PRAISE THE WEAR

Kwiatkowski: PolskiKosz nadal w ulubionych!

Kwiatkowski: PolskiKosz nadal w ulubionych!

W tym roku PolskiKosz.PL obchodzi 20-lecie swojego istnienia. Z tej okazji rozmawiamy z założycielem serwisu, Piotrem Kwiatkowskim, który zdradza, jak doszło do założenia strony, jaka była jej największa wpadka i dlaczego czasami dziennikarzom trudno jest się porozumieć z koszykarzami i trenerami.
Piotr Kwiatkowski 20 lat temu założył Polskikosz.pl fot. archiwum Piotra Kwiatkowskiego

Załóż konto w Superbet i odbierz 1554 zł na start!

Piotrze, co pamiętasz z tamtego dnia – 9 lutego 2002 roku?

Szczerze mówiąc, niewiele (śmiech). Ale mogę opowiedzieć historię, od czego się zaczęło. Byłem wtedy w liceum i na informatyce jednym z zadań było robienie stron internetowych. W tamtym okresie zacząłem współpracę z Notecią Inowrocław. To znaczy tak naprawdę byłem wolontariuszem, bo w tamtych czasach sama plakietka dająca wejście na mecze, była dla mnie – chłopaka chodzącego na koszykówkę od szóstego czy siódmego roku życia – super. Miałem okazję rozwijać dwie pasje jednocześnie – programowanie i koszykówkę.

No i na zadanie do szkoły przygotowaliśmy stronę o Noteci. Oczywiście klub miał swoją oficjalną, a my zrobiliśmy nieoficjalną. Spodobało mi się to, ale potem pomyślałem sobie, że bez sensu jest rozwijanie kolejnej strony o Noteci, bo będzie to ciekawe dla 36 ludzi i w sumie po co? Dlatego zdecydowałem się na portal koszykarski.

Wtedy były czasy, gdy hulało forum basketa, był już na pewno e-basket i chyba probasket. Do mnie dołączył Jakub Moczulski, znany jako „pac” z forum basketa. Pomógł nam też Roman Gimiński, który był właścicielem serwerowni E-lider. Mieściła się w jednym z budynków w Inowrocławiu. Kiedy tam wszedłem po raz pierwszy, byłem pod ogromnym wrażeniem tych wszystkich komputerów, klimatyzacji i tak dalej. Pamiętajmy, że to było ponad 20 lat temu, bo przygotowania do startu strony zajęły mniej więcej rok.

Oczywiście wiedziałem, że trzeba mieć dobre serwery, ale nie wiedziałem, że kosztują aż tyle pieniędzy, bo byłem wtedy uczniem w liceum. Ale w końcu udało się odpalić stronę właśnie 9 lutego. To była przypadkowa data, po prostu uruchomiliśmy serwis, jak byliśmy gotowi.

Co było na samym początku?

Na samym początku na stronie były po prostu newsy z polskiej koszykówki, głównie PLK. Jak dołączył do nas po roku czy dwóch Jakub Wojczyński, zaczęliśmy się zastanawiać, czy jest sens robić to PLK tak szeroko, bo działała oficjalna strona internetowa ligi, a e-basket był dość popularny, więc stwierdziliśmy, że chcemy położyć nacisk na coś innego.

Dlatego zeszliśmy do poziomu I i II ligi, a do tego zaczęliśmy pisać o polskich koszykarzach za granicą i w NCAA. Był nawet taki moment, że naszym korespondentem był Piotr Ignatowicz, który jako jeden z pierwszych zawodników miał swoją stronę internetową. Grał wtedy we Francji, przysyłał nam różne ciekawe informacje i jak na tamte lata był to pewien „exclusive”.

A dlaczego niższe ligi? Po prostu gra tam ogromna masa ludzi, ich rodziny to śledzą i potencjał pod kątem wyświetleń był dużo większy niż przy PLK. Bo ekstraklasa była wtedy wszędzie, a niższe ligi robiliśmy tylko my. To nas wybiło, bo potem patrzyliśmy na statystyki odwiedzin i przewaga niższych lig do PLK była w proporcjach 70 do 30.

