Krzysztof Król – „Prezes” inny niż wszyscy

Share on facebook
Share on twitter

Ubrany w skromny dres siedzi na ławce rezerwowych zespołu, na który co sezon przeznacza miliony. Właściciel Kinga Szczecin swojego pierwszego wywiadu udzielił PolskiKosz.pl.

(fot. Jakub Bessarab)
(fot. Jakub Bessarab)

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >> 

Krzysztof Król to prezes jedyny w swoim rodzaju. W lidze bywają nimi urzędnicy, biznesmeni, politycy, zapaleńcy. Są tacy, którzy angażują się w budowę składu, politykują w ramach ligowej spółki, chętnie udzielają się w mediach.

Król jest inny. Właściwie to nie prezes, tylko właściciel i główny prokurent spółki. Prezesem przestał być dwa lata temu i nominował na to stanowisko żonę, aby samemu móc siadać na ławce rezerwowych podczas meczów. Wcześniej PLK na to nie pozwalała.

Dla niego klub jest trochę jak zabawka, bo on się nim świetnie bawi. Forsy ma jak lodu, na sprzedaży papierosów – detalicznej w latach 90., hurtowej obecnie – zbił fortunę. Teraz, jak mówi, jest na emeryturze, czasem wpada do firmy zerknąć, jak się kręci. O jego jachcie i samochodach krążą barwne historie. Np. taka, że nie zmienia opon na zimowe. Po prostu zmienia samochody: ten jest na lato, tamten na zimę.

Dotąd nikomu nie udało się namówić go na wywiad. Z nami Król zgodził się porozmawiać. Spotkaliśmy się przed meczem Kinga z Polskim Cukrem, prezes wyszedł z korytarza, którym koszykarze wychodzą z szatni na halę. W granatowych spodniach od dresu i koszulce z napisem „King Hurtownie”. Wyglądał jak trener od przygotowania fizycznego.

Usiedliśmy przy stolikach dla mediów, prezes – piszę w ten sposób, bo właśnie tak mówią do niego wszyscy w klubie – wziął meczowy program i każdą ważniejszą jego zdaniem wypowiedź podkreślał uderzeniem kantem w stolik. Sporo było tych uderzeń, co oznacza, że powiedział same ważne rzeczy.

Rozmowa jest autoryzowana. Ale Król zmienił tylko drobiazgi.

Łukasz Cegliński: Sezon zaczęliście fajnie, macie wyrazistą drużynę, gracie efektownie. Taki jest wasz szczeciński pomysł na koszykówkę?

Krzysztof Król: – Przepraszam bardzo, ale to chyba nie do mnie pytanie, tylko do trenera. Drużyna to od początku jego pomysł i praca. On lubi taką szybką grę, ja tu nie mam żadnej zasługi.

To jaka jest pańska codzienna rola w klubie – są prezesi, którzy wyszukują graczy, uczestniczą w budowie drużyny.

– U mnie trener ma wolną rękę od początku do końca. Ma ściśle określony budżet na zawodników i budowa zespołu zależy tylko od jego pomysłu. Ja ograniczam się do podpisu kontraktu, nie wnikając w to jaki to zawodnik i jaką będzie pełnił rolę w zespole.

To była łatwa decyzja dla pana, by postawić na młodego trenera i w dodatku debiutanta w roli pierwszego?

– Nie wahałem się. Ja się uczę, tak jak trener, też byłem debiutantem. Było widać po naszym pierwszym roku, co tu się działo – jak zmieniali się zawodnicy. Wydawało mi się, że jak przyjdzie trener zagraniczny, to nie wiadomo co zrobi. A było jak było. Od momentu, gdy trenerem jest Marek Łukomski, drużyna idzie do przodu. A on zdobywa doświadczenie. Sam sobie dziękuję, że postawiłem na niego.

Cieszę się, że mogę się przysłużyć rozwojowi młodych polskich trenerów. Jak widać radzą sobie bardzo dobrze i nie odstają warsztatem od tych zagranicznych. Zarówno Marek, jak i Łukasz Biela robią bardzo dobrą robotę, będąc jednym z najmłodszych duetów trenerskich w Polsce. Ponadto obaj są rodowitymi szczecinianami, co cieszy podwójnie.

Jak w Szczecinie nadal będzie koszykówka na tym poziomie, a bardzo bym chciał, choć to wszystko nie zależy tylko ode mnie, to chciałbym, żeby zespół prowadził ten duet trenerski.

Jak to nie zależy tylko od pana? Przecież to w 100 proc. pański klub.

– Zgadza się, ale poza mną i miastem nie ma tu żadnego sponsora – ani spółki skarbu państwa, ani jakiegoś szczecińskiego podmiotu. Nikogo. Jestem sam z miastem i nie wiem, jak długo wytrwam.

Kibice też się nam tym zastanawiają.

