Krzywy domek z kart – skąd ta katastrofa Trefla?

Share on facebook
Share on twitter

Co stało się w tym sezonie w Sopocie, że Trefl stał się symbolem bezradności i gry zdecydowanie poniżej możliwości? W klubie potrzebne są teraz ważne decyzje, a tymczasem nawet nie wiadomo, kto ma je podjąć.

Paweł Leończyk, fot. T. Fijałkowski, fiolek.art.pl

DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >>

Puzzle układa się przez kilka dni, tygodni – niszczy w kilka sekund. W sezonie 2018/19 Trefl Sopot zamiast efektownych puzzli przypominał jednak zbiór elementów z różnych układanek albo – trzymając się terminologii zabawkarskiej – chybotliwy domek z kart, który tylko cudem nie runął.

Przed kolejnym sezonem musi bardziej przyłożyć się do budowy składu – ostatnio popełnili co najmniej kilka błędów, które mało co nie doprowadziły katastrofy. Chociaż patrząc na ich męczarnie podczas meczów, można pomyśleć, że częściowo ją jednak spowodowały.

Ostatecznie Trefl, który pędził ku spadkowi przez drugą połowę rundy zasadniczej, uratował się przed nim w ostatniej kolejce, gdy okazało się, że Miasto Szkła Krosno nie wykorzystało danej im szansy i przegrało w Gliwicach. Sopocianie mogli odetchnąć z ulgą – drużyna utrzymała się w EBL, a klub nie został narażony na wymazanie z koszykarskiej mapy Polski (co ponoć nie było wcale niemożliwe), mimo że od dobrych kilku tygodni byli z tym pogodzeni w Sopocie wszyscy – od kibiców, poprzez dziennikarzy, na samych pracownikach klubu (a może i zawodnikach) kończąc.

Co stało się w tym sezonie w Sopocie, że Trefl stał się symbolem bezradności i gry zdecydowanie poniżej swoich możliwości?

1. Bez lidera ani rusz

W Sopocie rzadko kiedy decydowano się na zatrudnienie rozgrywającego z zamiłowaniem do indywidualnych rozwiązań – raczej szukano kogoś, kto będzie w stanie poukładać grę i uruchomić kolegów (wyjątkiem był „sezon przejściowy” 2015/16, kiedy to trzeba było ratować zespół po fatalnym początku, i w drugiej części ściągnięto awaryjnie Anthony’ego Irelanda). To rozwiązanie sensowne, jednak obarczone pewnym ryzykiem.

Z Ianem Bakerem właśnie się nie udało – Amerykanin był niezłym strzelcem z dystansu, ale okazał się przeciętnym kreatorem (na czym ucierpiał m.in. Paweł Leończyk), a co gorsze – także słabym obrońcą i przede wszystkim graczem bez pierwiastka przywódczego.

Jakby tego było mało, Bakera podpisano przy założeniu, że jego zmiennikiem na 15-20 minut będzie 19-letni Łukasz Kolenda. I nawet przy przekonaniu o nieprzeciętnym jak na polskie warunki talencie młodego rozgrywającego – ryzyko niepewności należałoby raczej ograniczać.

Tymczasem Baker okazał się niewypałem, a Kolenda wszedł nagle na przyspieszoną ścieżkę rozwoju. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki nerwowości, wydawało się, że liczba minut dla niego spadnie. Tymczasem on dalej grał dużo, a w ostatnich tygodniach był wręcz niezbędny, przy złej formie i/lub kontuzjach Bakera i Varanauskasa. Dla niego i jego rozwoju to były bardzo dobre czasy – jednak nie przełożyły się na wyniki zespołu. Ten jak tlenu potrzebował prawdziwego lidera, a 19-latek był na niego jeszcze po prostu za młody.

Wielką zagadką pozostaje zatem, dlaczego klub, wiedząc o niedoskonałościach Bakera i małym doświadczeniu Kolendy (w tym momencie zdawali sobie także sprawę, że roli lidera nie przejmie drugi z amerykańskich obwodowych, rzucający Vernon Taylor), nie skorygował odpowiednio wcześnie składu lepszym transferem niż Varanauskas. Oczywiście Litwinowi woli walki nie można zarzucić, oczywiście odpowiedniego zastępcy nie znajdzie się w wyszukiwarce internetowej – ale innym się to udało (AZS – Thomas, Spójnia – Carter).