PolskiKosz.pl. w 2002 roku

Chyba niewiele osób pamięta, ale była też kiedyś anglojęzyczna wersja strony pod adresem PolishBasket.com.

Była skierowana do zagranicznych zawodników grających w polskiej lidze, którzy wtedy za bardzo nie mieli innego źródła informacji. Jedyną alternatywą był eurobasket.com. Stwierdziliśmy, że warto spróbować. Przez kilka lat zajmował się tym Marcin Kolago. Ostatecznie jednak – jak to czasem bywa – zabrakło na nią czasu i zasobów i została zamknięta. Ale to była rzecz, której w sumie nikt w Polsce nie robił, to znaczy nie prowadził strony o polskim baskecie w innym języku niż polski.

Ponadto na bazie tej strony powstała baza wszystkich obcokrajowców występujących w PLK – były w niej statystyki i dane historyczne. Myślę, że mogę powiedzieć, że była słynna; wiem, że korzystali z niej dziennikarze. To była jedyna tego typu rzecz dostępna online. Niestety baza już nie istnieje.

Były też różne podstrony – na przykład o konkretnych klubach. Chyba nie bez przyczyny?

Ale też na przykład o wojewódzkich związkach koszykówki, my im te strony robiliśmy. Dzięki temu wychodziliśmy do ludzi, byliśmy środowiskiem społeczności. Teraz jest inaczej, bo każdy ma swój dział marketingu, Facebooka i tym podobne. A wtedy dzięki nam ci ludzie mogli dotrzeć do szerszego grona, a nam budowali wiarygodność i bazę kontaktów.

Była też podstrona o młodzieżowym baskecie – skm.polskikosz.pl – w całości robił to Zbyszek Bytomski. Wszędzie jeździł, pisał o tej młodzieży bez przerwy. Nam to napędzało statystyki i na tym też budowaliśmy biznes. Oczywiście umówmy się, że mówimy o biznesie w mikroskali, ale jednak.

Ale zakładałeś PolskiKosz z myślą, że będziesz na nim zarabiał?

Nie, absolutnie. Byłem młody i nieświadomy i nie zakładałem, że z tego będzie jakikolwiek zysk. Ale tak to chyba działa – najfajniejsze rzeczy powstają, jak jesteś młody i nie masz większych planów. Dzisiaj są start-upy, plany biznesowe, młodzi ludzie planują swoje kariery. Zresztą gdybym dzisiaj miał zakładać jakąś stronę, od razu musiałbym wziąć pod uwagę inne rzeczy – rodzinę, wpływ na finanse, dostępność czasu i tak dalej. Zupełnie inna sytuacja. Kiedyś nie musiałem kalkulować.

Przez te dwie dekady przez PolskiKosz przewinęło się całkiem sporo osób.

Stworzyliśmy zgraną, fajną grupę, jeździliśmy razem na Mistrzostwa Polski Dziennikarzy do Zakopanego. Średnio nam szło, ale w sumie to nie ma znaczenia (śmiech). Chodzi mi o to, że w PolskimKoszu zaczynało wielu obecnych dziennikarzy albo ludzi ze środowiska. Na przykład wspomniany wcześniej Jakub Wojczyński, który kontynuuje pracę w „Przeglądzie Sportowym”, był na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata i Europy, wyrósł na super dziennikarza.

Rafał Juć też zaczynał w PolskimKoszu swoją przygodę z mediami, dopiero potem było CollegeHoops. Maciej Jamrozik, który dopiero co zdobył wicemistrzostwo Polski z Legią jako asystent Wojciecha Kamińskiego, też pisał dla nas. Wojtek Kłos, obecny redaktor naczelny oficjalnej strony internetowej ligi. Ty również. Jest też trochę takich osób w strukturach koszykarskich – mówię o sędziach czy członkach okręgowych związków. Tych ludzi, którzy do dziś w różnych rolach czynnie działają w sporcie, przewinęło się naprawdę sporo.