– Na razie to mi się podoba, na razie się bawię. A jak długo? Wszystko zależy od otoczenia, nie może być tak, że jestem sam. Nazwa drużyny jest w tym sezonie skrócona, bo to sygnał, że szukamy sponsora i trzymamy dla niego miejsce w nazwie klubu. Jest pole manewru, można się tu rozwijać – mamy piękną halę, kibiców, gramy w dużym mieście, gdzie chętnie przyjeżdżają gracze z zagranicy.

To prawda, że przed tym sezonem miasto zmniejszyło dotację na klub?

– Nie, nie, to ja zmniejszyłem swoją. Miasto wywiązuje się z dżentelmeńskiej umowy, którą zawarliśmy dwa lata temu. Umówiliśmy się na trzy lata – obie strony ją wypełniają. Tylko ja dałem mniej pieniędzy na zespół.

Dlaczego?

– Sam mam ograniczone możliwości, i bez wsparcia z zewnątrz nie jestem w stanie tak znacząco inwestować i utrzymywać tak wysoki budżet co roku.

A jaki jest pana cel, co chciałby pan zbudować – medalistę, a może mistrza Polski?

– Nie zastanawiam się. W pierwszym sezonie miałem klapki na oczach, na nic się nie patrzyłem, liczył się tylko wynik, wynik, wynik. Ale wyniku nie było, w porównaniu do włożonych pieniędzy było bardzo źle. Teraz budżet mamy najmniejszy z tych trzech lat w PLK, a jak na razie gramy najlepiej. Wierzę, że osiągniemy też najlepszy wynik i będzie to dowodem, że nie tylko pieniądze grają – że liczy się też atmosfera w zespole, praca, stosunki międzyludzkie.

Czego pana nauczyły te dwa pierwsze sezony?

– Przede wszystkim, że zespół trzeba budować, a nie kupować. W pierwszym sezonie zapłaciliśmy kilkaset tysięcy złotych za licencje zawodników. Mieliśmy biuro podróży, a nie zespół, niestety.

Może pan niedostatecznie kontrolował to, co dzieje się w klubie?

– Kontrolowałem wszystko, niestety przez brak doświadczenia popełniliśmy wiele błędów. Cały czas słyszałem, że jak weźmiemy tego lepszego zawodnika, to będziemy mieli lepszy zespół, który będzie wygrywał. A tak nie było.

Ile pan zainwestował w koszykówkę w Szczecinie?

– Nie, nie powiem tego. Ale mogę powiedzieć, że zdecydowanie dużo więcej niż miasto. Jeszcze w zeszłym sezonie był Port Szczecin czy Urząd Marszałkowski, ale w skali całego budżetu to były śmieszne pieniądze, a wymaganie duże, więc zrezygnowałem z takich dotacji.

Opłaca się inwestować w koszykówkę?

– Nie, nikt na tym w lidze nie zarobił. Na koszykówce się nie zarobi.

Zrezygnował pan z funkcji prezesa klubu nominując żonę, by móc siedzieć na ławce rezerwowych. Ligowe przepisy na to nie pozwalały.

– Prezesem ciągle nie jestem, choć jako główny prokurent dowodzę wszystkim, ale widzę, że ktoś poszedł po rozum do głowy i prezesi już mogą siedzieć na ławkach. Przepis został zmieniony.

A dlaczego właściwie siada pan na ławce?

– No dobrze, to mam mieć drużynę i oglądać jej mecze w telewizji albo z trybun? Ja się z moim zespołem identyfikuję, ja z nim żyję. Uczestniczę w życiu drużyny, uczestniczę w treningach, często rozmawiam z zawodnikami i znam ich rodziny. Staram się pomagać w codziennych sprawach.

Sam grał pan w koszykówkę?

– Nie, ale całe życie interesowałem się sportem. Jako szczeniak grałem w piłkę nożną na bramce, a potem, jak urosłem, to były i siatkówka, i piłka ręczna. Ale koszykówka nigdy.

Córka za to grała?

– Tak, dla niej stworzyłem zespół kobiet w I lidze. Bardzo mnie namawiała. Ja w ogóle nie byłem zainteresowany, ale przekonał mnie ostatecznie Krzysio Koziorowicz – po iluś spotkaniach powiedziałem, że trochę pomogę. Ale jak już w to wszedłem, to wsiąkłem. Chciałem osiągnąć jak najlepszy wynik.

Był taki moment, że mieliśmy dwa zespoły – żeński i męski. Dziewczyny pod wodzą Krzysia awansowały do ekstraklasy i w pierwszym sezonie zajęły dobre szóste miejsce. Najlepsze dla Szczecina w historii kobiecej koszykówki. Ale dostałem jasny sygnał, że żadnego wsparcia z zewnątrz nie będzie, a ja nie chciałem finansować klubu w 100 proc. I po pierwszym sezonie zrezygnowałem.

No i wziął się pan za drużynę męską – zespół awansował do ekstraklasy, awansował do play-off, pan finansuje klub…

– Tak, ale w przeciwieństwie do koszykówki kobiecej, mam wsparcie z miasta.

