwardii, która zresztą zmieniła nazwę na Aspro, przechodzili do Śląska – tak było z Zyskowskim, Kościukiem, a potem Adamem Wójcikiem i Dominikiem Tomczykiem. Ale rywalizacja „Kosynierów” z „Kaktusami” dopiero się zaczynała. Szalenie emocjonujące półfinały z lat 1990-91, a także kolejny, pamiętny finał z 1992 roku, zasługują jednak na osobną opowieść.

I dlatego ciąg dalszy nastąpi.

Łukasz Cegliński

PLK, Euroliga, NBA – typuj wyniki i zgarniaj kasę >> 

POLECANE