I tutaj chciałbym podkreślić jedną rzecz. Przykładowo probasket.pl to jest Michał Pacuda. Nie utożsamiasz z tym serwisem nikogo innego, to jest trochę one-man show. Dzisiaj to się nazywa budowanie marki osobistej. Mnie to nigdy nie interesowało, ale oczywiście w pełni to rozumiem i doceniam pracę, którą wykonał Michał. Ja jednak chciałem iść inną drogą.

Mogę za to powiedzieć, że wiele lat temu mieliśmy bardzo poważne plany połączenia portali. Wszystko było praktycznie gotowe, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Ale chyba stało się tak z korzyścią dla wszystkich. Fajne jest też to, że nie miało to żadnego wpływu na nasze dalsze koleżeńskie relacje i kontakt.

Dlaczego zrezygnowałeś z prowadzenia strony?

Pracowałem wtedy w Polskim Związku Koszykówki, ale przede wszystkim rozkręcałem swoją firmę i generalnie trochę nie miałem już czasu.

I jakoś tak się stało, że chyba w Zakopanem pojawiła się oferta kupna od Łukasza Ceglińskiego i Tomka Sobiecha. Dla mnie osoba Łukasza to była gwarancja, że PolskiKosz pójdzie w dobrym kierunku, bo jest cenionym dziennikarzem. Chociaż akurat po pół roku Łukasz się ulotnił i projekt trochę nie wypalił (śmiech).

Natomiast oni przyszli z ofertą, a ja byłem już trochę zmęczony i sprzedałem im to po jakiejś minimalnej, dumpingowej stawce. Głupia decyzja od strony finansowej, ale czysto ludzko chyba słuszna. Podejrzewam, że gdybym nie sprzedał serwisu, to w ciągu dwóch lat bym go zamknął.

Poza tym nasi ówcześnie rządzący skasowali ustawę o bukmacherach, że ci nie mogli się reklamować w sporcie. Kuba Wojczyński też się już ukierunkował na „Przegląd Sportowy” i PolskiKosz chyba mu trochę ciążył. Wszystko szło w kierunku śmierci naturalnej. A ja nie chciałem, żeby umarło, bo traktowałem to w pewnym sensie jako swoje dziecko. W sumie nadal nim jest.

PolskiKosz.pl w 2007 roku. Sporo się pozmieniało!

Początek tego stulecia to jednak wciąż była dominacja papieru. Strona internetowa, zwłaszcza niszowa, nie była dla nich konkurencją. Dzisiaj jest zupełnie inaczej.

Dlatego przy tej okazji chciałbym zaznaczyć jedną rzecz – często ludzie na Twitterze, którzy dołączyli, powiedzmy, trzy lata temu, nie doceniają, jak dużo rzeczy w koszykówce funkcjonuje od wielu lat.

Dzisiaj prawie wszyscy mają podcasty. A pierwsze podcasty o PLK były nagrywane w 2005 roku. Adam Romański i Piotrek Szeleszczuk nagrywali pierwsze odcinki, potem przejąłem to ja z Adamem. Montowaliśmy te pliki w jakimś amatorskim programie, dodawaliśmy dżingle Dominetu czy Ery i można tego było posłuchać na stronie PLK.

Często nie doceniamy naszej koszykówki od tej strony, ludzie po prostu zapominają. Cała idea KoszKadry powstała 15 czy 17 lat temu i wymyślił ją Adam Romański. Ponadto w 2011 czy 2012 roku mieliśmy gotowy cały projekt PLK TV – mniej więcej to, co teraz robią emocje.tv. Był zrobiony projekt strony, dogadaliśmy się z jedną firmą z Ostrowa Wielkopolskiego, miały tam być wszystkie mecze. Ale ówczesny prezes ligi, Jacek Jakubowski, chyba wystraszył się kosztów i nie ruszyliśmy.

Największa wpadka PolskiegoKosza?

Była taka sytuacja z tekstem o Walterze Jeklinie. Paweł Łakomski – który też przecież pisał kiedyś dla PolskiegoKosza – napisał krytyczny tekst na jego temat. Wrzucił go na stronę bez konsultacji z Kubą Wojczyńskim, który wtedy był redaktorem naczelnym, a ja byłem właścicielem serwisu. Pracowałem wtedy przy kadrze i miałem już wypracowaną relację z Walterem. Jeklin zadzwonił do Kuby i prosił, żeby zdjąć ten tekst ze strony.