2. Bez centra (również) ani rusz

Z obsadzeniem pozycji środkowego często w Treflu mieli problem. Nie da się ukryć, że nie jest to najtańsza pozycja klubowego budżetu, więc raczej nie decydowali się na dwóch typowych centrów. Tym razem postawili na znanego z Polpharmy Starogard Gdański Milana Milovanovica, którego wspierać miał wysoki, ale wciąż surowy Jakub Motylewski.

Jednak także w tym przypadku była to decyzyjna porażka – Serb, mimo niezłych statystyk w ataku, okazał się być dziurą w obronie (a przypomnijmy, że poza nim strefy podkoszowej musieli bronić Leończyk, Kulka, później Zagorac), a na dodatek – jak można było w trakcie sezonu usłyszeć – miał dość trudny charakter, co będącej w ciągłym kryzysie drużynie nie pomagało. Na marginesie, Motylewskiemu w połowie sezonu pozwolono odejść do I-ligowego Leszna.

3. Łapu-capu w środku sezonu

Błędy popełnione na początku sezonu można jeszcze naprawić, dokonując korekt w składzie. W Treflu robiono to jednak niezwykle chaotycznie – dodawano kolejnych zawodników, ale nie przekładało się to na poprawę gry zespołu.

Sporym problemem była fatalna, powracająca kontuzja Michała Kolendy. Nieobecność starszego z braci okazała się mieć większe znaczenie, niż można się było tego spodziewać. Jego brak spowodował pogorszenie i tak słabej obrony, a próby zastępstwa najpierw zmusiły trenera Marcina Klozińskiego do przesunięcia Damiana Jeszke na obwód, a potem klub do transferów.

Do Sopotu ściągnięto więc najpierw Tony’ego McCraya, który zagrał jednak tylko 3 mecze (liczono chyba jeszcze na powrót Kolendy), a następnie Jonte Flowersa, który graczem był równie dobrym, jak i podatnym na kontuzje.

Pozostałe grzyby wrzucane do sopockiego barszczu w celu wzmocnienia jego smaku to Sasa Zagorac, Ovidijus Varanauskas i Phil Greene. Słoweniec to na pewno jeden z bardziej doświadczonych i sprytnych graczy, jacy przewinęli się w ostatnich latach przez Trefla – można więc ten transfer odebrać pozytywnie, gdyby nie jego denerwująca skłonność do dyskusji z sędziami i brak skłonności do defensywy (a tego w końcu w Treflu pod koszem brakowało).

Varanauskas miał parę dobrych wejść, ale Trefla nie zbawił, a ostatecznie wylądował na liście kontuzjowanych. W końcu Greene, który miał być tym, który wygra parę meczów i uratuje ekstraklasę dla Sopotu. W 8 meczach osiągnął nawet niezłą średnią 15.9 pkt (przy 47% za 3) oraz 3,6 asysty, ale wygrane były tylko dwie – w tym ostatnia w kuriozalnym meczu z Koszalinem.

Spośród pięciu sprowadzonych w trakcie sezonu zawodników trudno wymienić tego, który okazał się rzeczywistym wzmocnieniem (najbardziej pasowałby Flowers, gdyby grał więcej).




4. Trenować każdy może

Śmiejecie się z AZS-u Koszalin regularnie zmieniającego trenera w trakcie sezonu? Trefl ich przebił – rundę zasadniczą zaczynał Marcin Kloziński, kończył Marcin Stefański (który formalnie w pierwszym meczu sezonu zagrał – choć symboliczną sekundę), a w środku mieliśmy jeszcze Jukkę Toijalę z Finlandii. Asystent Henrika Dettmanna był szkoleniowcem sympatycznym, na pewno niezłym – ale na dryfującym ku skałom statku nie sprawdził się zupełnie.

