• Home
  • NBA
  • Lance i jego lans – kto kogo złapie za gardło?

Lance i jego lans – kto kogo złapie za gardło?

Share on facebook
Share on twitter

Łatka niegrzecznego zawodnika w obecnej NBA bardzo przeszkadza. Lance Stephenson, mimo oczywistych umiejętności koszykarskich, nie jest w stanie zagrzać nigdzie miejsca na dłużej. Może w Minneapolis będzie inaczej?

(fot. YouTube)

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >>

Przez siedem lat gry w NBA Lance Stephenson odwiedził już sześć klubów. I praktycznie w każdym z nich pojawiały się względem niego pretensje lub wątpliwości odnośnie tego czy nie zepsuje atmosfery w drużynie. Bardzo często zapominano jak wiele Lance potrafi, ostatnie trzy ekipy dla jakich grał podpisywały z nim umowy dopiero, gdy nie miały już wyjścia.

Tak też jest w przypadku Timberwolves, którzy zaoferowali mu na razie dziesięciodniowy kontrakt. Lance już zdążył zadebiutować w ich barwach – zdobył 6 punktów, zaliczył 4 zbiórki i asystę w meczu z Toronto Raptors.

Prowokator

Do NBA trafił w 2010 roku, wybrany z 40. numerem draftu przez Indiana Pacers. Przez pierwsze dwa sezony był typową zapchajdziurą. Jako debiutant rozegrał 12 meczów, łącznie 115 minut, w drugich rozgrywkach było nieco lepiej, bo 42 mecze i 442 minuty, ale wciąż było to daleko od jakiegokolwiek poważnego grania. W związku z tym pierwszy raz usłyszeliśmy o nim w play-off 2012 roku podczas serii z Miami Heat.

Heat wygrali z Pacers pierwszy mecz, po czym dwa kolejne przegrali i wydawało się, że mogą odpaść. W spotkaniu numer 3 po jednym z niecelnych rzutów wolnych LeBrona Jamesa, Stephenson łapał się za gardło, pokazując w ten sposób, że James nie jest w stanie poradzić sobie z presją. Na reakcję rywali nie musiał długo czekać. Najpierw do Stephensona przyszedł Juwan Howard:

A dwa mecze później swoją karę wymierzył rezerwowy środkowy Heat Dexter Pittman.

Los chciał, że w kolejnym sezonie Danny Granger złapał kontuzję eliminującą go z gry w całych rozgrywkach, a jego miejsce w piątce zajął właśnie Lance. I wtedy okazało się, że jest świetnym uzupełnieniem dla drużyny.

Kandydat na gwiazdę

Pacers słynęli wtedy ze świetnej obrony, ale za to w ataku byli bardzo schematyczni, pozbawienie elementu szaleństwa. I do tego przydawał się właśnie Lance. Potrafił samemu wykreować pozycję do rzutu, znaleźć kolegę niekonwencjonalnym podaniem czy po prostu złamać zagrywkę i wymusić faul.

Pacers w kolejnych dwóch latach ponownie mierzyli się w finałach konferencji z Heat i zawsze wychodzili z nich przegrani. Stephenson próbował też za wszelką cenę utrudnić życie Jamesowi, w bardzo oryginalnych sposób.

https://www.youtube.com/watch?v=LBFYOsvSnAs

Sezon 2013/14, ostatni w barwach Pacers, był jak sinusoida dla Lance’a. Na początku rozgrywek był fenomenalny – pięć razy kończył mecze z triple-double, był nawet wymieniany jako kandydat do udziału w Meczu Gwiazd, a gdy nie został do niego wybrany, to wielu ekspertów z USA uważało to za pomyłkę.

Mniej więcej w połowie sezonu Pacers jednak stracili swój rozpęd, nieco gorzej zaczął grać także Stephenson, a światło dzienne ujrzały plotki mówiące o tym, że Lance stoi za rozłamem w szatni drużyny. To, a także jego żądania finansowe sprawiły, że po sezonie opuścił drużynę.

Kiepski wybór

Jak się okazało, wcale finansowo na tym nie zarobił. Oferta jaką złożył mu Larry Bird opiewała na 44 miliony dolarów i miała obowiązywać przez pięć lat. Lance uważał, że jest warty więcej i ją odrzucił. Podpisał kontrakt z Charlotte Hornets, dzięki któremu przez dwa lata na jego konto miało wpłynąć 18 milionów dolarów. W przeliczeniu zatem na jeden sezon zarabiał mniej niż mógłby w Indianie.