To był pierwszy sygnał, że byłem na tyle uzależniony od powiązań w PZKosz-u, że nie mam do tego już serca. Wspólnie postanowiliśmy zdjąć ten tekst. I to było najgorsze, co mogliśmy zrobić. Jeżeli już coś poszło, to zdejmując to, całkowicie tracisz wiarygodność. Mało tego, potem tekst wrócił na stronę po jakimś dniu przerwy i to była jeszcze większa kompromitacja. Ale uważam, że to była moja wina.

I dlatego też sądzę, że ludzie, którzy mają jakiekolwiek relacje biznesowe z drugą stroną, tej, o której piszą, żeby zachować obiektywizm, nie powinni prowadzić tego typu serwisów. Albo jedno, albo drugie.

Ktoś inny jeszcze miał pretensje?

Czasami zdarzało się, że ktoś nam kazał zdjąć jakiś news ze strony, bo mu coś nie pasowało, ale byliśmy nieugięci. Pamiętam, że była awantura po tekście chyba Kuby Wojczyńskiego – chodziło o to, że Jacek Winnicki, pracując w Turowie, dogadał się z CCC Polkowice. To były półfinały ligi i sam trener Winnicki do mnie dzwonił wtedy, ale na koniec okazało się to prawdą.

Innym razem daliśmy newsa, że Robert Skibniewski, który grał wtedy w AZS-ie Koszalin, miał być zwolniony czy dogadywał się z innym klubem, nie pamiętam dokładnie. Zrobiła się afera. Pamiętam, że wypomniał mi to kiedyś później przy jakiejś kawie, że mu narobiliśmy koło pióra (śmiech). Ale wszystko się potwierdziło.

Natomiast bardzo często dostawaliśmy informacje od samych zainteresowanych. Zawodnicy, trenerzy, agenci podrzucali nam ciekawe kąski, żeby coś na tym ugrać. I oni to nakręcali. Mieliśmy też dwóch dziennikarzy pracujących w mediach ogólnopolskich – nie będę zdradzał kogo – i oni nie mogli publikować u nas pod nazwiskiem, ale przysyłali informacje sprawdzone, pewne, które się wielokrotnie potwierdziły i nas to zbudowało, bo mogliśmy się chwalić, że mieliśmy danego newsa jako pierwsi.

A nie masz wrażenia, że część polskiego środowiska koszykarskiego wciąż nie rozumie, na czym polega praca mediów?

Mam doświadczenie z obu stron, bo pracowałem też dla klubu i kadry, więc myślę, że będę obiektywny. Trzeba pamiętać, że dla tych ludzi to jest praca. Każda informacja, zwłaszcza negatywna, może mieć wpływ na ich życie.

Jakiś czas temu rozmawiałem z Kubą Konieczką i on powiedział jedną rzecz. Ludzie nie rozumieją, że nie powinni pozwalać innym opowiadać swojej historii. Wydaje mi się, że u nas to kuleje. Że niektórzy koszykarze czy trenerzy są zamknięci na media, a jak te media napiszą o nich nieprzychylne rzeczy, to zamykają się jeszcze bardziej. A działanie w drugą stronę – otwarcie się, porozmawianie – powinno im pomóc. Ale każdy jest inny, niektórzy po prostu nie chcą rozmawiać i tyle. To też trzeba zrozumieć i uszanować.

Nieprzychylne oceny to jedno, ale bardziej chodzi mi o to, że niektórzy potrafią się obrazić za podanie całkowicie neutralnych, prawdziwych informacji tylko dlatego, że w jakiś sposób im nie pasują. Zawsze się wtedy zastanawiam, czy wychodzą z założenia, że dziennikarze powinni pracować tylko dla nich, bo jak nie, to są źli i na pewno chcą „namieszać”.

Oczywiście masz rację, tylko że to jest nie do pogodzenia. Dla tych ludzi to jest biznes – chcą więcej zarabiać, pracować w lepszym miejscu, lepiej funkcjonować i tak dalej. To jest całkowicie normalne. A dziennikarz chce mieć newsa.

