Krajobraz po igrzyskach w Rio – USA i długo, długo nic

Share on facebook
Share on twitter
Carmelo Anthony (Fot. FIBA.com)
Carmelo Anthony (Fot. FIBA.com)

Koszykarski turniej na igrzyskach tylko nas upewnił – Amerykanie wyprzedzają konkurencję o lata świetlne. Przyjechali do Brazylii bez największych gwiazd, a złoto zdobyli z łatwością.

Perfekcyjny bilans 7-0, pogrom Serbii w finale, pełna kontrola w półfinałowym spotkaniu z Hiszpanią, łatwa wygrana z Argentyną – w fazie pucharowej Amerykanie nie pozostawili złudzeń. Choć momentami mogło się wydawać, że czołowe zespoły reszty świata mają szansę – w grze USA szukaliśmy głównie problemów i niedociągnięć, w występach innych koncentrowaliśmy się na atutach i pięknych akcjach, więc mógł powstać złudny obraz, na którym Serbia, Hiszpania, Australia czy Francja faworytowi zagrażają.

Ale to nieprawda.

Prawda jest taka, że Amerykanie nie musieli się w tych meczach z Australią, Francją czy Serbią specjalnie denerwować – owszem, były momenty w których rywale grali lepiej, mieli punktowe zrywy, udawało im się przez kilka minut ograniczyć Amerykanów w obronie. Ale to były tylko momenty, w końcówkach, nawet jeśli mecze kończyły się różnicą trzech punktów, to drużyna z USA tak naprawdę nie była w nich zagrożona. Serbia miała rzut na dogrywkę, ale to wciąż byłaby tylko dogrywka.

Fakty są takie, że Amerykanie trenera Mike’a Krzyzewskiego wygrali 76 meczów o punkty z rzędu. To jest dominacja przez duże „D”.

Jeśli w latach 2002-2006 reszta świata wyraźnie zbliżyła się do USA i kolejne drużyny – Argentyna (dwukrotnie), Jugosławia, Hiszpania, Portoryko, Litwa i Grecja, potrafiły Amerykanów pokonać, to teraz widzimy trend odwrotny. W NBA gra co prawda coraz więcej najlepszych koszykarzy z innych kontynentów, ale w USA zrozumiano, że turnieje o mistrzostwo świata i na igrzyskach same już się nie wygrają.

Lepszy dobór graczy (choć nie idealny), większa gotowość gwiazd do poświęcenia wakacji (choć rzadko wszystkich), świadome przygotowanie się na rywali (choć nie zawsze dokładne rozpracowanie) – to wystarcza. Nawet, jeśli czasem – jak w tym roku – kolejne wycofania się ważnych graczy sprawiły, że skład USA nie tyle wyselekcjonowano, co zebrano na zasadzie: „Kto się nie wypisze, ten pojedzie”.

I nie widać żadnych przesłanek ku temu, że to się zmieni. Kadrę USA obejmuje Gregg Popovich, który po sennym Mike’u Krzyzewskim raczej ją rozrusza i ulepszy, LeBron James już zapowiedział, że chciałby zagrać na igrzyskach w Tokio, Stephen Curry też pewnie zapragnie złota, dojrzewają kolejne gwiazdy i talenty. Możliwości Amerykanów są nieprzebrane, a ich rywali – jednak ograniczone.

Serbia? W Rio z ważnych graczy zabrakło Nemanji Bjelicy i Bobana Marjanovicia, ale większym problemem jest szukanie następcy Milosa Teodosicia. W Hiszpanii są talenty jak Willy Hernangomez czy Alex Abrines, wciąż jest oczywiście Pau Gasol, ale ten zespół w swoim szczycie z USA jednak regularnie przegrywał. Francja wciąż będzie silna, ale to poziom najwyżej hiszpański, a nie amerykański.

Litwa, Chorwacja, Grecja czy Włochy w pojedynczych meczach groźne mogą być dla każdego, ale ich medal igrzysk lub MŚ byłby sensacją. Argentynę czeka wielka przebudowa. Największa nadzieja chyba w Australii, bo do relatywnie młodej, a już doświadczonej i bardzo dobrej drużyny, dołączą niebawem Ben Simmons i Dante Exum.

Ale na USA to i tak będzie za mało.

POLECANE

Rozgrywki najlepszej ligi świata znów zapowiadają się rewelacyjnie – wielu faworytów do tytułu, stare i nowe gwiazdy, dziesiątki intrygujących historii. Już pierwszej nocy 74. sezonu NBA zobaczymy derby LA – Lakers zagrają z Clippers.
Znów w roli strażaka przyjdzie Markowi Łukomskiemu poprowadzić zespół w PLK. Według nieoficjalnych doniesień, były szkoleniowiec m.in. Kinga Szczecin i Czarnych Słupsk zastąpi w Starogardzie Gdańskim Marcina Lichtańskiego.