Ale ta decyzja okazała się też fatalna w skutkach dla jego gry i pozycji w lidze – można powiedzieć, że teraz to on został złapany za gardło. Przypięto mu łatkę zawodnika, który niszczy szatnie drużyn NBA od środka. Nie wiadomo czy podobnie było w Charlotte, ale zdecydowanie Lance tam nie pasował pod kątem specyfiki gry. Stephenson najlepiej czuje się gdy ma w piłkę w rękach, gdy jest zawodnikiem z pogranicza pozycji numer 1 i 2. Gdy to od niego często zależy co drużyna zagra.

W Charlotte tymczasem podstawowym rozgrywającym był Kemba Walker, namaszczony zresztą na lidera przez Michaela Jordana. Obaj zawodnicy bardzo źle wyglądali, gdy grali obok siebie. Stephenson nie mógł odnaleźć się w nowym zespole, w nowej roli. W całym sezonie trafiał tylko 37 proc. z gry i 17 proc. za trzy punkty. Wśród graczy, którzy dla Hornets grali średnio 20 lub więcej minut miał najgorszy wskaźnik +/-. Gdy był na boisku, Hornets przegrywali różnicą 7,5 punktu na każde 100 posiadań. To wynik fatalny.

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >>

Łatka niezadowolonego chłopca

Dlatego też nikt nie płakał w Charlotte za nim gdy został oddany do Los Angeles Clippers za Matta Barnesa i Spencera Hawesa. W LA także się nie odnalazł, chociaż grał zdecydowanie bardziej efektywnie niż w Hornets. Nie był to jeszcze poziom prezentowany w Pacers, ale w ograniczonych minutach był znośny. Mimo wszystko Clippers go oddali. Plotki mówiły, że nie dogadywał się z Docem Riversem. Trener sam skomentował sytuację ze Stephensonem po zakończeniu sezonu:

Zach Lowe: Dlaczego nie udało się z Lancem Stephensonem?

Rivers: Nie wiem. Tak naprawdę bardzo go lubię.

Lowe: Po odejściu do Memphis grał bardzo solidnie.

Rivers: Grał świetnie dla Memphis. Do nas za bardzo nie pasował. Największym rozczarowaniem była dla mnie jego obrona. Patrzysz na to jak jest zbudowany, jaki jest atletyczny i widzisz potencjał na świetnego defensora. Ale on nim nie jest.

Lowe: Pamiętam, że mówiło się, że działa nieco poza schematami?

Rivers: Nieco? Tak, ale powiem ci jedną rzecz – on nie jest złym dzieciakiem. Dostał łatkę niezadowolonego, złego chłopca, a Lance taki nie jest. Wręcz uważam, że jest zabawny. Chłopcy z drużyny go lubili. Ale Lance chce sam rzucić punkty za każdym razem gdy dotyka piłki, a nie jest takim typem zawodnika.

Jak kot na cztery łapy?

Słowa Riversa znalazły potwierdzenie gdy Stephenson przeszedł do Grizzlies. Memphis na gwałt poszukiwali kogoś, kto pomoże im z pozycją rozgrywającego. Poważnych kontuzji doznali Mike Conley i Mario Chalmers, podstawowi gracze z pozycji numer 1 i Niedźwiadki potrzebowały kogoś, kto im pomoże.

Stephenson rozegrał w ich barwach 26 meczów, w których notował średnio 14,2 punktu, 4,4 zbiórki i 2,8 asysty na mecz. Gdy dużo od niego zależało, wróciły mu też umiejętności rzutowe – trafiał 47 proc. z gry i 35 proc. za trzy. Mimo szybkiej porażki w 4 meczach w play-off z San Antonio Spurs, też pokazał się z dobrej strony.

Jednak żadnych ofert z rynku nie dostał. Dopiero w październiku odezwali się New Orleans Pelicans, którzy w obliczu kontuzji Tyreke’a Evansa i sytuacji Jrue Holidaya, który zdecydował się zostać przy chorej na raka żonie, potrzebowali kogoś na rozegranie i zaoferowali Stephensonowi najpierw kontrakt na sam obóz przygotowawczy. Gdy pokazał się na nim z dobrej strony, dostał umowę wciąż niegwarantowaną na cały sezon.

Po rozegraniu sześć spotkań Stephenson zerwał mięsień pachwiny i Peilcans go zwolnili. Kolejny raz jednak spadł na cztery łapy niczym kot. W zeszłym tygodniu więzadła krzyżowe zerwał Zach LaVine i szansę Lance’owi postanowili dać Timberwolves. Pierwszy mecz w nowych barwach miał obiecujący, ale nigdy nie wiadomo co się wydarzy dalej.

Piotr Zarychta, Twitter

Tissot – niezwykła kolekcja zegarków dla fanów NBA >>