Czyli też chce zarabiać.

No tak, dlatego moim zdaniem przyjaźnie w tym środowisku są trochę wrzodem, zarówno dla dziennikarza, jak i sportowca. Sam miałem różne sytuacje w swoim życiu zawodowym – mam na myśli koszykarskim – że rozmawiałem z kimś, wydawało mi się prywatnie, i powiedziałem o sześć słów za dużo, a potem zostało to użyte publicznie czy półpublicznie. I też miałem nauczkę.

Poza tym uważam, że jednego dnia ktoś się obrazi, a za dwa dni już nie będzie obrażony, bo będzie potrzebował, żebyś o nim napisał lepiej. Ale generalnie masz rację, tylko nie wiem, czy to się da pogodzić, bo każdy ma inną perspektywę.

Masz jeszcze coś wspólnego z koszykówką?

Organizuję Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Zakopanem. W przyszłym roku odbędzie się jubileuszowa, 50. edycja. Trzy lata temu reanimowaliśmy to wydarzenie po kilku latach przerwy. Kontynuuję dzieło świętej pamięci Zdzisława Sroki, a potem Adama Romańskiego i Adama Greczyły. Każdy, kto był choć raz na MPD, wie, że jest to fajne miejsce pod tym względem, że wszyscy ze środowiska mogą się spotkać, a przy okazji pograć w kosza.

A masz gdzieś zachowaną pierwszą wersję strony i trzymasz na pamiątkę?

Nie jestem sentymentalny i raczej nie patrzę wstecz. A już na pewno nie budzę się z myślą, że o kurczę, już tyle lat minęło. Ale coś zachowane mam – nie wiem, czy pierwszą wersję, chyba jedną z pierwszych. Pamiętam, że było takie niebieskie menu i biały napis na czerwonym tle. To też były inne czasy, mówimy o tym, co było 20 lat temu. Przecież wtedy jeszcze nie było iPhone’ów, nie było stron w telefonach.

Dodam też, że z perspektywy osoby, która pracowała przy oficjalnych stronach ligi czy związku – bardzo trudno jest pogodzić różne grupy docelowe. Bo takimi są nie tylko młodzi kibice, ale też starsze osoby, działacze, trenerzy, dlatego trudno stworzyć oficjalną stronę czegoś dla wszystkich.

Dlatego uważam, że bardzo fajnie, że są strony newsowe i z tego wyrósł PolskiKosz. Na oficjalnej stronie niektórych rzeczy nie podasz, a tam było „hulaj dusza”. Oczywiście przesadzam, ale jednak odpowiedzialność za słowo jest dzisiaj dużo większa niż wtedy. Ja wciąż wchodzę na stronę prawie codziennie, czytam, śledzę, nawet mam dodaną do ulubionych (śmiech).

Superbet – najlepsze kursy na koszykówkę. Cashback 1300 i do 200 zł na start. Sprawdź! >>

Autor wpisu:

POLECANE

tagi

Aktualności

16 lat i… koniec. Tyle musieli czekać kibice z Bostonu na kolejne mistrzostwo swojej ukochanej drużyny. Dokładnie w tym dniu w 2008 roku Celtics zdobyli swoje ostatnie mistrzostwo. Przyznać trzeba jednak, że tym razem zrobili to w wielkim stylu, ponosząc w tych Playoffs tylko trzy porażki. Finał z Dallas, który miał być bardzo zacięty, skończył się tak zwanym „gentleman sweep”, czyli 4:1.
18 / 06 / 2024 12:31
– Koszykówka to moja ucieczka od codzienności – przyznaje koszykarz Mateusz Bręk, u którego sukcesy sportowe w ostatnim czasie przeplatały się z trudnymi doświadczeniami poza parkietem. Kogo dziś widzi? – Po prostu chyba szczęśliwego człowieka, który cieszy się tym, że mógł spotkać się w kawiarni i porozmawiać o życiu – odparł, dodając później, że rozmowa ta była pewnego rodzaju formą terapii.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z wynikami i newsami