Kibice się boją, że ta drużyna może zniknąć tak samo, jak żeńska.

– Z koszykarkami było trochę inaczej. To był niespodziewany sukces, miasto nie było na niego przygotowane. Z Kingiem jest tak, że miasto się zaangażowało – oczywiście na tyle, na ile może i jest to działanie długofalowe.

Co rusz mówi się jednak, że Krzysztof Król zostawi koszykarzy i zacznie wspierać piłkarską Pogoń Szczecin.

– Nie, nie. Może prezesa Króla ktoś zobaczył na spotkaniu z ludźmi z Pogoni i coś sobie uknuł, dopowiedział. My się spotykamy, ale towarzysko. Rozmawiamy o sporcie, nic więcej.

Nic a nic?

– W tej chwili na pewno nie. Ale… Nie mówię, że w dalszej perspektywie nic się nie zmieni. Może się zdarzyć, że jeśli zobaczę, że w koszykówce nie mogę nic więcej zdziałać, a nie otrzymam też żadnej pomocy, to może wesprę piłkę.

Dużo się mówi o tym, że zna się pan z piłkarzami, ludźmi z tego środowiska.

– Tak, znam się, ale to są prywatne, towarzyskie kontakty.

Teoretycznie, gdyby pan został sponsorem Pogoni, byłby pan jednym z wielu. Tutaj, u koszykarzy, jest pan jedynym szefem.

– Jak najbardziej.

Szukacie sponsorów dla koszykarzy?

– Oczywiście. Nie ma żadnego odzewu. Sportem rządzi polityka i jeszcze raz polityka. W Koszalinie Grupa Azoty działała przez kilka lat, ale przyszła zmiana władzy i spółka się wycofała. Ale pytanie jest jeszcze inne – dlaczego dawała na Koszalin, a nie Szczecin? Przecież Police trują nas, a nie Koszalin. Teraz skoro nie wspierają koszykówki w Koszalinie, to dlaczego nie mogliby dotować tej szczecińskiej?

Rozmawiał pan z ludźmi z tej spółki, były jakieś argumenty?

– Nie, ja nie rozmawiam, od tego jest miasto.

Brak sponsorów widać po waszym parkiecie i trybunach. Są tylko ci ligowi, no i mnóstwo banerów Kinga. Nic więcej.

– W naszym pierwszym sezonie, jak był u nas Rafał Rajewicz, naprawdę dużo jeździł po całym województwie, po najróżniejszych firmach. Były tylko deklaracje, nic więcej.

Jak pan ocenia zainteresowanie kibiców drużyną?

– Nie jestem zadowolony. W pierwszym sezonie średnia frekwencja była dwa razy większa niż obecna, może dlatego, że działał efekt nowej hali. Ale w Szczecinie jest bardzo dużo zespołów ekstraklasowych, mamy bardzo dużą konkurencję. Niesamowitą – piłkarzy, siatkarzy, siatkarki, piłkę ręczną, futsal. Na dodatek miasto wspiera wszystkie te zespoły.

Jaki pan cel stawia przed drużyną w tym sezonie?

– Nie, ja nigdy żadnych celów nie stawiałem…

No nie, zawodnicy muszą wiedzieć, o co grają.

– O co grają? O pieniądze grają! Mają premie za awans do play-off, za awans do półfinału. Każdy koszykarz jest zawodowcem, to jest jego chleb, on z tego żyje.

To inaczej – patrząc na pańską drużynę i rywali na początku sezonu, to jak panu się wydaje, gdzie jesteście w ligowej hierarchii?

– Ja bym chciał, żebyśmy byli jak najwyżej. Parkiet zweryfikuje.

Z transferami trafiliście – szczególnie Taylora Browna. Miał rok przerwy, udało wam się.

– Pewnie, że się udało. Trenerom Łukomskiemu i Bieli. Oni wyszukali Taylora i przekonali go do gry w Szczecinie.

Córka jeszcze przychodzi na mecze?

– Już nie. Zaraziła mnie, ja zostałem. Ale powtarzam – wiecznie mnie tu nie będzie. Można być rok, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, ale kiedyś człowiek powie dość.

Gdzie chciałby pan zobaczyć drużynę Kinga Szczecin za trzy lata?

– Oby grała na tym poziomie, co gra teraz, oby walczyła o czub tabeli. Jakaś Liga Mistrzów, puchary, to dodatkowe koszty. Jak ktoś do tego dołoży – miasto lub jakiś sponsor, to jak najbardziej.

Ale niestety, musimy kończyć. Zaczyna się odprawa, wołają mnie, idę do szatni.

Powie pan coś drużynie?

– Nie, jeszcze nigdy nie było tak, bym zabrał głos i coś do chłopaków powiedział. Motywuję ich tylko jak siedzę na ławce. Na odprawie tylko słucham i przybijam piątki.

Łukasz Cegliński

Znasz się na koszu? – wygrywaj w zakładach! >>