Z wyborem trenera zdarza się nie trafić – ale dwie pomyłki w jednym sezonie to już kuriozum. Tylko jak w takim razie nazwać pomysł, by drużynę przed spadkiem ratował były zawodnik bez doświadczenia trenerskiego na takim poziomie, łączący pracę w klubie z mandatem radnego?

5. Bez spokoju ani rusz

Jak widać, błędów w Sopocie popełniono aż nadto. Trefl dopiero na ostatnich metrach wygrał wyścig o utrzymanie w lidze, a przyczyn tego, że kibicom w Sopocie zafundowano – zamiast zwyczajowego „8. czy 9. miejsce?” – zabawę „PLK czy I liga?”, należy szukać głównie na początku biegu.

Błędne decyzje podczas budowy składu, słabe przygotowanie defensywne zespołu (Trefl był jedną z gorzej broniących zespołowo drużyn od lat), a także brak samego zespołu, który doprowadził do kilku porażek (ich brak spowodowałby spokojne utrzymanie kilka kolejek przed końcem).

Damian Jeszke, Paweł Leończyk, Milan Milovanovic, Vernon Taylor, Ian Baker – nowi zawodnicy na papierze wyglądali dobrze, ale zespół stanowili tylko teoretycznie. Warto podkreślić też, że nawet gdy sopocianie zaczęli oddalać się od grupy drużyn walczących o play-offy, długo przeważało myślenie „Spokojnie, przecież MY nie spadniemy”. Gdy myślenie zastąpił narastający paniczny strach przed tym, co wydawało się nieuchronne, było już za późno.

Przed kolejnym sezonem Trefl potrzebuje spokoju, wyciągnięcia wniosków oraz spójnej polityki decyzyjnej – dotyczącej zarówno transferów, jak i ogólnej wizji klubu. Polityki bez myślenia, że za chwilę zasłużony właściciel może przyjść, kogoś wykreślić, a kogoś innego dopisać (tak jak to było np. z Filipem Dylewiczem, którego podpisanie ogólnie uznano za wspaniały pomysł, a w efekcie uruchomiło lawinę niekorzystnych wydarzeń).

Dlatego właśnie Trefla czekają ważne decyzje, a pierwsza z nich – parafrazując kultowe pytanie z „Rejsu” Marka Piwowskiego – dotyczy tego, kto będzie podejmować decyzje. Właściciel, prezes, dyrektor, prezydent, trener?

A propos decyzji, na koniec warto może przypomnieć historię sprzed 10 lat. Gdy w 2009 roku biznes wygrywał z koszykówką i Asseco Prokom zamienił Sopot na Gdynię, idea stworzenia nowej drużyny od podstaw wydawała się pomysłem co najmniej karkołomnym. Tomasz Kwiatkowski – dyrektor sportowy klubu, jedna z osób, która została ze starą ekipą – przekonywał mnie jednak, że jest to możliwe.

Tymczasem drużyna, której polski trzon tworzyli Iwo Kitzinger i Marcin Stefański, wraz z Pawłem Kowalczukiem i Łukaszem Ratajczakiem (później dołączył jeszcze Michał Hlebowicki), a główną siłę na obwodzie stanowiła para o bardzo kruchym zdrowiu (Cliff Hawkins, Gintaras Kadziulis), biła się w lidze z każdym.

Kluczowe było świetne dobranie pozostałych graczy zagranicznych – skrzydłowego Lawrenca Kinnarda i środkowego Sauliusa Kuzminskasa. Mało brakowało, żeby zespół zbudowany od zera zdobył nawet medal (ostatecznie przegrał w decydującym o 3. miejscu meczu w Starogardzie Gdańskim).

Wtedy był to majstersztyk – teraz zrobili coś niemal odwrotnego. Ale potrafią – oby więc w kolejnym okresie międzysezonowym Trefl trafił z transferami – a mecz z AZS-em Koszalin definitywnie zamknął ten fatalny rozdział w ich historii.

Michał Świderski, @miswid

DOŁĄCZ DO GRY I ODBIERZ DARMOWY ZAKŁAD 50 ZŁOTYCH! >>




POLECANE

tagi